Fakty Ostrowskie TV

Reklama

KOMU POTRZEBNE DZIŚ ZWIĄZKI PARTNERSKIE

Co mówi dziś przeciętnemu obywatelowi dowolnego polskiego miasta termin twinning? Ta nieco enigmatyczna nazwa odnosi się do szeroko zakrojonej współpracy dwóch miast, najczęściej z różnych państw, choć nie jest to regułą. Pochodzi od angielskiego twin (bliźniak), co może sugerować, całkiem zresztą słusznie, że w pary łączą się miejscowości w jakimś stopniu do siebie podobne.

Kiedy narodził się twinning? Tę opowieść należałoby zacząć od znanego z dzieciństwa "dawno, dawno temu", bowiem idea współpracy poszczególnych ośrodków jest zapewne tak samo stara, jak stare są struktury społeczne, zorganizowane w ten właśnie sposób, sięgające być może nawet greckich polis. Można jednak przyjąć, że punktem zwrotnym w historii kontaktów międzymiastowych był okres zdecydowanie nam bliższy, czyli zakończenie II Wojny Światowej. Od roku 1945, po sześciu latach okrucieństwa, jakiego świat wcześniej nie zaznał, dążono usilnie do tego, aby kolejne pokolenia już nigdy nie były świadkami cierpienia i zniszczenia na tak ogromną skalę. Jednym z elementów, mających na celu umacnianie więzi pomiędzy mieszkańcami różnych miast i krajów, stał się właśnie twinning.

 

W Polsce, w latach sowieckiej okupacji, zawieranie takich umów było z wiadomych względów mocno ograniczone. Lawina twinningu ruszyła więc po przemianach roku 1989. Nasze miasto dość długo czekało na swojego pierwszego brata bliźniaka, którym w 1995 roku stało się szóste co do wielkości miasto niemieckiej Turyngii, Nordhausen. W tym czasie sąsiedni Kalisz miał już podpisanych aż pięć takich umów. W kolejnych latach naszemu miastu przybyło jeszcze trzech partnerów: Delitzsch (także Niemcy, ale z Saksonii), Lecce (z włoskiej Apulii) oraz jako ostatnie w roku 2009 kanadyjskie Brantford, które zlokalizowane jest w prowincji Ontario.

Jak dzisiaj, po ponad dwudziestu latach od parafowania pierwszej umowy, wygląda "bliźniacza" współpraca Ostrowa Wielkopolskiego ze wszystkimi jego partnerami? Czy nasze władze czerpią z doświadczeń miast i krajów, które gospodarczo wyprzedzają nas często o całą epokę? Co my jako miasto i społeczność mamy do zaoferowania naszym partnerom? A może taka forma partnerstwa jest tylko pretekstem do tego, by raz na jakiś czas, za pieniądze podatników, lokalni włodarze mogli wybrać się na zagraniczną wycieczkę, podpisując przy okazji nic nieznaczące umowy międzynarodowe.

Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania pozwolę sobie rozpocząć od drobnej anegdoty. Kiedy w 2009 roku miasto Ostrów podpisywało umowę z Brantford, do Kanady wybrała się delegacja urzędników z ówczesnym prezydentem, Radosławem Torzyńskim, na czele. Jednym z ważniejszych aspektów jego wystąpienia przed zaproszonymi gośćmi, w tym również polonią kanadyjską, był fakt związania się z miastem nie tylko z innego kraju, ale również kontynentu, co było pierwszym takim doświadczeniem z obu stron. Prezydent Torzyński powiedział wówczas między innymi: "Dziś, dzięki internetowi i komunikacji mailowej, możemy się ze sobą kontaktować każdego dnia." Cóż... szczytowym osiągnięciem marketingu politycznego takie stwierdzenie z pewnością nie było. Prawdę mówiąc, na podobny frazes nie wpadłby nawet pierwszy lepszy adept tej sztuki. A, jak na ironię, by dowiedzieć się, co słychać za wielką wodą, wystarczyłby w zupełności wynalazek Aleksandra Grahama Bella... notabene patrona szkół zarówno w Brantford, jak i w Ostrowie, co było także jednym z symbolicznych magnesów mających przyciągać ku sobie oba te miasta.

Trzeba zatem sobie jasno powiedzieć - jeśli twinning ma wyglądać w ten sposób, to lepiej go sobie od razu darować. Sama idea, w swych ogólnych założeniach, jest bezwzględnie godna pochwały, lecz gdy zaczyna się i kończy na cytowanych wyżej stwierdzeniach, traci zupełnie rację bytu. Twinning XXI wieku już nie jest polityczną zagrywką "pod publiczkę", o ile zresztą kiedykolwiek powinien nią być. Owszem, w sytuacji, w której Polska starała się o akces do struktur Unii Europejskiej, współpraca zagraniczna, budowanie pozytywnych relacji z otoczeniem okazywało się niezbędne i można było wówczas przymknąć oko na niekiedy nieco komiczną teatralizację działań i politycznych postaw. Dziś jednak od takowych "związków partnerskich" oczekujemy zdecydowanie czegoś więcej.

Decyzja polityczna, która siłą rzeczy musi zostać podjęta, by stworzyć fundamenty współpracy, powinna być tylko furtką dla mieszkańców do działań oddolnych. Nie można powiedzieć, że w naszym mieście zostały one całkowicie zaniechane, ale ich skala na pewno daleka jest od tego, by się nimi wszem i wobec szczycić. Spójrzmy zresztą na kilka przykładów współpracy za naszą zachodnią granicą. Kluby piłkarskie z "bliźniaczych" Leicester z Anglii oraz Krefeld z Niemiec rozgrywają co roku ze sobą mecz. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pierwsze takie spotkanie odbyło się... w 1973 roku. To już bez mała pół wieku wspólnej historii!

Jednak nie samym futbolem człowiek żyje. Dzisiaj twinning to także szansa na wspólny biznes. Trzeba tylko znaleźć racjonalne ku temu podłoże. W XXI wieku mobilność mamy niemalże nieograniczoną, a zanosi się na to, że swoboda podróżowania dalej będzie się powiększać. Dlaczego więc nie skorzystać na tym, by w Niemczech znaleźć dla siebie rynki zbytu, bądź też, wykorzystując kontakty z zachodnimi sąsiadami, spróbować dostosować swoją ofertę do ich potrzeb, i vice versa? Do tego niezbędna jest jednak wymiana myśli, idei a nie gościnne wizyty polityków z okazji miejskich uroczystości. Miasto Nottingham, którego włodarze planowali przywrócenie komunikacji tramwajowej, zwróciło się z prośbą o pomoc do "bliźniaka" z Karlsruhe, gdzie działa jedna z najprężniejszych w Niemczech sieci dwusystemowych, będących połączeniem zalet tramwajów oraz pociągów. Doświadczenie ekspertów z Badenii-Wirtembergii okazało się na tyle bezcenne, że dziś po stolicy regionu East Midlands mkną już pojazdy po dwóch liniach, przewożąc ponad 8 mln pasażerów rocznie. I na tym zapewne się nie skończy.

Angielskie Derby oraz niemieckie Osnabrück poszły jeszcze dalej - każde z nich co roku wysyła do siebie nawzajem tzw. ambasadora, który przez cały rok stacjonuje w mieście partnerskim, a jego pobyt opłacany jest z budżetu miasta. Wydatki wydatkami, ale ma to jednak swój odzew w postaci studentów czy pracowników, przyjeżdżających z jednego ośrodka do drugiego. Gdyby nie ta współpraca, z pewnością żaden z nich by się w taką podróż nie wybrał, w każdym razie na pewno nie bez jasno wyznaczonego celu. Tak osobliwe podejście do twinningu, dość daleko wykraczające poza schematyczne myślenie, obu tym ośrodkom jednak się opłaca... lub spłaca, jak kto woli.

Ponad wszystkim unosi się jednak duch zwykłych kontaktów międzyludzkich i rodzących się przyjaźni, które trwalsze są od układów politycznych oraz gospodarczej koniunktury. Bo twinning, jakkolwiek infantylnie by to nie zabrzmiało, jest przede wszystkim dla ludzi, politycy natomiast są od tego, by nam do owych kontaktów dać impuls i utorować drogę. A jak my, mieszkańcy Ostrowa Wielkopolskiego z niego korzystamy? Czy w ogóle wiemy cokolwiek bliższego o naszych "bliźniakach", rozsianych po całym świecie? W kolejnych numerach "Faktów Ostrowskich" będziemy im się przyglądali nieco dokładniej. A na początek proponujemy niewinną zabawę - czy potraficie Państwo przypisać ilustrujące niniejszy tekst herby do odpowiadających im miast? Jeśli nie, to wizyta na stronach Wikipedii może okazać pierwszym krokiem w odnowieniu międzynarodowych "związków partnerskich".

Marcin Dwornik

 

                                               

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.