Fakty Ostrowskie TV

Reklama

OSTROWIANIE - (NIE)ZIDENTYFIKOWANA TOŻSAMOŚĆ

Tylko takie miasta są coś warte, w których można się zgubić, pisał w jednym ze swych nieśmiertelnych esejów Zbigniew Herbert. Co jednak znaczy dziś możliwość zgubienia się w zurbanizowanej przestrzeni? Czy pozostało w niej jeszcze do odkrycia cokolwiek na tyle istotnego, by nierozerwalnie połączyć odkrywcę z miejscem? Czy jesteśmy jeszcze w stanie zbudować na gruncie eksploracji prywatną lub zbiorową identyfikację z miastem?

     Gdyby zadać ostrowianom banalne z pozoru pytanie: czy utożsamiasz się ze swoim miastem? - można, bez cienia zdolności profetycznych, spodziewać się przewagi odpowiedzi twierdzących. Gorzej, gdy zapytalibyśmy o to, co stanowi o tożsamości Ostrowa, z czym konkretnie identyfikujemy miasto i siebie jako jego mieszkańców. Jednak i tu po dłuższej chwili zastanowienia pojawi się kilka lub nawet kilkanaście propozycji. Niestety, wszystkie szczątkowe i przewidywalne.

 Kolej na bocznym torze

Jeszcze jakieś 30 lat temu określenie ?miasto kolejarzy? nie budziło sprzeciwu, a w środowiskach pielęgnujących przedwojenne tradycje wypowiadano je nawet z niekłamaną dumą. Wielu mieszkańców pamięta nawet, że ostrowski dworzec kolejowy stanowił ważny węzeł komunikacyjny, Technikum Kolejowe firmowane było przez Ministerstwo Transportu, a Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego zatrudniały w latach swej świetności ponad osiem tysięcy osób.

 Dziś na dworcu ruch co najwyżej umiarkowany, zabytkowa lokomotywa spod dawnego technikum stoi w parku miejskim tuż obok publicznego szaletu (zaiste odważna metafora krajobrazowa), a po upadku Fabryki Wagon nikt nawet do końca nie posprzątał. Kolejarzy więc w mieście zdecydowanie za mało, by mogli stanowić trzon jego tożsamości. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że jest ich mimo wszystko więcej niż wykolejeńców.

Czarny sport - czarna dziura

Ostrowscy kibice żużla to do niedawna społeczność na tyle silna, by móc aspirować do roli identyfikacyjnego emblematu. Sukcesy rzeczywiste czy nawet te nieco przesadnie nagłaśniane powodowały chwilową obecność miasta w ogólnopolskich mediach, a jeden z bardziej znanych zawodników dumnie ogłaszał z miejskiego bilbordu, że tu właśnie mieszka. Jak się jednak okazało, większą karierę medialną zrobił krótki film ilustrujący prymitywną kłótnię trenera i działacza, więc o tożsamości miasta budowanej na żużlowym fundamencie także wypada zapomnieć.

Osierocona koszykówka

Nagła śmierć trenera Andrzeja Kowalczyka przypomniała na moment o latach świetności ostrowskiej koszykówki. Kłopot w tym, że w praktyce jedynie jego osoba była jednoznacznie kojarzona z ogólnopolskimi sukcesami i podtrzymywała o nich pamięć. Zatem jako znak rozpoznawczy miasta również i ta dyscyplina nie ma dziś szans zaistnieć.  Na domiar złego cieniem kładą się tu "rozgrywki" natury finansowej, zagęszczające atmosferę i degradujące sport w czystej postaci (jeśli naiwnie wierzymy, że taki w ogóle istnieje) do roli karty przetargowej.

 Kłopotliwe ekscytacje historyczne

Odkąd profesor Jerzy Pietrzak ostatecznie pogrzebał legendę "Republiki Ostrowskiej", umieszczając ją w kręgu prowincjonalnego mitotwórstwa, stało się jasne, że identyfikator historyczny to również dość kruchy budulec zewnętrznego wizerunku miasta. Dzieje Ostrowa, choć bezsprzecznie ciekawe, nie wyróżniają się niczym, co byłoby ogólnopolskim fajerwerkiem i na stałe zagościło w podręcznikach. Wszelkie próby spreparowania zdarzenia obiektywnie przełomowego kończą się, jak już wiemy, dość groteskowo.

 Przemysłowe zwiotczenie

Jeszcze do końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku udawało się po części lansować Ostrów jako miasto przemysłowe o strategicznym znaczeniu dla krajowej gospodarki. Wspomniane wcześniej Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego (czyli Fabryka Wagon), a obok nich Zakłady Automatyki Przemysłowej, Zakłady Sprzętu Mechanicznego, Fabryka Maszyn i Urządzeń Przemysłu Spożywczego "Spomasz", Wielkopolskie Zakłady Przemysłu Sklejek, a nawet Ostrowin i Browar nie tylko zatrudniały sporą część populacji miasta, ale również tworzyły na własne potrzeby zalążki tego, co dziś powszechnie nazywamy marką. Z czasem jednak przemysłowa muskulatura Ostrowa zaczęła gwałtownie wiotczeć. Najważniejsze przedsiębiorstwa upadły lub uległy rozdrobnieniu i chyba nikogo już dzisiaj nie nawiedzają sny o industrialnej potędze.

 Kulturalna obfitość nisz

 Upadek nie dotyczył na szczęście ostrowskiej kultury, która z niezmienną dynamiką rozwija się na wielu polach i nawet jeśli nie ma mocy zbudowania całościowego wizerunku miasta, to przynajmniej tworzy sieć pozytywnych skojarzeń na jego temat. Paradoksalnie jednak bogactwo oferty nie pomaga w kreowaniu wyrazistej tożsamości miejsca, nawet jeśli mówimy tu o wysokiej jakości artystycznej poszczególnych elementów składających się na kulturalną mapę Ostrowa. Ogólnopolskie, a nawet międzynarodowe festiwale, choć same w sobie stały się rozpoznawalną i cenioną marką, budują jedynie silną tożsamość środowiskową. Zajmują jedną z ważniejszych pozycji w określonej niszy, którą inni ostrowianie zwyczajnie ignorują, skoro nie leży w obszarze ich zainteresowań. Podobnie rzecz ma się z pojedynczymi artystami, którzy zyskali szersze uznanie. Identyfikują się z nimi grupy fanów i entuzjastów, a to nie pomaga precyzyjnie określić, czym jest ostrowska kultura jako całość. Obfitość i jakość cieszą, ale nie definiują niestety miasta na zewnątrz.

 

 Wizerunkowa potrzeba dosłowności

 Nierzadko zdarza się, że o identyfikacji danego obszaru decyduje przypadek, pojedyncze skojarzenie, które po zwerbalizowaniu urasta do rangi wizytówki miasta. To właśnie ten mechanizm sprawił, że Łódź nazywa się Polskim Manchesterem, Warszawę Paryżem Północy, Sandomierz Małym Rzymem, a Sopot Perłą Bałtyku. W zdecydowanej większości podobnych przykładów (a można by je obficie tutaj przytaczać) skojarzenie rodzi się w wyniku wizualnego wrażenia, jakie pozostawia miejsce w pamięci ludzi. Gdy ich odczucia okazują się zbliżone, łatwo zaproponowaną alternatywną nazwę miasta zaakceptować. I o ile nie zdarzy się coś, co owo pozytywne zbiorowe wrażenie zdewastuje, skojarzeniowy identyfikator utrwala się przez kolejne dekady.

W ostatnich latach włodarze wielu polskich miast uświadamiają sobie, jak ważny jest dziś city design, czyli starannie zaplanowane i konsekwentnie budowane estetyczne oblicze zurbanizowanej przestrzeni. Okazuje się bowiem, że wizualna prezentacja jest znacznie trwalszym budulcem tożsamości miasta niż przemysł, który może upaść czy ludzie, którzy przemijają, jeśli ich sława nie ma charakteru ponadczasowego i ponadnarodowego. Wszystko, co stanowi obecnie zbiór rozdrobnionych elementów wizerunkowych powinno znaleźć swój wizualny ekwiwalent i prowokować kolejne pozytywne skojarzenia. Później już tylko należy wybrać to jedno - najlepsze, uczynić zeń slogan reklamowy, a powszechna identyfikacja zwieńczy dzieło. Dodatkowo pojawi się szansa, że zewnętrzny wizerunek będzie choćby w przybliżeniu zespolony z wewnętrznym poczuciem tożsamości mieszkańców.

Wszystko to, rzecz jasna, bardzo dobrze prezentuje się w teorii, jednak trzeba mieć świadomość, że wprowadzenie jej w życie wymaga ogromnego nakładu pracy, doskonałego zarządzania całym systemem drobniejszych wizualnych identyfikacji oraz żmudnego procesu tworzenia spójnego i powszechnego wyobrażenia o mieście. Tylko wtedy można mieć nadzieję, że kolejne pokolenia częściej będą nazywały Ostrów Wielkopolską Wyspą Skarbów niż Małą Pyrlandią.

                                                                                                                                             Tomasz Gruchot

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.