Fakty Ostrowskie TV

Reklama

WOŚP - WSPÓLNOTA STOSOWANA

 

To swoisty paradoks, że w naszym kraju ci, którzy w swych ideowych deklaracjach odwołują się do poczucia wspólnoty i jedności, z wyjątkową pasją opluwają tych, którzy rzeczoną wspólnotowość autentycznie i z powodzeniem praktykują. Jak można domniemywać, chodzi przy tym nie tyle o bezinteresowną rodzimą zawiść, co nade wszystko o poczucie bezradności wobec sukcesu, którego nie da się przejąć na wyłączność.

Wspólny cel to nie wspólny wróg

 Wspólnota organizuje się, by działać i zacieśnia się w działaniu. Warunek wszakże, iż jest to działanie ze wspólnym celem, dla wspólnego dobra, w imię powszechnie aprobowanych wartości i naturalnie odczuwanych potrzeb. Oczywiście, spełnienie tych warunków nie gwarantuje żadnej wspólnocie trwałości, ale przynajmniej może ją uwiarygodnić, a to z kolei warunek konieczny, by w ogóle wspomnianą trwałość brać pod uwagę.

 

 

Orkiestra Jurka Owsiaka  - o czym nie trzeba większości z nas przekonywać - spełnia te warunki co do joty, w przeciwieństwie do tych ugrupowań politycznych i społecznych, które hasło wspólnoty niosą dumnie na sztandarach. Nietrwałość i ograniczony zasięg ich działań wynika stąd, że miejsce wspólnego celu zastąpiło poszukiwanie czy wręcz kreowanie wspólnego wroga, wspólne dobro wyparł partykularyzm, a wartości powszechnie aprobowane musiały ustąpić pola wartościom powszechnie narzucanym. W ten sposób tworzyć można jedynie zaściankowe enklawy, w których wspólnotowość staje się synonimem ksenofobicznych ekscesów.

 Euforia zamiast patosu

W XXI wieku trudno jest być wiarygodnym, gdy próbuje się komunikować ze społeczeństwem przy pomocy dziewiętnastowiecznej retoryki. Wszelkie odwołania do narodowych bohaterów, martyrologii i dumne przekonanie, że jesteśmy mesjaszem narodów brzmią dziś tyleż archaicznie i groteskowo, co kompletnie nieszczerze. Szczególnie w czasach, gdy historię wielu traktuje wybiórczo i wykorzystuje doraźnie w pełnych patosu przemówieniach, odezwach czy hasłach. Ktoś może zauważy, że udaje się tym sposobem poderwać jeszcze kilku współczesnych epigonów romantyzmu, ale to dziś gatunek karykaturalnie klonowany i uczuciowo chwiejny.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jako jedna z pierwszych odżegnała się w swym przekazie od siermiężnego patosu, mimo że gra zawsze o wartość najwyższą - o życie. Jej niezmordowany dyrygent zrobił coś, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się oczywiste, ale wówczas, 24 lata temu stanowiło pewien wyłom w skostniałych formach publicznego dialogu. Pokazał mianowicie, że aby odzew miał charakter powszechny i spontaniczny, winien być zbudowany na euforycznym podejściu do podejmowanych działań. Banalna prawda brzmiała zatem: skoro mamy ratować życie, pokażmy, jak potrafimy się nim cieszyć, bo wówczas dopiero udowodnimy, jak wiele jest dla nas warte. Dochodził do tego zaraźliwy entuzjazm prowadzącego na pierwszym planie, tętniący rock and roll w tle, a w perspektywie realna pomoc konkretnym ludziom - żadnych mrzonek ani enigmatycznych obietnic.

 Bezpropagandowa namacalność

 I tu dochodzimy do kolejnego, kto wie czy nie najważniejszego, elementu scalającego orkiestrową wspólnotę. Efekty wspólnych działań są namacalne, łatwe do odnalezienia w większości polskich szpitali. Nikt przez blisko ćwierć wieku nie podważył również sprawozdań finansowych fundacji, choć wielu etatowych opluwaczy czeka z nadzieją na każde jej potknięcie. Transparentność okazała się za to przyczynkiem do kolejnego milowego kroku Orkiestry - przebudowy świadomości. Metodycznie wprowadzano kolejne specjalistyczne szkolenia i uruchomiono całą nienachalną, a przez to wyjątkowo skuteczną machinę edukacyjną. Dodajmy, że nie dotyczy ona jedynie zagadnień związanych ze zdrowiem, czy ratowaniem życia w obliczu bezpośredniego zagrożenia. To coś na kształt wielkiej szkoły dialogu, bez którego zwyczajnie nie sposób utworzyć autentycznej wspólnoty. Woodstokowa Akademia Sztuk Przepięknych jest tu chyba najlepszym przykładem tego, jak bardzo pogłębiona rozmowa, a nawet intelektualny spór (który nie odbywa się na płaszczyźnie wzajemnej agresji) potrafi budować społeczną wrażliwość, jak bezwarunkowo otwiera na kontakt z drugim człowiekiem, a przy okazji uodparnia na propagandowe manipulacje atakujące nas z mediów.

 

 Marka bez piętna symboliki

 Jednym z ważniejszych elementów takiej medialnej manipulacji jest prosta gra narodową i religijną symboliką. Gra to w dodatku na tyle prymitywna, że dla samych symboli degradująca, umieszczająca je w gamie znaków popkulturowych, prowokujących fanatyczne reakcje i bezrefleksyjne zachowania. Takie beztreściowe sacrum jest oczywiście nietykalne w skupionej wokół niego grupie, ale też nie ma innych funkcji niż umożliwienie danej mikrospołeczności bezmyślnego zjednoczenia. Każda próba wskazania na symboliczną pustkę kończy się agresją i coraz silniejszą potrzebą odseparowania się od konieczności podjęcia rzeczowej polemiki.

 Ruch twórców Orkiestry i na tym polu okazał się w swej prostocie wyjątkowo skuteczny. Zamiast kultu uświęconych symboli, które częściej dziś dzielą niż łączą, zaproponowano zupełnie inną (choć także popkulturową) strategię. Logo fundacji to dziś bowiem znak powszechnie rozpoznawalnej marki i jako marka całe zjawisko jest także od lat promowane. Ma to tę zaletę, że nie wymusza zachowań rytualnych, nie dzieli potencjalnych uczestników na wyznawców i profanów, a staje się dobrem powszechnym dlatego, że łatwo dostępnym.

I tak oto docieramy, jak się zdaje, do rdzenia orkiestrowej wspólnoty. Jej członkom uświadomiono właśnie tę prawdę, że dobro jest łatwo dostępne, nie wymaga tytanicznego wysiłku. Można po nie sięgnąć równie łatwo jak po puszkę coli w supermarkecie i równie łatwo się nim podzielić. A że można to uczynić w atmosferze rockandrollowego karnawału a nie apelu poległych, to tylko dodatkowy czynnik mobilizujący i jednoczący. Nie trzeba wówczas godła, hymnu czy sztandaru, gdyż przejście na poziom wartości ponadnarodowych i absolutnie uniwersalnych następuje zupełnie spontanicznie.

 Bierzcie i czerpcie

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to dziś stały i nieodzowny element naszej rzeczywistości społecznej. To jednocześnie gotowy model działania dla wszystkich, którzy myślą o realnym tworzeniu wspólnoty, bądź o istotnym na nią oddziaływaniu. To wzorce, których nikt nie zastrzega prawem autorskim, lecz entuzjastycznie udostępnia każdemu, bez konieczności pytania o pozwolenie.  

 Pozostaje zatem mieć nadzieję, że 10. stycznia w świadomości wielu osób odezwie się głos mówiący, że do wspólnoty nie trzeba nawoływać, nie da się jej zadekretować, wmówić ani wymodlić... Wystarczy ją zwyczajnie praktykować.

Tomasz Gruchot

 

 

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.