Fakty Ostrowskie TV

Reklama

RABUNKOWA EKSPLOATACJA TRADYCJI

Gdyby spojrzeć na okres okołobożonarodzeniowy z odpowiedniego dystansu i bez emocjonalnego zaangażowania, okaże się niechybnie, że to, co niemal odruchowo nazywamy magią świąt, jest w rzeczywistości zbiorową iluzją mającą na celu m. in. zamaskowanie naszych absurdalnych zachowań konsumenckich, uodpornienie na eksplodujący dokoła kicz i wzmożony popyt na tandetę. Bo kiedy handel i określony sektor usług notują rekordowe obroty, a produkt krajowy brutto skokowo wzrasta, cała kulturowa wartość świąt zostaje sprowadzona do roli wygodnego punktu odniesienia dla kampanii reklamowych i marketingowych strategii.

 

Choinka w pięciu smakach

 Tak się składa, że (przynajmniej w Polsce) święta o chrześcijańskim rodowodzie mają nader często swą wizualną oprawę rodem z komunistycznych Chin. I w zasadzie nie powinno to budzić szczególnego zdziwienia, jako że prawa człowieka są tam ignorowane w równym stopniu co w Galilei Heroda; jednak strategia chińskich producentów zdaje się sięgać znacznie głębiej w tkankę społeczną, niż wynikałoby to z prostego rachunku ekonomicznego.

 

Jeśli ktokolwiek potrzebowałby ostatecznego potwierdzenia faktu, że Azjaci próbują zohydzić nam święta, powinien koniecznie odwiedzić jedno z rozlicznych chińskich centrów handlowych. Jeśli uczyni to świadomie i ze skłonnością do formułowania teorii spiskowych (a to w końcu nasza specjalność na co dzień i od święta) łatwo dostrzeże tam pewną niepokojącą prawidłowość. Otóż produkty świąteczne importowane z Państwa Środka robią wrażenie coraz bardziej kiczowatych i tandetnych, jakby ktoś z premedytacją testował granice naszej estetycznej odporności lub próbował wywołać w nas fobie świąteczne (zjawisko dziś już potwierdzone i naukowo opisane). Rzec by można, że to wyjątkowo podstępny front wojny kulturowej ? bo człowiek zniechęcony do tradycji rodzimej chętniej zaakceptuje obcą.

Jak się jednak okazuje, nie sposób Polaka pokonać tandetą (kto pamięta słynną scenę z Dnia Świra, gdzie Andrzej Grabowski demonstruje rozcinane skarpetki, wie o czym mowa). Dzięki wymyślnym zabiegom dostosowawczym nadajemy azjatyckiemu kiczowi obywatelstwo i osadzamy w rodzimej tradycji, wpisujemy w świąteczne drzewo genealogiczne i zabraniamy głośno wspominać o adopcji. Dzieci zaś łakomie pochłaniają wielobarwne lizaki w kształcie choinek z nadzieją, że tak pachną polskie Lasy Państwowe.

 Zostań bohaterem szopki

 Taka szopka, / bo to nie kosztuje nic - powiadał Żyd w Weselu Stanisława Wyspiańskiego. Ale wówczas, w Galicji słowo to nie pobrzmiewało jeszcze do tego stopnia ironicznie co dziś.  Współcześnie jest w dodatku kosztowna, a jej cena (im bliżej Wigilii) staje się coraz bardziej niewspółmierna do rzeczywistej wartości. Nasza wzmożona przedświąteczna aktywność idealnie wpisuje się w model karykaturalnych zachowań, które wypełniają po brzegi prześmiewczy bagaż semantyczny słowa "szopka", odsuwając na bardzo odległy plan kulturowe czy tym bardziej religijne konotacje. Bez zażenowania powtarzamy przy tym, jak piękne są polskie kolędy, choć nikt nie słucha ich dla czystej przyjemności, a jedynie podkłada jako soudtrack do konsumpcji karpia przy rytmicznie pulsujących lampkach choinkowych. Niektórzy może nawet się wzruszą, ale pewnie nie tekstem znanej od dzieciństwa pastorałki, a faktem, że wzruszyć się wypada, bo samo w sobie jest to już szalenie wzruszające. I tak sukcesywnie, ewolucyjnie (a zatem dla wielu niedostrzegalnie) staczamy się od wzniosłości ku śmieszności, wspierając przy tym kondycję ekonomiczną chińskiego królestwa przedmiotów jednorazowego użytku i komicznego przeznaczenia. I choć w naszej szopce może (w wyniku przeładowania) zabraknąć miejsca dla głównych bohaterów Bożego Narodzenia, to fakt ten specjalnie nie powinien nas niepokoić. W końcu to uchodźcy.

  Limitowana szczerość opłatka

 Przy wszystkich dość nieprzyjemnych obserwacjach, jakie poczynić można w okresie przedświątecznym, ciągle mamy nadzieję, że nie dotyczą one nas osobiście, a przynajmniej jesteśmy w stanie uchronić się przed karykaturalną sztucznością słów i gestów w kręgu najbliższych. Nadzieje te wszakże należy porzucić w momencie, gdy przychodzi nam zaprezentować cały arsenał konwencjonalnych zachowań poza domem rodzinnym.

Tradycją nie tak nową, choć już prawie świecką stały się w Polsce tzw. "Wigilie pracownicze", na których ludzie, w większości pragnący od siebie odpocząć, dają doroczny (poważny i połyskliwy) pokaz hipokryzji. Zakładając optymistycznie, że szczerych życzeń wystarcza dla połowy współpracowników, a drugą połowę zbywa się kilkoma wyświechtanymi zdaniami o szczęściu, spokoju i zdrowiu, przyznać należy, że zdecydowana większość bohaterów tego spektaklu odgrywa swe role bez zarzutu. Wystudiowane pozy, gesty i uśmiechy pojawiają się na zawołanie i tylko sporadycznie trafia się jakieś całkowite aktorskie beztalencie, które - cedząc nieszczerą słodycz życzeń - intensywnie obleje się pąsem aż po czubek głowy. No ale czegóż nie robi się dla tradycji?

 Wołanie o rekultywację

 Można oczywiście niniejszemu tekstowi zarzucać cynizm i traktować jako wykwit socjopatycznego podejścia do świątecznych tradycji. Nie zmieni to jednak faktu, że mówimy w większości przypadków o tradycjach kultywowanych pozornie, a wręcz rabunkowo eksploatowanych; o rytuałach komercyjnie zawłaszczonych i duchowo spłaszczonych; o iluzji udającej magię. Świętujemy dziś bowiem na jałowej ziemi, której nie da się rekultywować chińskim plastikiem.

  Tomasz Gruchot

 

 

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.