Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 6

Wychodzili, ale Bazyli ciągle nie był gotów. Czytał książkę o perskich księżniczkach, dżinnach i samarkandzkich książętach. Mówił, że nie może skończyć, bo żadne opowiadanie nie kończy się tylko przechodzi w następne. Przerwać jednak mógł, więc  poszli na wystawę. Pani od polskiego kazała napisać recenzję obrazu czy grafiki, najlepiej współczesnej. Mama powiedziała, że dobrze się składa, pójdą wszyscy na wystawę i może Bazyli zapomni trochę o fizyce. Wyszli.

O dostojna pani opowieść moja nie jest podobna do pozostałych, lecz jest od nich jeszcze bardziej niezwykła

W piątkowe popołudnie wybraliśmy do Galerii 33 na wystawę pani Lilianny Lilu Lazarskiej - pisał Patryk  - szliśmy wąską uliczką. Minęliśmy sklep z konfekcją, rybny i ksero. Zatrzymaliśmy się przed nieotynkowanym budynkiem jakieś dawnej fabryczki czy manufaktury. Drzwi były otwarte, a przed wejściem stał rower oklejony folią od czekolady. Byliśmy na miejscu.  Wśród starych waliz, dziewiętnastowiecznych maszyn do szycia i różnej wielkości latarni i latarenek wspinaliśmy się trzeszczącymi drewnianymi schodami na pierwsze piętro. Pachniało zjadanym przez korniki drewnem, gipsem i pajęczynami. Choć tych ostatnich nie było. Z każdym stopniem coraz intensywniejsza stawała się woń innego rodzaju. Pachniało niespodzianką... bo sielanką to złe słowo. W powietrzu unosiło się coś? coś, za czym bardzo się tęskni. O takich miejscach można śnić. Żal kiedy się przebudzi z snu... Nie wiem, czemu nie buduje się rozległych pomieszczeń o oknach rodem ze szkockiego zamku. Tylko, że nie wrzosowiska, a zaniedbane podwórko było widać przez nie. Jakaś troskliwa ręka rozstawiła donice z kwiatami, jedyne źródła koloru. Jakbyśmy przenieśli się w czasie do dwudzieste? Nie, raczej końcówka dziewiętnastego wieku. Czy mama żyła w dziewiętnastym wieku?

 - To mi przypomina dom rodzinny - rzekła pani Łoterson rozglądając się.

Od progu Bazyli nakrzyczał na tarasującą nam drogę grupkę oglądających. Kot się garnie do sztuki i nie może! Nie zrobiło na nim wrażenia, że nakrzyczał na samą artystkę. Podchodził do każdego obrazu. Wąchał. Zaglądał mimo naszych psykań, co jest po drugiej stronie. Wilkołak powstrzymał go w ostatnim momencie, kiedy lizał łapę.

Gdy rybak ujrzał ifryta, lędźwie mu zadrżały, zęby zwarły się, ślina wyschła i był podobny do ślepca na drodze

Kot umarł? zastygł przed obrazem przedstawiającym? zdaje się włoskie miasto na wzgórzu. Ściśnięte, ?ponadbudowywane? na siebie budyneczki, schody pnące się we wszystkich kierunkach, zakryte krużgankami, liczne tarasy, wykusze, wieżyczki i inne architektoniczne wymysły. Nie miasto przyciągnęło uwagę Bazylego. Przyglądał się dwóm postaciom, które ubrane w dziwne konstrukcje ze skrzydłami, unosiły się w powietrzu.

- Ja też chcę - zaskrzeczał, jak zawsze w chwilach największego przejęcia.

- Chy... chy... chyba jakieś pier... pier... pierwsze próby latania - zauważył wilkołak  ze znawstwem - wy... wy... wygląda na rene... rene... renesansowy sen o la... la... lata...

Nie dokończył. Kotek wziął rozbieg i dał nura... do obrazu. Na co czekać? Do dzieła! Skoczyłem...

Stanęliśmy u stóp miasta. Czułem się jak mrówka w piaskownicy, w której grupa zdolnych dzieci zbudowała bajkowe miasto na wzgórzu. Ktoś mnie popchnął. To mama wskoczyła. Znowu ktoś mnie popchnął. Wilkołak. Mogliby lepiej odmierzać odległość... Pewnie długo stalibyśmy jak oniemiali, gdyby nie kotek.  Nasz oswojony...  łasił się do kobiety, głaskała go przez okno. Pokiwała na nas.

Nie zrobiliśmy kroku,  a znaleźliśmy się w pomieszczeniu bez dachu. Teraz wiem, że to było patio.

Cóż to był za ogród. Wiodącą doń bramę oplatała winorośl o gronach dwojakiej barwy: czerwonych jak rubin i czarnych niczym heban. Strumienie szemrały, ptaki śpiewały a wiatry szumiały

Zaprosiła nas do stołu. Krzesła były miękko wyściełane. Przed promieniami słońca chroniły baldachimy. Piliśmy mocną herbatę. Kobieta o kruczych lokach i migdałowych oczach była żoną  aptekarza (a byłem pewien, że Sindbada) i chciała wiedzieć, kim jesteśmy. Nudzi się w domu, więc żadnemu włóczędze nie odmawia poczęstunku i odpoczynku po trudach podróży. Nad naszymi głowami zwisała shifaka  skakały małpki, pokrzykiwały papugi i przelatywały dydelfy. Niewiele byliśmy w stanie powiedzieć. Żona aptekarza chciała zatrzymać kotka, bo następnym jej hobby było gromadzenie rzadkich zwierząt. Bazyli pokręcił głową, że nie ma mowy. Tęsknie spojrzał na niebo. Gospodyni poczęstowała nas chałwą. Wziąłem kawałek. Nigdy nie byłem tak bliski udławienia się... Z dywanu, który tak szybko zniknął jak  zjawił się przed tarasem, zeskoczył aptekarz (a jednak Sindbad) i spytał, czy nie jesteśmy z rodziny rudego dziwaka, który zaopatruje się w jego aptece w sole trzeźwiące.

-Trzeba mieć bzika, żeby wymyślać jakieś historie, a potem kazać je innym odgrywać - gestykulował żywo gospodarz.

- Bzika! - ożywił się kotek

- Nie taka jak myślisz - pogłaskała go mama - A jak się nazywa... ten dziwak? - spytała jak zawsze ciekawska.

Gospodarz zaordynował herbatę, zamierzał udzielić wyczerpującej odpowiedzi.

- Wiedzcie?  - rzekł rozpierając się jak basza.

Ledwie rozpoczął opowieść znaleźliśmy się w świetle reflektorów...

Wiedz, o królu, że dzieje tych ryb są zatrważające i gdyby je spisać igłą w kącikach oczu, niezłą byłyby nauką dla tych, którzy się uczyć pragną

- No dobra! - krzyczał człowieczek ze strzechą czerwonych włosów na głowie - To kto z was występuje w moim przedstawieniu? - powiódł po nas wzrokiem - Biorę kota! - zdecydował.

- A my? - spytała mama.

- Nie mam dla was roli - rzekł chłodno reżyser.

- Hm... - zastanowiła się mama - możemy grać króla i królową.

- Ale w moim przedstawieniu nie ma takich postaci.

- A nie może pan zrobić, dobić tfu... dosztukować? - mama nie dawała odporu.

Mężczyzna zastanowił się.

- Ostatecznie - powiedział - dlaczego nie?

Zrobiliśmy próbę "Kota w butach". Ja byłem widownią. Mama zapominała roli, Luka się jąkał. Wszystko przebiegało jak należy? Do momentu, kiedy Bazylemu się nie spodobały się chichoty publiczności.

- Nie śmiej się ze mnie! - krzyknął oburzony.

- Nie z ciebie! - zaprzeczyłem - Z anegdoty.

- A co to jest... anegdota? - spytał zaczepnie.

- Historia o zabawnym prawdziwym zdarzeniu.

- Wolałbym, żebyś śmiał się ze smutnych i wymyślonych zdarzeń - uderzył ostrzegawczo ogonem o scenę.

Tu wmieszał się reżyser, do tej pory zajęty własnym myślami.

- Brawo! - krzyczał - Brawo! Eureka! (Bazyli skrzywił się) Kot kłócący się z widownią! Dziękuję! Dziękuję kochani!!! To się Schlegiel zdziwi - uśmiechnął się pod nosem -Fanatastyczne!!! - powtarzał- Romantyzm wprost fantastyczny!

Kotek nie podzielał entuzjazmu twórcy. Zdjął buty i oznajmił, że on tu przyszedł latać.

- A to zły adres! - uśmiechnął się rudzielec - Udajcie się do mistrza Verrocchio! Jest tam taki jeden...

...że był niegdyś, w dawnych czasach, minionych wiekach i stuleciach na wyspach Indii i Chin król pewien z Sasanidów znakomitych, pan rycerstwa i świty...Znaleźliśmy się w fabryczce? produkującej dzieła sztuki. Oparte o ściany stały obrazy? chyba dla kościołów, portrety sławnych i bogatych, zbroje, kostiumy teatralne i kamienie nagrobne też.

- Nie widzieliście gdzieś jaja? - spytał kudłaty młodzian - Muszę farbę wymieszać.

Zniknął za węgłem. Usłyszeliśmy gniewne gdakanie kur. Wrócił krokiem zdobywcy. Na jaju powiewały piórka.

- Kto wie, skąd je wziąłeś! - powiedział inny, nakładający grunt na płótno - a nie lepiej olejnymi? - spytał

- Nie schną tak szybko.

- Nie lubię wynalazków! - odparł kudłaty.

- A ja lubię - zadumał się drugi nad płótnem.

-  To wszyscy wiemy! - odparł zażywny mężczyzna, jak się okazało mistrz i właściciel pracowni - I przez to zamiłowanie, nic nie możesz skończyć! - rzekł z wymówką - Taki talent! Taka znajomość anatomii! Zobaczcie!- zwrócił się do nas - Zobaczcie, jak namalował anioła!- podsunął nam jedno z płócien ?Przewyższa wszystko, co ja sam mógłbym namalować. Więc już nigdy nie wezmę do ręki pędzla - rzekł z rezygnacją.

Diabelnie zdolny, tylko zmienny i niestały uczeń podniósł głowę znad gruntowanego płótna. Spojrzał na nas.

Skoro tragarz ujrzał dziewczynę, opuścił go rozsądek i niewiele brakowało a kosz spadłby mu z głowy

- O pani! Uśmiechnij się proszę jeszcze raz! Uśmiech twój, o pani najpiękniejszym zda się być... czy zgodzisz się... czy zgodzisz utrwalić go... przenieść rzadkiej piękności wizerunek twój na płótno?

Wystarczyło spojrzeć na mamę, żeby zrozumieć bezsens pytania. Po godzinie była mniej zadowolona. A po następnych trzydziestu minutach w ogóle nie było jej do śmiechu. Portret prawie był ukończony. Bazyli przez ten czas wchodził we wszystkie kąty, zadawał mnóstwo pytań. Okazało się, że ma wiele wspólnego z portrecistą mamy. Pasja wynalazcza, niezwykły charakter, ogromna rozpiętość zainteresowań i wielki niedoceniony talent to tylko niektóre z podobieństw. Po prostu kot i człowiek renesansu. Malarz obiecał Bazylemu, że poleci. Kotek postanowił zostać. Otarliśmy szczere łzy.

- Twoja wola - powiedziała mama i pocałowała Bazylego - tylko jak my mamy nie zostać?

To powiedziawszy ifryt uderzył nogą w ziemię przed sobą, a ona rozstąpiła się i pochłonęła go

Było ciemno. Coś skrzypnęło. Idący przede mną wilkołak otworzył klapę włazu nad naszymi głowami. Wyszliśmy do zalanego słońcem pomieszczenia. Dziwnie znajomego. Z dołu dobiegały głosy. Nie wiem, kto pierwszy zrozumiał, że wróciliśmy do Galerii 33. Tylko, że piętro wyżej, na wystawę która miała być otwarta trzydzieści trzy minuty po tej, którą widzieliśmy już. Usłyszeliśmy kroki na schodach. Po chwili otoczył nas tłum. Tym razem obrazy były? jak to mama powiedziała: nie ekstrawaganckie? tylko abstrakcyjne. Miały fajne tytuły.

- Ani się ważcie wskakiwać - zasyczała mama - Nie dziś! Kiedy indziej... Mam ochotę na pierogi.

KONIEC

 

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.