Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 5

Odwiedziny, oględziny i ich wynik

Prawdopodobnie, gdyby przy wszystkim był wilkołak, kotek nigdy nie zamieszkałby w domu Łotersonów. Zwierzak, którego odkryła mama podczas wieszania prania na strychu, patrzył tak smutno i niewinnie... wytrzeszczonymi jak u żaby ślepiami. Konsylium orzekające, w skład którego weszli: śpiący na stojąco Patryk i Luka (właśnie wrócił z czymś na śniadanie) oraz Filip (wpadł na śniadanie) miało  związane ręce. Mama nie miała sumienia? a kotek mruczał na poduszce w kuchni.

- Przypomina indyka - powiedział Filip.

- Jak na drób ma za bardzo wężowy ogon - zauważył Patryk.

Zwierzak, jakby rozumiał, uderzył ogonem o lodówkę, aż echo poszło.

- O! głodny kotek - zaszczebiotała pani Łoterson.

- To nie kotek - powiedział twardo wilkołak.

Wszyscy obecni, łącznie ze zwiniętym w rolmopsa zwierzakiem, spojrzeli pytająco na Lukę, który wycedził.

- Ja... ja... ja... szczur! - wycedził ten

- Nie szczur tylko wilkołak! - zaprotestował Filip.

- Ja też lubię chińską uprzejmość - ucieszyła się mama, która niezbyt dobrze odczytała słowa przyjaciela  - O wspaniali, którym nie godnam zawiązywać sznurówek, siadajcie do stołu!

- O co chodzi?- spytał Filip szeptem Patryka.

- Uprzejmość chińska - wyjaśnił Patryk, siadając przy stole - rozmówcę wychwala się pod niebiosa, a siebie samego przyrównuje do psiej kupy. A jak go nazwiemy? - spytał.

- Bazyli - mruknął od niechcenia Luka.

 Zwierzak zerwał się i wskoczył mu na kolana. Luka z odrazą ściągnął na podłogę próbujące polizać go po twarzy stworzenie.

- Bazyli kici kici! Chcesz mleczka? - zawołała mama.

- Nie! - zapiał cienko kotek.

- Bzikę - dodał w ciszy, która nastała.

 

Nie taki kot czarny jak go malują

Nim nadeszło lato Bazyli zadomowił się u Łotersonów na dobre. Czas upływał pod znakiem sielanki.

- Ka... ka... każdy ko... ko... koszmar za... za... zaczyna się miło - powtarzał wilkołak i otwarcie nazywał  kotka klątwą. Tymczasem Bazyli pochłaniał coraz większe ilości bziki, ot tak od niechcenia podbijał serca domowników i... realizował plan. Zagłady ostatecznej, jak twierdził ostatnio o wiele zbyt podejrzliwy Luka. Bazyli zdawał się dobrze wiedzieć, czym scementuje swoją pozycję w rodzinie. Cała czołobitność i uwielbienie zwierzaka przynależały mamie. Pozwalał sobie na nie lada poufałość, zwąc mamę Pieczareczką lub Czosneczkiem. W stosunku do innych był mniej wylewny. Doprowadzał Patryka do szału, zwracając się do niego per Parówa. Filip był Frykadelą. Ani kulinarne, ani żadne inne przezwisko nie przypadło w udziale Luce. Na początku mówił mało. Dni spędzał na przeglądaniu się w lustrze i słuchaniu radia. Sprawiał dużo uciechy. Kiedy mama z rurą odkurzacza w dłoni, jak cień po polach Elizejskich snuła się po mieszkaniu, a dwójka przerażonych wyłupiastych ślepiów śledziła ją spod kołdry, mordercze instynkty (budzące się w mamie podczas sprzątania) znikały jak ręką odjął.  Potem zadawał pytania typu: "Ile wojska ma Polska?",  "Jak daleko jest północ od bieguna północnego?" i "Jaka witamina jest siódma w alfabecie?"  Z wiekiem, którego miarą, zdaniem Luki, w tym przypadku były kilogramy,  ujawnił więcej talentów. Dał się poznać jako niezrównany pasjonat i eksperymentator. Pierwszą pasją było słuchanie. Słuchał skwapliwie wszystkiego i wszędzie.

- Nie dokończyłeś mi posłuchać! - syczał z furią na każdego, kto mu przerywał. Nadszedł dzień, gdy Bazyli postanowił poświęcić się nauce, a zwłaszcza eksperymentom. Powtarzał  pewną frazę, którą wbijał całą rodzinę w wesołe zdziwienie. Miał zwyczaj zaczynać zdanie:

- Ten idiota, Arystoteles...

 

Kotki nie płaczą

Pierwsza letnia burza zakłóciła dostawę prądu. Zanim znaleziono zapałki, ciemności zaczęły przeczesywać dwa snopy światła. Przypominały światła postojowe. Nie emitował ich samochód, lecz dwójka wyłupiastych oczu.

- Ty to masz dobrze! - rzekł z podziwem Patryk.

- Będę miał jeszcze lepiej, bo teraz poleci mój film - kotek zadarł krogulczy nos i poczłapał do pokoju. Po chwili rozległ się przeraźliwy krzyk przechodzący w szloch. Bazyli, dowiedział się, że nie zobaczy filmu. Pogłaskany uspokoił się. Tylko oczy jak dwie krynice...

- Patrzcie!!! - krzyknął Patryk - Jak Bazyli płacze, robi się tęcza!

- Ja wcale nie płaczę tylko... tylko rozczepiam sobie światło - obruszył się zwierzak.

 

Marynowane zeppeliny

Zainteresowanie Bazylego ruchem (prostoliniowym, krzywoliniowym, jednostajnym i zmiennym) było odwrotnie proporcjonalne do ilości wykonywanych przez niego czynności. A wprost proporcjonalne do przyrostu masy.  Pewnego popołudnia mama z Luką wyszli do kina.

- Bazyli idziesz z nami na piaskową skarpę? - spytał Patryk.

 Wyrwany Ziemi kęs parku był ulubionym miejscem dla budowniczych i poszukiwaczy skarbów. Kotek nie słyszał. Zdecydowanym ruchem pociągnął za firanki w kuchni. Rama, do której były przyczepione, brutalnie wyrwana ze ściany, opadła z hukiem na podłogę.

- No - zatarł łapy Bazyli - dobra nasza.

Podreptał do pokoju. Wrócił, taszcząc pod pachami dwie kule: większą i mniejszą.

- Co to jest? - spytał Filip

- Kula armatnia - kotek wskazał na większą - i z muszkietu - na mniejszą.

- Skąd je masz? - chłopcy oniemieli ze zdziwienia.

- Poprosiłem o nie wilkołaka, to mi dał - rzekł z dumą - to znaczy pożyczył.

- A po co ci one?

 - Znowu ten głupek, Arystoteles... Arystoteles przypuszczał, że prędkość toczącej się kuli powinna być stała. Parówa, daj garnek! Zrobię z niego zegar wodny.

Chłopcy usiedli przy stole i w nabożnym milczeniu obserwowali poczynania kotka. Czuli przez skórę, że biorą udział w nietuzinkowym odkryciu.

Bazyli korkociągiem zrobił dziurę w garnku. Nalał wodę.

- Teraz musicie mi pomóc - zwrócił się do chłopców.

 Rzeczywiście podczas staczania się kuli armatniej wypłynęło więcej wody.

- Czego Arystoteles... bo był głupi... nie wziął pod uwagę? - zapytał profesorskim tonem Bazyli.

- Przyciągania ziemskiego? - niepewnie rzucił syn pani Łoterson.

Zwierzak błysnął z aprobatą ślepiami.

- No to możemy iść na skarpę - oświadczył.

Umieszczona z powrotem na miejscu rama z firankami, spadła Bazylemu na głowę, kiedy zamykał przed wyjściem okno. Wyskoczył pokaźny guz. Chłopcy przypomnieli sobie, że nie odrobili lekcji. Postanowili w ekspresowym tempie, uporać się z nimi w pokoju Patryka. Bazyli bał się, że firanki komuś jeszcze nabiją guza. Mama na pewno rzuci się otwierać okno po powrocie do domu. Należałoby ją w jakiś sposób ostrzec...  Chłopcy byli gotowi. Na schodach zatupały dwie pary butów i  dwie pary łap. Kiedy pani Łoterson z wilkołakiem wrócili, zastali pusty dom oraz informację, przypiętą szpilką do firanek: UWAGA! KORNISZONY LECĄ! Tak się to jakoś nazywa, tłukło się Bazylemu po głowie.

 

Klątwa zaczyna działać

- Przynieście mi ziemi! - zażądał Bazyli pewnego popołudnia. Chłopcy ciekawi kolejnego eksperymentu przynieśli, ile potrzebował.

- To po co ci była ta waga?- indagowała pani Łoterson trzy godziny później. Wróciła z pracy i zastała kuchnię jak żyzną grządkę, a posrebrzaną wagę, która przemierzyła trzy kontynenty, jedyną rodzinną pamiątkę zamienioną w szmelc.

- Chciałem zważyć ziemię - bronił się Bazyli.

- Po co?

- Żeby dowiedzieć się... wy myślicie, że to jest takie oczywiste, jaką siłę ma siła grawitacji! - zaatakował znienacka.

"Nie tym tonem. Nie tym tonem z mamą. Nie teraz!" - pomyślał Patryk. Bazyli zaraz dowiedział się, że nie tym tonem, raz i dobrze. To znaczy dowiedziałby się, gdyby potrafił wyciągać wnioski.

Mama była cierpliwa. Dopiero po kilkunastu podobnych... eksperymentach, postanowiła położyć dziwnym porządkom, które nastały  wraz z Bazylim, kres.

 

Pizzaparty dla Galileusza

- Arystoteles to głupek -  Bazyli powiadomił mamę - a tu masz do zapłacenia, Czosneczku - wręczył mamie rachunki za pizzę. Wdrapał się na szafę. Tylko spod sufitu, gdzie mieścił się w pozycji żaby, mógł staczać po krzywej wieży, zbudowanej z pięćdziesięciu pudełek z pizzą, swoje kule. Mama nie powiedziała nic. Długie lata wspominano w mieście słynne przyjęcie, które zorganizowali Łotersonowie znienacka, w środku tygodnia. Mieszkanie pękało w szwach od przyjaciół, znajomych oraz krewnych, przyjaciół i znajomych przyjaciół i znajomych. Dla wszystkich starczyło pizzy!

Kiedy wyszedł ostatni gość a kotek zasnął nafaszerowany bziką, mama zwołała rodzinną naradę.

Coś trzeba było zrobić z nic nikomu niewinnym kotkiem, który zdezorganizował życie rodzinne, wyssał z domowników siły życiowe, jak też absorbował ich, wbrew ich woli i po mistrzowsku.

- Na dodatek zajmuje już jedną trzecią mojego pokoju - zauważył Patryk.

- Zni... zni... zniszczył po... po... połowę sprzętów domowych - dodał wilkołak - ma ciągle no... no... nowe po... po... pomysły i na pewno będzie je realizował.

Zgodzili się co do tego, że żadne rozwiązanie z tej Ziemi nie istnieje, bo prowadzi donikąd.

- Potrzebujemy jakiegoś wyjątkowego rozwiązania - zamyśliła się mama. Po chwili twarz jej pojaśniała. Uśmiechnęła się chytrze.

Luka spojrzał pytająco.

- Odciągniemy go od fizyki. Zainteresujemy sztuką i teatrem - rzekła pani Łoterson .

CDN

 

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.