Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 3

Gość z księżycowej poświaty

Mama mówiła, że żadne wycie, choćby najbardziej cichutkie, nie pozostaje niewysłuchane prze stado wyjącego.

- Wy... wy... wyje się po to, że... że... żeby od... od... odnaleźć swoich - potwierdził Luka.

Jak wiadomo, tego wieczoru nawyli się zdrowo.

Nagle w środku nocy obudził Patryka Łotersona płacz. Dobiegał z okolic okna. Chłopiec wstał. Na biurku w księżycowej plamie siedziało małe stworzenie i łkało wniebogłosy.

- Co się stało? - spytał nie większą od szklanki postać. Mężczyzna, bo był to Pan, tułów miał nagi, a od pasa w dół  był obficie porośnięty sierścią.  Przestępował z kopytka na kopytko, czarne i lśniące. Potrząsał kudłatą głową ze zgrabnymi rożkami.

- O ja nieszczęśliwy! - powtarzał z goryczą - zgubiłem flet... A dziś są... a dziś są.... No takie te...  będziemy muzykować i stwierdzać, kto najładniej. A ja nie mam fletu!!! - zakrył twarz dłońmi. Szczupłymi ramionami wstrząsnęło łkanie - Zgubiłem!

Mama mówiła, że nie ma sytuacji bez wyjścia, tylko trzeba je znaleźć. Potem podwijała nogawki i przechodziła wpław rzeczkę, która przecinała trasę którejś z wiosennych wypraw.

- Nie mógłbyś grać na tym? - spytał Patryk, podając nieoczekiwanemu gościowi saksofon, do tej pory własność plastikowego jazzmana z orkiestry klocków play, które dostał od cioci. 

- Hm - Pan przyglądał się instrumentowi z niemałym zainteresowaniem - że też ja takiego czegoś nie wymyśliłem?! Wszystkiemu winna zbytnia kochliwość... zadurzanie się w nimfach - dodał zamyślony. To pożyczysz mi na całą noc? - upewnił się. Patryk pokiwał głową.

- Ale wiesz co? - krzyknął przyszły saksofonista, wskakując na parapet - Chodź ze mną na przyjecie! W końcu uratowałeś - zastanowił się - moją radość. No chodź!

Chłopiec nie dał się prosić. Często, kiedy mama nie widziała (żeby nie drażnić człowieka, który gotów jest bić i zabić, by uprzątnąć z życia synka wszelkie niebezpieczeństwa) Patryk wychodził prze okno prosto na  gruby konar starej śliwy. Drzewo rodziło  co roku soczyste pyszne śliwki, których starczało na powidła dla całego domu. O ile ktoś nie zżarł zbyt wielu prosto z drzewa a potem nie leżał pod nim, nie mogąc się ruszyć! Nikt nie miał serca (a wszyscy mieli żołądki) pozbywać się drzewa, choć konarami zdawało napierać na budynek i wpychać gałęzie w okna. Dla Patryka i jego kolegów stanowiło tajną drogę odwiedzin a nieraz też (kiedy mamy nie było w domu) wyjście ewakuacyjne. Wystarczyło spuścić nogi z parapetu, złapać się gałęzi nad głową i zeskoczyć na konar, który jakby na to czekał.

Zeskoczyli. Po chwili... i wcale nie była to dłuższa chwila... chłopiec siedział przy suto zastawionym stole. Pośród nocy, słodkiego zapachu wiosennych kwiatów, ogromnej ilości żywo gestykulujących, bez przerwy przemieszczających się i co rusz wybuchających śmiechem postaci .

- To moja rodzina - powiedział faun.

 

Ucztujący poczet

Syn pani Łoterson miał wrażenie, że koniec stołu ginie w mroku. Był pewien, że rodzina nowego znajomego trudni się wyrobem lub handlem, a raczej tym i tym, oceniając po ilości? no po prostu ci ludzie  musieli mieć dużo wspólnego z bielizną pościelową. Kto żyw był przyodziany w prześcieradło. Udrapowane na różne, czasem wymyślne sposoby. U szczytu stołu siedzieli chyba dziadkowie, protoplaści rodu, z zadowoleniem wodzili wzrokiem za nieprzeliczonymi, zdaniem Patryka, pociechami. Chłopiec poczuł ukłucie zazdrości. Zawsze chciał mieć dużą rodzinę.  Pomarszczona babcia pytała każdego, czy mu czegoś nie brakuje.  Dziadek ani na chwilę  nie wypuszczał z dłoni laski dobrze imitującej piorun. Wygrażał nią dziewięciu galopującym w tę i z powrotem dziewczynkom. Szkoda, że same dziewczyny i mają dziewczyńskie zabawki. Jedna miała zeszyt i długopis, inna książkę, inna ukulele. Jeszcze inne miały: dziwny podwójny flet o jednym ustniku,  maskę ze szkaradnym grymasem i taką całkiem wesołą, gitarę elektryczną, lunetę, i a ostatnia nie miała nic. Rozmyślania chłopca przerwał siadający po jego prawej stronie mężczyzna. Miał na sobie skórę chyba dopiero co zdartą z byka. Na ogromnych plecach chybotał się rogaty łeb o wielkich chrapach. Sąsiad miał do tego stopnia umięśnione ramiona, że chłopiec zastanowił się, co z niego zostanie, kiedy mężczyzna muśnie go niechcąco, sięgając po sól. Rozmyślania Patryka przerwały kłócące się o miejsce ciotki. Grubsza twierdziła, że miejsce wśród róż i mirtu stworzono z myślą o niej. Ta, której na ramieniu siedziała sowa (w najmniejszym stopniu niezainteresowana awanturą) twierdziła, że dla niej, bo obok talerza stoi miseczka oliwek. Wywijała przy tym tarczą, dziwnie przyozdobioną? ściętą głową, przed  zgrabnym nosem przeciwniczki. Ta nawet go nie zmarszczyła. Dopiero jakaś sympatyczna dziewczyna, bardzo ładna, wcisnęła grubszej flakon z jakimś mazidłem, a miseczkę z oliwkami przesunęła w pobliże talerza obok. Ciotki usiadły, ostentacyjnie obracając się do siebie plecami.

- Teściową krem na zmarszczki zawsze udobrucha - mruczała sympatyczna, spiesząc do męża i dzieci na drugim końcu stołu. O ile szlachetne rysy twarzy dzieci odziedziczyły po mamie, o tyle resztę po tacie, pulchnym, krótkonogim mężczyźnie o okrągłej twarzy okolonej puklami barwy miodu. Mężczyzna miał łuk. Łuk przy stole!!! Od czasu do czasu wypuszczał strzałę. Patryk był zdumiony, że też tak dobrze można bawić się przy jedzeniu. Okrągłolicy sarkał, bo nie trafiał.

- Co zrobiłeś z kamykiem? - krzyknęła przez stół jedna z trzech, zbitych w kupkę, ciotek o przekrwionych oczach i włosach... włosach, których kunsztowne sploty zdawały się wić i syczeć. Pytanie było skierowane do zgarbionego mężczyzny, obgryzającego kości.

- Podparłem patykiem -  rzucił i wrócił do nader interesującej rozmowy. Niczego tak nie lubił, jak  wysłuchiwać zwierzeń. Były to nowinki, którymi potem w większym gronie chętnie się dzielił.

- A gdzie jest mój najmądrzejszy i najukochańszy wnuk - zainteresowała się babcia.

- Lepi ludzi w piaskownicy! - krzyknął prze z trąbkę babci do ucha aptekarz o dobrodusznej twarzy. Przy jego talerzu leżała laska opleciona wężem. To musiał być aptekarz.

- Z tego nie będzie nic dobrego - skrzywił się dziadek.

Barczysty sąsiad zagwizdał. Przybiegł pies. Nie był to jednak wilkołak. Łakomie, jak przystało na kogoś, kto ma trzy głowy, pożerał precle z makiem. Mroczna postać, siedząca trzy krzesełka dalej popatrzyła na siłacza z wymówką.

- Psy nie jedzą słodyczy - rzekła posępnie.

Tymczasem pies wymiótł, powarkując na siebie każdą z trzech paszczy, całą paterę prędzej niż ktoś powiedziałby: razdwatrzy i usnął przy nodze karmiącego. Uwagę wujka o bladej cerze przykuła jego żona, która ruchem ręki przywołała niewysokiego mężczyznę o nieobecnym spojrzeniu. W dłoni trzymał lirę. Trochę mniej mroczna od męża ciotka namawiała  go, żeby zagrał, bo, jak mówiła, kiedy jego palce dotykają strun, budzą się drzewa i skały.

- Ze skałami byłoby gorzej - mruknął Patryk, mieszkaniec równiny.

Mężczyzna wykręcił się uprzejmie.

- Tata już dmucha w mikrofon. Przemówi i zaczynamy... potyczki.

 

Czego nie mogło zabraknąć

Szpakowaty mężczyzna rzeczywiście odchrząknął, biorąc mikrofon do ręki.

 - Jak wiemy - zabrzmiał wzmocniony dodatkowymi decybelami aksamitny baryton - zebraliśmy się dziś po to...

- Czy ktoś chce szarlotki? szarlotki ze złotych jabłuszek... pyszna - weszła mu w słowo jedna z trzech kobiet żonglujących paterami z rzeczywiście apetycznie pachnącym ciastem.

Mężczyzna na podium, powiedzmy, że świetlny krąg stanowił coś na podobieństwo sceny, spojrzał z dezaprobatą na znikające kawałki ciasta.

- To jest niepojęte, że chociaż piastujecie jedyne w swoim rodzaju stanowiska... dożywotnio piastujecie, ciągle najważniejszy jest dla was, wasz żołądek!  powiedział.

A jednak pościele... i to jakaś solidna firma - pomyślał z satysfakcją Patryk.

- A co jeszcze miałoby się liczyć, bracie? - spytała z pełnymi ustami kobieta, o bujnych włosach spiętych ogromną spinką w kształcie księżyca.

- Piękno tego świata, życie, śmierć, wróżby, prawdy, prawa... - mężczyzna podjął temat i rozwinął jak na mówcę z prawdziwego zdarzenia i miłośnika słowa przystało.

Grubas o wesołych oczach westchnął ciężko.

- Wszak nie ty zakochałeś się w swoim odbiciu, a zachowujesz się... jakby właśnie ciebie spotkała ta przypadłość - rzucił pod adresem mówcy.

Z podium płynęła podniosła mowa pełna górnolotnych stwierdzeń i niezrozumiałych słów, o wartościach wyższych, ulotnych, ponadczasowych.

- Nie wytrzymam tego dłużej - zabulgotał grubas, jednym haustem opróżniając kieliszek rozmiarów wazonu - Złośliwy Gówniarzu! - zwrócił się do drugiego sąsiada Patryka - Mógłbyś wyświadczyć mi przysługę?

Chłopak, może z racji skrzydełek, które trzepotały zawadiacko i przy jego kaszkiecie i przy trampkach (Ale czad!) w jednej chwili był przy najgrubszym z wujków. Potem wrócił na miejsce.

- Dziwne masz imię - zwrócił się do niego Patryk.

- Na imię mam inaczej, ale nikt nie pamięta jak, bo od urodzenia wszyscy się tak do mnie zwracają -  roześmiał się Gówniarz - ale mam do ciebie sprawę - pochylił się do ucha Patryka.

- Lubię płatać figle - szeptał - a ten wujek ... wskazał na mężczyznę z mikrofonem - lubi, gdy mu je płatam - uśmiechnął się zuchwale - Gdzie macie labirynt?

- Co? - spytał zdziwiony Patryk.

- Kamieniołomy?

- Nie mamy.

- Lochy? - nie dawał za wygraną człowiek ze skrzydłami przy trampkach.

- Nic z tego - Patryk pokręcił głową - ale coś jednak  mamy...

 Chwilę poszeptali i... kiedy z ust mówcy padło "patronem poezji i sztuki", Złośliwy Gówniarz zerwał się, wywracając krzesełko.

- Sztuki! - krzyknął - Wujku, bo ja tu właśnie znalazłem rzeźbę... nieznanego pochodzenia i... wielkiej urody.

- Gdzie?! - mężczyzna porzucił mikrofon.

- Prowadź!- rozkazał uskrzydlony Patrykowi.

- Zawsze się na to nabierze - roześmiał się wujek ledwo mieszczący się na krzesełku, kiedy trzy postacie zniknęły w mroku.

 

Muzyczne potyczki... jeszcze nie

- Potyczki czas zacząć - zaklaskał w pulchne dłonie. Niczego tak nie lubił jak muzyki.

Gwar ucichł w oczekiwaniu. Pierwszy zagrał mężczyzna z lirą. Pięknie jak zawsze.

- Zbyt tęsknie jak na moje ucho - stwierdził grubas.

Niektórzy przypisywali to niezwykłym właściwościom dźwięków, wychodzącym spod palców mężczyzny o nieobecnym spojrzeniu. Inni sądzili, że nie zaproszony przez pomyłkę ekstrawagancki wujek, który wszędzie brał z sobą trójząb, zrobił psikusa. W każdym razie nagle jakby przez rozciętą nożem tkaninę nocnego samozasklepiającego się (szpara zaraz zniknęła) nieba wpłynął statek. Zacumował przy stole.

CDN

 

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.