Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 2

Stróż w opałach

Pani Łoterson wyjrzała przez okno. W stronę parku zmierzała kawalkada: jedna hulajnoga, na niej jeden szafot, jedno prześcieradło na szafocie (żeby go ukryć, bo nie wszyscy rozumieją, że może być zabawką), jeden Patryk i jeden Filip prowadzący hulajnogę oraz eskortujący konwój jeden wilkołak. Wszystko przebiegało jak należy.

-  O nie! - krzyknęła spojrzawszy w drugą stronę. Złapała to, co miała pod ręką i wybiegła.

O mały włos nie stratowała dozorczyni, która też przyglądała się niecodziennej eskapadzie. Trzasnęły za mamą drzwi od klatki schodowej. Patryk obrócił głowę.

-  Mamo! Gdzie idziesz z moim moczem? - spytał zdziwiony.

Pani Łoterson spojrzała ze zdumieniem na trzymany w dłoni przedmiot.

-  No właśnie! - ani na chwilę nie straciła rezonu.

- Dokąd mam z tym iść?! - spytała.

- Z tym - dozorczyni odskoczyła, nie lubiła, kiedy jej ktoś machał pojemnikiem na mocz centymetr od nosa - już chyba nigdzie - a że chętnie udzielała rad - ze świeżym jutro rano tam- wskazała głową budynek ośrodka, który jak na złość postawiono u wylotu ulicy. Niecodzienna wycieczka zmierzała właśnie w jego stronę.

 

- Wyleciało mi z głowy! Rano! - pani Łoterson plasnęła się w czoło - Ale... dobrze, że panią spotykam. Co za traf! - złapała opiekunkę dzielnicy za ramię i myśląc gorączkowo, co dalej... jak i czym zająć stróżowi prawa pół godziny.... zaczęła ciągnąć w stronę mieszkania. Byle dalej od ulicy... od kwietniowej dzikości i wiosennej nieprzewidywalności...

- Wie pani- mówiła mama - zalewają nas!

- Panią?!- zdziwiła się dozorczyni - Mieszka przecież pani na samej górze!

- Jak mówię, że zalewają, to zalewają - uparła się mama, otwierając drzwi -To zwyczajna  rzecz.

W tym samym momencie Patryk pomyślał, że nie jest to zwyczajna rzecz, eskortować szafot do parku i zaintonował piosenkę.

 

Piosenka Patryka

W naszej bazie

w miejskim parku

będzie zabawa, że  hej!

Nasza konstrukcja to dobry szafot.

Choć głowy nie zetnie,

kiedy ktoś włoży swoją.

Ale będziemy się dobrze bawić,

Choć głowy nie straci nikt.

 

Stróż w opałach 2

Skoro gość, to kawa. Nie zwykła kawa..... ale mielona w  młynku z korbką. Mama jakoś niezręcznie trzymała... Zmielona kawa wysypała się? Woda wygotowała...

- To będzie ta kawa? - niecierpliwiła się dozorczyni.

W końcu mama nalała z dzbanka i to więcej niż kubek mógł pomieścić.

- No? chciała pani kawy - zażartowała i pobiegła po ręcznik, żeby zapobiec spłynięciu czarnych potoków na gościa  - to ma.

Aromatyczna powódź została zażegnana. Nagle dozorczyni zerwała się. Otwarła jak szeroko okno i zawisła w połowie za nim.

- Pani jadła czosnek!!! - krzyknęła, spazmatycznie łapiąc powietrze - Jestem uczulona!

- A tak. Jeden ząbek - pani Łoterson, która znana była z gościnności, wciskała się w najdalszy kąt mieszkania - Na przeziębienie. To zwyczajna...  - ugryzła się w język.

Jestem sprytna? i w miarę pomysłowa - pochwaliła się mama, zamykając za dozorczynią drzwi. Dozorczyni po zaryglowaniu wszystkich zamków swoich drzwi, opadła do cna wyczerpana na kanapę. Obiecała sobie, omijać wszystkich o nazwisku Łoterson szerokim łukiem.

 

Krzyk z... z głębi stuleci

Tymczasem w parku poprawiano ostatnie maskujące gałązki. A  że nie było jeszcze całkiem ciemno, chłopcy postanowili pojeździć na hulajnodze. Była tak duża, że można było przemieszczać się na niej we trójkę. Raz wprawiona w ruch nie zatrzymywała się po chwili, jak inne. Dopiero, kiedy się zahamowało. Przyszła mama i też chciała się przejechać.

- Ze  mną - zastrzegł syn pani Łoterson.  Prawe nogi na hulajnodze. Dwie lewe odepchnęły kule ziemską w przestrzeń kosmiczną.

- A to co za guzik? - spytała, jak zawsze wnikliwa, mama.

Luka krzyknął: Nie... nie... nie...

Za późno. Mama nacisnęła guzik schowany pod kierownicą.

Przeraźliwy krzyk zelektryzował powietrze.

- Ratunku!!! Ratunku!!! - krzyczał ktoś szamocąc się w krzakach.

- Szafot! -  krzyknął domyślny Patryk. Zeskoczył z hulajnogi i pobiegł w kierunku hałasu.

Pani Łoterson za nim. Chłopiec zatrzymał się na zaanektowanej przez dzieci polance. Z niemałym zadowoleniem patrzył na pierwszą ofiarę. Im bardziej mężczyzna miotał się, z całej siły próbując wyzwolić,  tym zapadka wpijała się boleśniej w kark. Nie miał szans. Patryk zatarł dłonie. Konstrukcja przeszła próbę zwycięsko!

- Może ktoś by mnie stąd uwolnił?!! - mężczyzna zauważył wpatrzoną w niego parę.

- Mamo, czemu ten pan jest tak dziwnie ubrany? - Patryk Łoterson z zainteresowaniem przyglądał się krótkim do kolan spodniom mężczyzny. Kończyły się atłasowym mankietem z guziczkami i wstążeczką. Na stopach w ciemnozielonych pończochach lśniły ogromnych rozmiarów pantofle. Z pulchnej, uwięzionej w wysokim kołnierzyku, twarzy dwoje oczu ciskało gromy.

- Nazywamy się Łoterson - pospieszył Patryk z niezbędnym, jak sądził, w tych okolicznościach wyjaśnieniem - To moja mama, a ja mam na imię Patryk - spojrzał wyczekująco na jegomościa... pomyślał, że skoro tak wygląda? musi być jegomościem.

- Lepiej mi się przedstawia, kiedy nie tkwię uwięzion y- mruknął mężczyzna niezbyt uprzejmie.

Łotersonowie rzucili się, podnosić zapadkę.

- Nazywam się Rothschild. Nathan Rothschild - uwolniony mężczyzna skłonił się dwornie przed mamą.

- Ten Rothschild? ? zdumiała się pani Łoterson- Co pan tu robi?!

- Sam chciałbym to wiedzieć, dobrodziejko... - westchnął pan Rothschild  - jeszcze wczoraj zmierzałem z Frankfurtu do Moskwy. Zatrzymaliśmy się, napoić konie. Ale  stangret... ten  chłystek... ten woźnica od siedmiu boleści... ten niedoważony...mniejsza z tym - machnął ręką - Zniknął! Możeście go widzieli?

- A czy był łysy? - spytała mama.

- Nie - zaprzeczył energicznie mężczyzna.

- A gruby był? - spytał Patryk.

- Nie!

- A niski?

- Nie!

- Wysoki i szczupły? - spytała mama.

- Tak - przytaknął z nadzieją pan Rothschild.

- A to nie widzieliśmy - mama wydęła wargi.

Jegomość poczerwieniał z irytacji.

- Szukałem go, kiedy wypadła z krzaków ta bestia... ogromne bydlę! Zacząłem uciekać... a resztę już znacie - rzekł z goryczą mężczyzna, rozglądając się.

- Panie Rothschild - mama poczuła, że nadeszła chwila, kiedy  trzeba przejąć sprawę w swoje ręce - tak się składa, że wiem, że jest pan jednym z pięciu braci, zdolnych, obrotnych i odważnych bankierów. Wielcy tego świata byli u panów zadłużeni. Sfinansowali nam panowie kilka wojen. Choć, jak mniemam, nie o krwawe starcia panom chodziło, tylko o pomnażanie majątku... nad wyraz konsekwentne. Ale co pan do diabła robi w naszych czasach?

- W naszych? Czyli jakich? - słowa pani Łoterson poprawiły humor panu Nathanowi.

- Mamy rok dwa tysiące osiemnaście - powiedział Patryk.

- Cóż mówisz chłopcze? - zdumiał się jegomość, nie przestając rozglądać - Nawet gdybym dał wiarę.... Dziw bierze, że po tylu latach ktoś nas pamięta! - dotknął głowy i zaczął niespokojnie się rozglądać.

- Przeniósł się pan do naszych czasów?! - pani Łoterson  żądała wyjaśnień.

- To nie on się prze... prze... przeniósł - powiedział wychodzący z zarośli Luka.

- To pana? - zza pleców wilkołaka wyłonił się Filip z czarnym kapeluszem w ręku.

- Tak, mój!  Dziękuję ci chłopcze - mężczyzna starł rękawem niewidzialne prószki i założył kapelusz na głowę.

- Nie on?- mama spojrzała z bliska w ciemne oczy wilkołaka, szukając w nich odpowiedzi.

- Mogłaś się tego spodziewać - zauważył przenikliwy Patryk - kiedy naciskałaś  guzik!

 

Niewybaczalny brak żyrafy

- Ładne rzeczy...  - zamyśliła się mama - Wie pan co - zwróciła się do jegomościa,  odkładając sprawy niezrozumiałe na bok - jednego nie pojmuję. Są panowie niekwestionowanymi rekinami finansjery....

- Tak?! - ucieszył się Filip - Ma pan jacht?

Mister Rothschild pokręcił głową.

- Pewnie pan dużo podróżuje - domyślił się Patryk.

- Bada rośliny czy zwierzęta?! - pytał podniecony Filip.

Pan Nathan zaprzeczył.

- Ma pan chociaż bezludną wyspę? - chłopcy patrzeli po sobie z niesmakiem

Kręcenie głową.

- No ale żyrafę to pan chyba ma? - spytał z resztką nadziei Patryk.

- Chłopcy! Ten pan nie ma nawet domu z ogrodem - rzekła mama, jak się zdawało panu Nathanowi, z wyrzutem.

- Nawet powozu nie mam - jegomość rozłożył bezradnie ręce - A car nie będzie czekał całą wieczność... i interesy - dodał z goryczą.

 

Zwyczajna rzecz, biegać po jakichś wiekach, żeby komuś powiedzieć, że ma jechać pociągiem

Gdzieś całkiem niedaleko zagwizdała lokomotywa.

- A pociąg pan ma?- Filip nie tracił nadziei - Bo wie pan, gdyby pan miał pociąg - ciągnął - to mógłby pan sobie pojechać do tego swojego cara.

- Chłopcze niech cie ucałuję! - mister Rothschild  przyskoczył do Filipa - Mam pociąg! Całe mnóstwo? sfinansowaliśmy budowę kolei. Niech cię ucałuję!

Chłopiec schował się za plecami wilkołaka. Nie lubił poufałości.

-Tu obok są tory. Można nimi dojść. Tylko o której odchodzi pociąg do? do? dokąd pan chce jechać? - Patryk zwrócił się do pana Nathana

- Ó...? ó...ósma dwa.. dwa.. dwa dwadzieścia  do Wa... wa... Warszawy - powiedział Luka.

- Masz ci los... jeszcze to! - zdenerwował się mister Rothschild poklepując kamizelkę - Zegarek też zgubiłem... niedobrze... oj niedobrze... - mruczał do siebie.

Patryk chwilę się zastanawiał, a w zasadzie bił z myślami.

 

Lepszy zepsuty... niż cokolwiek rozumieć

- A może być taki?- spytał wyciągając  z kieszeni prezent od Luki. Podał  jegomościowi i przezornie skrył za wilkołakiem.

- Przecież to mój zegarek!- jegomość nie posiadał się z radości. Przyłożył do ucha.

- Chodzi! Ale czego można się spodziewać? Dostałem go od cara - wyjaśnił - Pietrodworiec! - rzekł z dumą.

- Ma pan dwadzieścia minut do odjazdu pociągu - zauważył Patryk, któremu przykro było z powodu utraty zegarka. W radiu mówili, że lepsze jest dawanie niż branie. Może?

- Miło was było poznać! Dziękuję za pomoc... wszelaką! Pani uwagę o ogrodzie wziąłem sobie do serca! Żegnam! - mister Rothschild skłonił się i pobiegł wzdłuż torów.

- Mamo, odprowadzimy? - spacer przez miasto dwieście lat temu mógłby ewentualnie pocieszyć syna pani Łoterson.

- Dobra - zgodziła się mama.

 Rozejrzeli się za hulajnogą. Stała oparta o drzewo. Na łańcuszku dyndał, jakby dopiero co przewieszony przez kierownicę, zegarek.... Prezent od cara?... tfu... to jest od wilkołaka.

- Nie chodzi - Patryk przytknął do ucha.

- Cze... cze... czego można się spo... spo... spodziewać? Pietrodworiec... żeby cho... cho... chodził dwieście lat -  zauważył Luka - Le... le... lepiej cho... cho... chodźmy na ko... ko... kolację.

Nawet nie zauważyli, kiedy księżyc wspiął się na niebo.

- Powyjemy sobie? - spytał Patryk prosząco.

- Czemu nie! - odparł wilkołak.

Szli do domu i wyli aż miło. Wycie, jak twierdzi mama, zawsze pociąga za sobą jakieś konsekwencje.

 

CDN

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.