Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Karol Walerowicz PAN BAŁAGAN I ZAGINIONY SKARB

Część I

O przedziwnym pokoju i tajemnicy jeszcze bardziej tajemniczego stworka

Powiedzieć, że pokój Piotrka był niezwykły, to za mało? Należałoby raczej określić go jako zaklęty, tajemniczy czy zaczarowany, a na pewno zwykła niezwykłość w tym przypadku nie wystarczy. Działy się tam bowiem bardzo dziwne rzeczy. Niemal wszystkie przedmioty pozostawione w owym pokoju potrafiły same się poruszać. Naprawdę... Na przykład stojący na biurku samochód strażacki, nie wiedzieć czemu, na drugi dzień znajdował się na dywanie, a wszyscy wiemy, że zabawki same nie potrafią się przemieszczać. Podobnie sprawa się miała z żołnierzykami, które zamiast grzecznie siedzieć w kolorowym kartonie, wędrowały po całym pokoju. Mama uparcie twierdziła, że odpowiedzialny jest za to jakiś bałagan, ale Piotrek nigdy żadnego "bałagana" nie widział. Co gorsze, kiedy pewnego dnia wychodząc rano do szkoły zostawił na krześle przy biurku parę pasiastych skarpetek, po powrocie już ich tam nie było. Dwa dni zajęło właścicielowi znalezienie zguby, która ostatecznie znalazła się w zakamarkach szuflady. W tajemniczym pokoju znajdowały się również najróżniejsze kolorowe pudełka, zarówno te okrągłych kształtów, jak i prostokątne; małe i duże, posiadające niezwykłą właściwość układania się codziennie w inne figury. Raz były wieżą z okrągłym, niebieskim, dużym pudłem na spodzie, innym razem znowu piramidą, gdzie owe pudło stanowiło wierzchołek.

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 6

Wychodzili, ale Bazyli ciągle nie był gotów. Czytał książkę o perskich księżniczkach, dżinnach i samarkandzkich książętach. Mówił, że nie może skończyć, bo żadne opowiadanie nie kończy się tylko przechodzi w następne. Przerwać jednak mógł, więc  poszli na wystawę. Pani od polskiego kazała napisać recenzję obrazu czy grafiki, najlepiej współczesnej. Mama powiedziała, że dobrze się składa, pójdą wszyscy na wystawę i może Bazyli zapomni trochę o fizyce. Wyszli.

O dostojna pani opowieść moja nie jest podobna do pozostałych, lecz jest od nich jeszcze bardziej niezwykła

W piątkowe popołudnie wybraliśmy do Galerii 33 na wystawę pani Lilianny Lilu Lazarskiej - pisał Patryk  - szliśmy wąską uliczką. Minęliśmy sklep z konfekcją, rybny i ksero. Zatrzymaliśmy się przed nieotynkowanym budynkiem jakieś dawnej fabryczki czy manufaktury. Drzwi były otwarte, a przed wejściem stał rower oklejony folią od czekolady. Byliśmy na miejscu.  Wśród starych waliz, dziewiętnastowiecznych maszyn do szycia i różnej wielkości latarni i latarenek wspinaliśmy się trzeszczącymi drewnianymi schodami na pierwsze piętro. Pachniało zjadanym przez korniki drewnem, gipsem i pajęczynami. Choć tych ostatnich nie było. Z każdym stopniem coraz intensywniejsza stawała się woń innego rodzaju. Pachniało niespodzianką... bo sielanką to złe słowo. W powietrzu unosiło się coś? coś, za czym bardzo się tęskni. O takich miejscach można śnić. Żal kiedy się przebudzi z snu... Nie wiem, czemu nie buduje się rozległych pomieszczeń o oknach rodem ze szkockiego zamku. Tylko, że nie wrzosowiska, a zaniedbane podwórko było widać przez nie. Jakaś troskliwa ręka rozstawiła donice z kwiatami, jedyne źródła koloru. Jakbyśmy przenieśli się w czasie do dwudzieste? Nie, raczej końcówka dziewiętnastego wieku. Czy mama żyła w dziewiętnastym wieku?

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 5

Odwiedziny, oględziny i ich wynik

Prawdopodobnie, gdyby przy wszystkim był wilkołak, kotek nigdy nie zamieszkałby w domu Łotersonów. Zwierzak, którego odkryła mama podczas wieszania prania na strychu, patrzył tak smutno i niewinnie... wytrzeszczonymi jak u żaby ślepiami. Konsylium orzekające, w skład którego weszli: śpiący na stojąco Patryk i Luka (właśnie wrócił z czymś na śniadanie) oraz Filip (wpadł na śniadanie) miało  związane ręce. Mama nie miała sumienia? a kotek mruczał na poduszce w kuchni.

- Przypomina indyka - powiedział Filip.

- Jak na drób ma za bardzo wężowy ogon - zauważył Patryk.

Zwierzak, jakby rozumiał, uderzył ogonem o lodówkę, aż echo poszło.

- O! głodny kotek - zaszczebiotała pani Łoterson.

- To nie kotek - powiedział twardo wilkołak.

Wszyscy obecni, łącznie ze zwiniętym w rolmopsa zwierzakiem, spojrzeli pytająco na Lukę, który wycedził.

- Ja... ja... ja... szczur! - wycedził ten

- Nie szczur tylko wilkołak! - zaprotestował Filip.

- Ja też lubię chińską uprzejmość - ucieszyła się mama, która niezbyt dobrze odczytała słowa przyjaciela  - O wspaniali, którym nie godnam zawiązywać sznurówek, siadajcie do stołu!

- O co chodzi?- spytał Filip szeptem Patryka.

- Uprzejmość chińska - wyjaśnił Patryk, siadając przy stole - rozmówcę wychwala się pod niebiosa, a siebie samego przyrównuje do psiej kupy. A jak go nazwiemy? - spytał.

- Bazyli - mruknął od niechcenia Luka.

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 4

Kto na posterunku przy balii w sobotę

Akurat nadeszli Patryk ze Złośliwym Gówniarzem, kiedy ze statku wyskoczył rosły, ogorzały, ciemnowłosy i zarośnięty mężczyzna w czapce.

- Na Odyna!!! - krzyknął - Asgard czy Wanahaim?!

- Obraża nas? - spytał dziadek.

- Niech spróbuje! - zawołał gniewnie wujek z marsem na twarzy.

Niespiesznie wstał od stołu i wyszedł przybyłemu na przeciw. Towarzyszyła mu dwójka dzieci. Szacując po fizjonomii, powinny mieć na imię Strach i Lęk - pomyślał Patryk.

- Odważny jak zawsze... - wyrwało się pulchnej ciotce pod adresem wujka o surowym obliczu - choć zbyt brutalny... - uściśliła.

- Kim jesteś? - zagrzmiał wujek.

Na branży pościelowej imię i pochodzenie nieoczekiwanego gościa nie zrobiły najmniejszego wrażenia.

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 3

Gość z księżycowej poświaty

Mama mówiła, że żadne wycie, choćby najbardziej cichutkie, nie pozostaje niewysłuchane prze stado wyjącego.

- Wy... wy... wyje się po to, że... że... żeby od... od... odnaleźć swoich - potwierdził Luka.

Jak wiadomo, tego wieczoru nawyli się zdrowo.

Nagle w środku nocy obudził Patryka Łotersona płacz. Dobiegał z okolic okna. Chłopiec wstał. Na biurku w księżycowej plamie siedziało małe stworzenie i łkało wniebogłosy.

- Co się stało? - spytał nie większą od szklanki postać. Mężczyzna, bo był to Pan, tułów miał nagi, a od pasa w dół  był obficie porośnięty sierścią.  Przestępował z kopytka na kopytko, czarne i lśniące. Potrząsał kudłatą głową ze zgrabnymi rożkami.

- O ja nieszczęśliwy! - powtarzał z goryczą - zgubiłem flet... A dziś są... a dziś są.... No takie te...  będziemy muzykować i stwierdzać, kto najładniej. A ja nie mam fletu!!! - zakrył twarz dłońmi. Szczupłymi ramionami wstrząsnęło łkanie - Zgubiłem!

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.