Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Włodzimierz Wielgosz, DŻINN

Zwali go Dżinn i to wcale nie dlatego, że niczym duch arabski, był silny, mądry i dostojny. Przeciwnie, Dżinn był słaby jak dziecko zbłąkane w najciemniejszym z lasów, w czasie najgęstszej z mgieł. Ksywka również nie wzięła się stąd, że spełniał trzy życzenia. O nie, Dżinn przez całe czterdzieści pięć lat swojego życia nie spełnił ani jednego życzenia, nie zrealizował żadnych pokładanych w nim nadziei, ani własnych, ani cudzych. Nie spełnił oczekiwań pijanego ojca, wiecznie znerwicowanej matki, krzykliwej  przedszkolanki, poirytowanej nauczycielki, zgorszonego katechety, oburzonego sędziego, gburowatego pracodawcy, ani wiecznie gderliwej żony.

 Skąd zatem wzięło się to przezwisko? Ksywka przylepiła się do niego sama, niczym piwna piana do jego brody, gdy kiedyś spostrzeżono, że zawsze pojawiał się tam, gdzie tylko ktoś otworzył butelkę. W jakiejkolwiek śmierdzącej moczem bramie, obskurnej klatce schodowej, na jakiejkolwiek parkowej ławce, gdy tylko rozbrzmiewało ?plum?, charakterystyczny dźwięk odkorkowywanej flaszki, brodaty Dżinn w swoim długim płaszczu i przepoconym kapeluszu już stał obok. Pojawiał się niczym duch wprost z serca tajemniczej Arabii, gotowy pomóc opróżnić każdą flaszę. Było w tym coś metafizycznego. Wielu szczerze wierzyło, że naprawdę wyskakiwał z butelki. No, bo jak inaczej można było ten fenomen wytłumaczyć?

Dżinn nie miał żalu, że go tak nazywali. Szczerze mówiąc, nie było to najgorsze przezwisko, zważywszy, że wcześniej zwracano się do niego jedynie "ten", "ta", bądź "to". Wciąż w uszach dźwięczał mu głos ojca -  ten nieposłuszny bachor, matka szeptała - ta nieszczęśliwa pomyłka, przedszkolanka krzyczała - ten dzikus, katecheta moralizował - ten grzesznik, sędzia cmokał - ten sprawca, pracodawca wzdychał - ten leń, a żona przez zęby cedziła - co ja w tym widziałam, że za to wyszłam. Przez lata cały szereg powtarzanych "ten", "to" i "ta", pomału, ale za to z wielką skutecznością, zatarły w nim jego prawdziwe imię tak, że w końcu i sam je zapomniał.

Tajemniczości Dżinnowi dodawał fakt, że nigdy nic nie mówił. Niektórzy wręcz myśleli, że jest niemową. Nie była to prawda. Raz widziałem jak siedział na ławce ze swoim wytresowanym szczurem i coś do niego gadał. Nie wiem dokładnie co, ale wyraźnie słyszałem brzmienie jego głosu. Choć faktycznie poza tym jednym razem, już nigdy nie słyszałem Dżinna mówiącego.

Z czasem jego legenda rosła w siłę i nabierała coraz to nowych, fantastycznych kolorów. Przez długie lata Dżinn stronił od ludzi. Unikał ich jak Ali Baby i jego czterdziestu rozbójników. Gdy  ktoś do niego podchodził, Dżinn zamykał się w sobie niczym w bezpiecznej, czarodziejskiej lampie. Za to lubił towarzystwo zwierząt. Miał tego swojego szczura, którego traktował jak przyjaciela. Często też karmił gołębie. Nieraz widywałem go siedzącego na ławce, dzielącego się z ptakami swoim śniadaniem, wodzącego za nimi tęsknym wzrokiem, śledzącego ich ścieżki, gdy wzbijały się w niebo i opadały ku ziemi. Sam był do nich podobny. Niby chodził po świecie, ale był nieobecny,  jakby unosił się nad ziemią na latającym dywanie, zupełnie nie dotykając nogami świata.

Zwali go Dżinn i  zachowywał się jak Dżinn, wytłoczony z mgły i pary, którego chciałbyś złapać, a ten przeciekał ci przez palce. Ludzie jednak go polubili. Uwierzyli, że jeśli ktoś posiada taką ksywkę, musi się jakoś przyczynić do spełnienia ich życzeń. W  końcu stało się, że nie było dnia, żeby nie słyszał: Dżinnie, spełnij moje trzy życzenia. Nie denerwował się na te słowa, tylko kiwał głową, że słyszy. A ile się musiał nasłuchać! Czasem to i nawet całe noce obdartusy jeden po drugim opowiadali o swoich najskrytszych pragnieniach, a on niestrudzenie słuchał. Łachmaniarze, lumpy i łapserdaki wspominali swoje dzieciństwo, mówili o tym, kim chcieli to kiedyś być i jakie wciąż mają marzenia. Musiało ich to wszystkich bardzo rozluźniać. Lubili te wynurzenia, ale i dla Dżinna były one  przepustką do darmowego zdroju, do kilku gratisowych łyków.

 Z samego początku przychodziły do niego z prośbą tylko moczygęby. Wlewali do gardła alkohol, a z ich dusz wypływały słowa pełne kolorowych marzeń i mniej lub bardziej szlachetnych pragnień. Ze śmierdzących wymiocinami, resztkami jedzenia i alkoholem ust wychodziły anielskie myśli, a z przekrwionych od przepicia oczu płynęły łzy szczere jak złoto. Niejeden, rozmarzywszy się, rzewnie zapłakał, niejednemu rozplątał się język, jak to miał być kimś znanym, szanowanym, bogatym i kochanym. I jakby się tylko trochę inaczej życie potoczyło, to by wyszedł na ludzi. I żeby tak się spełniło choć jeszcze jedno życzenie, to by tak można spróbować jeszcze raz, od początku. Przecież nic nie jest raz na zawsze stracone.

Przy Dżinnie rozwiązywały się serca i języki, przy nim mówili to, o czym nigdy nie mieli odwagi mówić przy innych, a nawet samemu myśleć. W końcu stał przy nich Dżinn. On był przepustką do zakamarków ich dusz, a żaden to wstyd przy Dżinnie mówić o marzeniach. Czy nie po to właśnie chodzą dżinny po świecie? A on nic nie odpowiadał, tylko siedział i słuchał.

 Aż nadszedł ten dzień. Po mieście rozniosła się wieść, że Dżinn naprawdę posiada nadziemską moc. Jeden z kloszardów poprosił go o to, by mu kobieta przebaczyła i go z powrotem do domu przyjęła. I faktycznie, następnego dnia był z nią  pogodzony i w dobrej komitywie. Dobre wieści obeszły miasto z szybkością błyskawicy. Tego samego wieczora przy Dżinie stało więcej ludzi niż zwykle, a każdy, wygłaszając  swoje marzenia, był bardziej precyzyjny w słowach, a i w brzemieniu można było usłyszeć pewną trwogę i nadzieję.  Nie wiadomo jaki czort zamieszał, ale okazało się, że znowu kilka życzeń się spełniło. Mareczkowi, tak jak chciał, urodził się syn, a nie córka, Heniu korzystnie sprzedał swój stary samochód, a Franek w sądzie sprawę wygrał, tę, co to miała być nie do wygrania. Od tego czasu zaczęło się na dobre. Do Dżinna ustawiały się kolejki i to, coraz częściej, już nie tylko moczymordów. Zaczęło go licznie odwiedzać zdrowe ciało społeczeństwa. Pojawiali się piekarze, pielęgniarki i nauczyciele. Nawet raz przybył pewien dyrektor.

Ale Dżinn wciąż nic nie mówił, tylko się na nich patrzył i wsłuchiwał w każde słowo, w każde pragnienie. O licznych dowodach spełniających się życzeń mówiło całe miasto. Jakiś starszy pan nie chciał płacić za abonament RTV i nie zapłacił. Młodzian prosił, by mu pryszcz z czoła zszedł i po kilku dniach miał skórę gładką jak u niemowlęcia. A starsza pani chciała być pochowana obok męża i jej się spełniło. Dżinn po raz pierwszy w swoich życiu czuł się potrzebny, a z tym uczuciem zaczęła  następować w nim przemiana. Wzrok mu się wzmocnił, już nie wiądł, nie opadał na ziemię, nie przenikał przez człowieka na wylot, na boki, ale stał się wyraźny i skupiony. Doszedł w tym patrzeniu  do takiej doskonałości, że zaczął patrzeć ludziom prosto w oczy. A patrzył tak przenikliwie, że aż ciarki przechodziły. Sam Dżinn wyraźnie zaczął poważniej traktować swoje obowiązki. Znalazł  gdzieś prawie niezapisany zeszyt i spisywał w nim niektóre życzenia, sporządzał notatki, rozmyślał. Odezwał się w nim instynkt szperacza, który, gdy tylko zobaczy w ziemi mały rożek kopie tak długo, aż wykopie całą żyrafę. Tak samo Dżinn kopał w ludzkich duszach, myślał, analizował i wszystko skrupulatnie notował do zeszytu. Ludzie stawali się dla niego coraz bardziej wyraźni, zatracali swoją przezroczystość. Ale i on, dla nich, upodabniał się coraz bardziej do wymarzonego bajkowego Dżinna. Co niektórzy głaskali go po brodzie, na szczęście, tak, że mu się ta gdzieniegdzie  przerzedziła. Wcale go to nie martwiło. Lubił ten dotyk - czuły i niewinny, którego nigdy wcześniej nie doświadczył.  Ludzi przybywało, spełnionych życzeń przybywało, jak również zapisków w notatniku, ale Dżinn wciąż nic nie mówił.

 Trwało to przez tysiąc nocy. Aż nastała ta tysiąc pierwsza. Wieczór zapowiadał się jak  wiele innych. Co prawda ludzi tego dnia było więcej niż zwykle, bo w notowaniach lotto była  kumulacja, ale poza tym nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić. Na samym końcu kolejki ustawił się starszy mężczyzna. Ubrany był w długi, czarny i  elegancki płaszcz, na oku miał monokl, a w kieszeni stary zegarek na łańcuszku. Wyglądał, jakby pochodził z innej epoki. Odczekał na swoją kolej i całkiem zwyczajnie zaczął:

-       Dżinie spełnij moje trzy życzenia.

Dżinn jak zwykle skinął, że słucha i skupił wzrok na mężczyźnie w dziwnym meloniku.

-        Po pierwsze: chcę byś powiedział mi jak masz na imię? Po drugie: jak się czujesz?  A po trzecie: Co się zdarzyło, że się tu znalazłeś? Twarz Dżinna zastygła w bezruchu. Wyglądała, jakby zmieniła się w kamień. Oczy mu się rozszerzyły, przybrały jakiś szary i smutny wyraz. Długo myślał. Mijały  godziny, a on wciąż myślał. Mężczyzna w meloniku z wyrozumiałością patrzył jak Dżinn sięga do najgłębszych zakamarków swojej duszy, jak przechadza się po najmroczniejszych labiryntach swojej przeszłości. W końcu mięśnie twarzy Dżinna się rozluźniły. Znalazł.

-       Jan - wyszeptał - Mam na imię Jan.

 Od tej tysiąc pierwszej nocy wszystko się zmieniło. Dżinn zaczął mówić. Wcześniej  zaledwie był, ledwie manifestował swoją obecność brudną brodą, przepoconym kapeluszem i skupionym wzrokiem, a teraz mówił.

Następnego dnia, gdy z nowymi życzeniami przybyli ludzie, zapanowało niemałe zdziwienie, i to zdziwienie niezwykłe, bo aż trzykrotne. Po pierwsze Dżinn mówi, po drugie, jego głos był tak dźwięczny, głęboki i melodyjny zarazem, że aż od samego jego brzmienia  przechodziły wszystkim po plecach ciarki, a po trzecie jak mówił, to tak celnie, że wszystkim zapierało dech w piersiach. Widocznie te wszystkie lata wsłuchiwania się w marzenia innych, wszystkie szczere wyznania z głębi ludzkich dusz, zapiski, które robił, niezliczone przemyślenia, wszystko to wytworzyło w nim głębokie zrozumienie natury ludzkiej, jakiej nikt nigdy wcześniej nie doświadczył. Wystarczyło, że popatrzył na osobę, a już widział wszystko jak na dłoni, co ta osoba sobie życzy i co będzie dla niej najlepsze. Więcej, okazało się, że ludzie sami nie wiedzieli czego tak naprawdę chcą, a on wiedział. I nie omieszkał im tego zdradzać. Zawsze uderzał wprost w istotę, a oni wracali do domów szczęśliwi, że ktoś rozczytał zagadkę ich duszy.

Dżinn ogolił brodę i zaczął się uśmiechać, uśmiechem szczerym i promienistym. Ubierał się czysto i schludnie. Wyrzucił brudny płaszcz i przepocony kapelusz, ale ludziom to nie przeszkadzało. Porzucając swoją brodę i ubrania, nie odarł się z tajemniczości. Tak naprawdę dopiero teraz stał się nieprzeniknioną zagadką. Sława sięgała daleko. Z czasem do Dżinna zaczęli przyjeżdżać najwięksi tego świata. On z nimi rozmawiał, a ci wracali wyciszeni i gotowi na nowe życie.

                Ponoć wciąż przechadza się  ulicami miasta, zagląda do cuchnących moczem bram, przesiaduje na klatkach schodowych i w brudnych parkach, gdzie najchętniej rozmawia.

 

  

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.