Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Włodzimierz Wielgosz ZWYCIĘSTWO

Na dworze wiał zimny wiatr. Wszedł do banku. Przywitał go chłód inny niż ten w centrum starego miasta, chłód formalności, biurokracji i marmurów. Ręce wsunął głęboko w kieszenie długiego płaszcza, o wiele za długiego jak na tę porę roku. Lewa kieszeń prochowca nieudolnie kryła przedmiot kształtem przypominający małą strzelbę.

Przed nim stała długa, nerwowa i przeskakująca z nogi na nogę kolejka.

Ruszył w kierunku okienka z napisem "Wypłaty". Starsza kobieta, zamykająca ogonek, gdy go dojrzała, otworzyła usta i cofnęła się. Przywitał ten gest z obojętnością.

Następny krok i już minął jegomościa w garniturze. Ten spuścił wzrok ku ziemi, usilnie starając stać się niewidzialny.

Jeszcze dwa kroki, następna kobieta, tym razem młodsza, w dżinsach i różowej koszuli, na jego widok zamarła w przerażeniu. Zbladła i tak szeroko otworzyła oczy, że niemal mógł się w nich przejrzeć.

O jak dobrze znał te reakcje, chyba wszystkie możliwe, pojedyncze jak i ich liczne konfiguracje. Od dawna nie robiły już na nim wrażenia, jak na człowieku żyjącemu w Afryce nie robią wrażenia lwy i krokodyle. Wyrósł nimi otoczony. Tak, to prawda, nie dziwił się im, ale i też nie zobojętniał. Kiedyś zdawało mu się, że tak, że już mu wszystko jedno, ale dziś na nowo czuł jak oceniający wzrok wypala mu ciało, jak z każdym kolejnym krokiem odczuwa jego ciężar, jak odciska piętno w jego duszy.  

Z drugiej strony czemu się dziwić? Doskonale wiedział, jak wygląda. Wielokrotnie połamany nos, płaski jak naleśnik, nigdy już nie zrósł się jak należy, niezliczoną ilość razy połamane kości policzkowe nie zostały należycie zrekonstruowane, a usta tak często opuchnięte wyglądały na zacięte i wiecznie wściekłe. No i te łuki brwiowe, tyle razy popękane, że zamiast brwi pozostała jedynie różowo-szara skorupa. To wszystko nie tworzyło sympatycznego widoku, o nie, więc i dziwić się tym reakcjom nie miał powodu.

Wizerunku również nie ocieplało jego 125 kg. wagi i ponad dwa metry wzrostu. Kiedyś trudno było na nim znaleźć choć gram tłuszczu. Ale kiedy to było? Całe lata temu, jeszcze za czasów juniorów, gdy świętował w ringu największe triumfy. Teraz zgarbiony, łysy, o grubym karku, wytatuowanych ramionach, z głową zawsze schowaną między barkami, stale gotowy na cios, zwyczajnie straszył.

Ciężko, z rękami głęboko wetkniętymi w kieszenie, mijał coraz to nowych klientów, starając się nie zwracać uwagi na ich reakcje, na ich otwarte usta, rozszerzone źrenice, westchnienia, na nagłe napływy i odpływy krwi z rąk i twarzy.

Gdy był w połowie kolejki, dla odmiany, nastąpiło poruszenie w innych częściach wielkiego holu. Zawrzało jak w ulu i z licznych drzwi, niczym pszczoły z otworów plastra miodu, zaczęli wyłaniać się ochroniarze. Gorączkowo, przez przytroczone do czarno- żółtych koszul krótkofalówki, rzucali krótkie i brzmiące jak bzyczenie słowa. Po chwili czterech z nich, niemalże równocześnie, zmierzało w jego kierunku. Czterech jak czterech jeźdźców apokalipsy - pomyślał - każdy z innej strony świata.

Otoczyli go jak osaczone zwierzę. Ręce trzymali na kolbach pistoletów gotowi, by ich użyć.

Popatrzył na nich z góry. Wystarczyłyby trzy sekundy, by ich rozbroić - pomyślał,  uśmiechając się do siebie.

Proszę wyciągnąć ręce z kieszeni! - nakazał ten, co przyszedł z zachodu. Wyglądał na ich przełożonego. Miał dziwnie kwadratową i nieogoloną szczęką.

Mężczyzna pomału wyciągał ręce z kieszeni. Ku ich zaskoczeniu w potężnej dłoni  nie trzymał strzelby, nawet zwykłego noża, a list.

-   Jestem umówiony - spokojnie powiedział olbrzym i podał papier.

Skonsternowany ochroniarz z kwadratową szczęką zagłębił się w treść, stale nie puszczając ręki z kolby pistoletu.

-   Hmmm, tak - zająknął się. Podniósł wysoko głowę by spojrzeć w oczy giganta - Wszystko w porządku - powiedział niepewnie - Drugie piętro na prawo.

Ruszył schodami odprowadzany wzorkiem skonsternowanego tłumu. Gdy zniknął za zakrętem, przysiągłby, że na dole słyszał dźwięk ulgi i atmosferę ustępującego napięcia.                                              

Schody były marmurowe, w romby, o dwóch kolorach białym i czarnym. Przypatrywał się im w zamyśleniu. Biel i czerń przeskakiwała z każdym kolejnym krokiem, aż poczuł lekki zawrót głowy. To uczucie przypominało mu oszołomienie, które tak często towarzyszyło mu, gdy kroczył na ring. Choć kto wie, może rzeczywiście tak było. Może teraz zmierza na ring, może bez walki się nie obędzie.

Domyślał się, jaki jest cel wizyty. Zapewne zaproponują mu, by stał się twarzą sieci ich banków. Będą puszczać reklamy z jego wizerunkiem, gdzie się tylko da, w telewizji, w radio, na cały kraj, wraz z serią plakatów, aż do znudzenia. Co prawda to nie Madison Square Garden, wiadomo, ale dobre i to. Gdyby nie przedwczesna kontuzja i tak nagła utrata kariery teraz zapewne byłby Nowy Jork, sława, duże pieniądze. Jednak bycie twarzą markowych banków nie jest najgorszym wyjściem, szczególnie w jego sytuacji.

Wszystko co muszę, to wywalczyć jak najlepszy kontrakt - pomyślał - Trzeba się tylko skupić i umiejętnie poprowadzić mecz, ale to przecież umiem robić jak nikt inny.

Przymknął oczy i zaczął sobie wyobrażać przeciwnika. Dyrektor takiego banku z tak imponującymi kolumnami, mahoniowymi ścianami i marmurową podłogą, zapewne będzie łysym i bezwzględnym ramolem, gotowym wykorzystać go bez zmrużenia oka. Ale nie da się. Doskonale wiedział, jak z takimi postępować. Wytrzymać pierwszą rundę i uderzyć we właściwym momencie.

Nie przez przypadek zwali go czołg. Jedni mają zdolność do muzyki, inni do cyfr, a on jak nikt inny potrafił znosić uderzenia. Zapewne sam Bóg chciał, żeby został bokserem. Gdy rodzi się ktoś z taką odpornością na ciosy jak on, musi być bokserem.

Przez całą karierę ani razu nie padł na łopatki. Tak, chwiał się, przegrywał na punkty, ale nigdy nie padł na dechy i dzisiaj będzie tak samo.

Jego tok myśli przerwał widok drewnianych drzwi ze złotą tabliczką "dyrektor". Pomału przechylił głowę w lewo, następnie w prawo, aż usłyszał charakterystyczne chrupnięcie. Rozluźnił mięśnie i zapukał.

Wszedł do środka. Zdawało mu się, że pokój był pusty. Z lewej strony, pod ścianą stała metalowa szafa, po prawej wieszak, pod oknem wielkie drewniane biurko. To wszystko. Skromne wyposażenie stanowiło zaledwie małą część wielkiej, pustej przestrzeni.

Minęło trochę czasu zanim za biurkiem dojrzał kobietę. Siedziała niemalże niewidoczna, drobna, na pierwszy rzut oka waga musza.                                                             

-   O, to pan? Proszę bliżej - Chłód słów drobnej kobiety przebił się przez całą długość pokoju z zadziwiającą lekkością.

Trochę mu zajęło zanim znalazł się przy biurku. Teraz przyjrzał się jej dokładniej. Była młoda, bardzo młoda, nie miała więcej niż dwadzieścia pięć lat, ale dziwnie pasowała do tego miejsca. Posiadała w sobie coś z chłodu marmuru, po którymi tutaj przyszedł, jakby była z niego wyrzeźbiona, z jego zimnych, dwukolorowych kawałków. Nawet kolory się zgadzały - biała, nie zdradzająca emocji twarz i czarny, zupełnie pozbawiony charakteru ubiór.

-   Przejdźmy od razu do rzeczy. Jak to mówią, czas to pieniądz - powiedziała suchym głosem, dającym mu odczuć, że zajmuje jej bezcenne minuty - Mamy dla pana ofertę pracy. Właśnie wprowadzamy nową kampanię reklamową. Roboczo nazwaliśmy ją: "Małe wpłaty, wielkie stopy procentowe". W charakterze małych wpłat zatrudnimy liliputa, wie pan takiego małego człowieczka, którego przebierzemy za monetę. Będzie on symbolizował małe wpłaty. A jako wielkie stopy procentowe chcielibyśmy, by wcielił się pan. Przebierzemy pana w strój wielkiego banknotu. Praca będzie odbywała się przed naszym bankiem, od godziny dziesiątej do osiemnastej, z półgodzinną przerwą. Przebranie wraz z zestawem zdań zachęcających do skorzystania z wyjątkowej oferty naszego banku do odebrania w magazynie. Czy pan zgadza się?    

W ringu nazywali go czołg, bo był jak czołg, który niczego się nie boi i nigdy nie robi uników. To był jego styl, jego odcisk palca. Już w pierwszej rundzie przeciwnik wietrzył łatwe zwycięstwo. Bezkarnie walił w niego niczym w worek treningowy, w wyobraźni widząc tę chwilę, kiedy to sędzia podniesie jego zwycięską rękę. Ale nie, ten mimo razów, tak silnych i celnych, wcale nie padał. Nie tylko nie padał, ale jakby sobie z nich nic nie robił, nie słabł, nie słaniał się, tylko uparcie stał na nogach.

Niejeden, spocony i zdyszany, zwątpił w siłę swoich uderzeń, w swoje magiczne moce. Niejeden waląc z całych sił, a nie widząc efektów, załamywał się, tracił wiarę w swoją potęgę. I wtedy, gdy rywal był już wyczerpany i całkowicie zdezorientowany, wyprowadzał cios. Nie, uderzenie nie było piorunujące, nie musiało takie być, ale wystarczająco silne, by powalić zaskoczonego konkurenta na łopatki. Przez całą karierę nie przegrał ani razu, a dzisiaj, w tym zbyt dużym pokoju, nie miał więcej siły.

Czołg wpadł na minę, osie rozjechały się, gąsienice zerwały, stal rozpękła na dwoje. I to przez kogo ten nokaut? Przez kobietę wagi muszej, zimną jak dwukolorowy marmur.

-    Niech pan decyduje się, czas to pieniądz, zaraz mam kolejne spotkania - ponagliła, wpatrując się w pokrzywioną twarz mężczyzny - Daję panu dziesięć sekund na podjęcie decyzji. Potem oferta wygasa. Raz... dwa... trzy... - zaczęła liczyć na głos, przerzucając wzrok na zimną stal ręcznego zegarka.

Przez całe zawodowe życie nie był ani razu odliczany, nawet nie wiedział, jak to jest. Teraz czuł jak szumiało mu w głowie, jak nie potrafi zebrać myśli - Cztery... pięć... sześć... - suche słowa przewiercały mu czaszkę - Siedem... osiem... dziewięć...

-     Dobrze. Zgadzam się. Gdzie mam podpisać?  

Gdy ciężko schodził po marmurowych schodach, wyglądał jakby był o głowę niższy. Odruchowo ręką dotknął wypchaną lewą kieszeń prochowca. Poczuł miękkość pluszowego misia. Jego myśli pobiegły do córki, do Basi. Co prawda ta praca to nie Madison Square Garden, żaden tam Nowy York, ale jeszcze trochę, a uzbiera na przeszczep nerki - pomyślał. Gdy wszedł do holu pełnego klientów był już wyprostowany i pewny siebie, a gdy wyszedł z banku i zmierzał do szpitala, miał wrażenie, że sędzia podnosi jego zwycięską rękę, słyszał, jak tłum szaleje.

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.