Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Agnieszka Cieślak KERING

Dopadłam do Keringa.

- Jest! Jest tam po drugiej stronie. Jeszcze chwila i znów go zgubimy.

Kering wystrzelił linkę. Zapiął karabińczyk przy pasie.

- Nie tym razem. Czekaj.

Pomknął przed siebie ponad wodą. Usłyszałam jak zaklął przy lądowaniu. Zgryzłam wargę. Żeby się udało, żeby się udało, powtarzałam w myślach. Ciemna postać Keringa zniknęła w wśród drzew. Minęła minuta. Dwie. Na próżno próbowałam wypatrzeć jakiś ruch na wyspie. Usiadłam. Wstałam, przeszłam kilkadziesiąt metrów wzdłuż brzegu. Znów usiadłam. Ściemniło się i wkrótce nie mogłam wyłowić wzrokiem nawet zarysu drzewa, przy którym wylądował Kering. W wiosce, leżącej na wschód od miejsca gdzie czekałam, zapalono pierwsze pochodnie. Ich majaczący na falach blask przyciągał mój wzrok. Fale nasiliły się. Po chwili usłyszałam plusk wioseł. Schowałam się wśród trzciny. Łódź podpłynęła bliżej.

 - No to mamy ptaszka w klatce!

- Książę, jedyny dziedzic tronu Abiony, to naprawdę cenny kąsek. Toradem będzie zachwycony!

- I co, warto było czekać, warto?

- Ty, a co jeśli Mała tam jest?

- Wilczyca? Czyś ty oszalał? Jakby się dostała na drugi brzeg?

- No, bo ja wiem? Może przepłynęła. Wilki potrafią pływać. Chłopcy opowiadali jak wskoczyła do jeziora za takim jednym garbarzem, co chciał jej szczeniaka oprawić. Płynęła tak długo aż dopadła i ...

- Czekaj, czekaj. Co tu u licha?

Łódź zatrzymała się tuż pod linką Keringa.

- Chyba mamy jeszcze jednego chętnego na naszego ptaszka. Trzeba pozbyć się konkurencji.

Usłyszałam brzdęk i chlust linki wpadającej do wody.

Cichutko weszłam do rzeki i uchwyciłam się łodzi.

- No wiosłuj żwawiej. Dalej!

- Wiosłuję. Chyba zaryliśmy w mule. Trzeba było wziąć motorówkę.

- Głupcze! Równie dobrze moglibyśmy ogłosić w wiosce, że w okolicy wałęsa się szalony książę Abiony, za którego król Toradem przeznaczył solenną zapłatę.

                Przeprawa przez rzekę w charakterze pasażera na gapę nie należała do najmilszych przeżyć. Nie tylko było mi zimno i mokro, ale też doświadczałam wątpliwej przyjemności zapoznania się z wojskowym żargonem ludzi Toradema. Moje nawykłe do dworskiej mowy uszy cierpiały niemiłosiernie. Oczywiście, w pałacu w Dawost byli żołnierze, ale żaden z nich nie ośmieliłby się nawet zakląć w obecności damy, co dopiero księżniczki.  Dopłynęliśmy do brzegu. Czekałam aż mężczyźni wyjdą z łodzi. Co dalej ? nie wiedziałam. Miałam tylko nadzieję, że uda mi się odnaleźć Keringa. Ruszyłam w ślad za żołnierzami. Podejrzewałam, że mają przy sobie broń, ale nie chciałam o tym myśleć. Sam fakt deptania po piętach osiłkom, którzy należeli do wrogiego nam królestwa, budził we mnie tak silne emocje, że z trudem łapałam powietrze. Będąc drobną kobietą, miałam jednak pewną przewagę nad nimi. Gałęzie łamały się pode mną rzadziej i ciszej, łatwiej mi też było przemykać między krzewami i nisko wiszącymi gałęziami. Niejednokrotnie leśna gęstwina okazywała się dla zwalistych mężczyzn przeszkodą na tyle poważną, że tracili równowagę. Aż w końcu jeden z nich  runął na ziemię. Gdy upadał obok mnie,, coś głucho stuknęło o ziemię. Przykucnęłam. Moje dłonie przesuwając się po leśnym runie, natrafiły na stalowy przedmiot. Był to pistolet. W edukacji księżniczek było miejsce na szermierkę, jazdę konną, a nawet podstawowe chwyty obezwładniające przeciwnika, ale nie uczono nas obsługi broni palnej. Wolałam więc trzymać to diabelstwo wycelowane w górę, tak na wszelki wypadek, gdyby chciało nagle wystrzelić. Sądząc po odgłosach szamotaniny, właściciel pistoletu nadal walczył z leśnym poszyciem.

- Ciii... Mamy go. Po prawej. Mam go na muszce - szepnął drugi. Moja reakcja była natychmiastowa. Dopadłam do leżącego i przyłożyłam lufę do jego głowy, modląc się w duchu, by pistolet nie wystrzelił.

- Jeśli usłyszę strzał, ja też strzelę  - wrzasnęłam - Rzuć broń!

 Jakimś cudem udało mi się wymówić tę kwestię groźnym tonem. Poszło mi na tyle dobrze, że ten, o którego głowę się obawiałam powiedział:

- Posłuchaj jej. Ma pistolet. Przy moim uchu.

Jednego żołnierza, choć nie czułam się z tym dobrze, miałam dosłownie na lufie. Nie powinien sprawiać, przynajmniej na razie, jakichś problemów. Ale ten drugi był zagrożeniem. Nie widziałam go zbyt wyraźnie. Być może miał przy sobie jeszcze jakąś broń.

- Idziemy!

- Dokąd?

- Przed siebie. Na polanę.

Wyszliśmy spomiędzy drzew.

- Rozpal ognisko - poleciłam. Żołnierz uwinął się z zadaniem bardzo sprawnie. W świetle ognia mogłam go lepiej widzieć. Ale niestety, wtedy on też zobaczył mnie. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Zirytował mnie.

- Czego się gapisz? ? spytałam, dociskając pistolet do głowy jego kompana.

Żołnierz wzruszył ramionami, po czym włożył rękę do kieszeni.

- Wyjmij! Powoli!

- Spokojnie. Nic nie mam?

W istocie, wyjął z kieszeni pustą dłoń. Nie miał broni. Ale nie po broń sięgał. Po chwili zorientowałam się, że gest ten był znakiem. Ten, którego trzymałam pod lufą, nagle odwrócił się i prostym ruchem odebrał mi pistolet.

- No, dość tej zabawy - Teraz on celował do mnie - To chyba nie jest twoje, panienko?

Próbowałam przełknąć ślinę; nic z tego. Mój były zakładnik wybuchnął głośnym śmiechem. Szybko się jednak opamiętał i spoważniał.

- Strzeliłabyś? - Przybliżył lufę do mojego czoła, aż poczułam zimną stal. - No, powiedz. Strzeliłabyś?

Pokiwałam przecząco głową.

- A ja tak, dziewczynko - Nacisnął spust. Głuchy szczęk wyrwał krzyk z mojego gardła. Mężczyzna zacisnął dłoń na moich ustach - Tyle, że on nie był nabity. Ale - jednym palcem przesunął jakąś dźwignię - teraz jest inaczej.

- Czekaj! - podszedł drugi i przyjrzał się medalionowi na mojej szyi - To herb Abionczyków.

- Sądzisz, że złoty? - mój były zakładnik zerwał medalion i wziął go między zęby - Całkiem możliwe - odpowiedział sam sobie przyglądając się wisiorowi.

- Głupcze! - skarcił go drugi - Nie każda panienka taki znak może nosić! Jeśli go komuś nie zwędziła - wolno wypowiadał każde słowo - to do naszego szalonego złotego księcia dorzucimy Torademowi i księżniczkę w komplecie. Takim prezentem na pewno nie pogardzi.

                Związali mi z tyłu ręce, co również nie było miłe. Chociaż muszę przyznać, że lepiej czułam się w roli więźnia niż potencjalnego zabójcy. Jednak ten stan trwał krótko.

- Trzeba zgasić ognisko. Przez tę wątpliwą księżniczkę zmarudziliśmy sporo czasu. Nie wiadomo, czy ptaszek nie wyfrunął już z wyspy.

                Jeden z mężczyzn zajął się gaszeniem ognia, drugi ciągnął mnie za sobą, szukając drzewa, do którego zamierzał mnie przywiązać. Po chwili zatrzymał się przy solidnej sośnie, lecz ledwie zdążył okręcić linę wokół drzewa, gdy nagle zacharczał i upadł na ziemię. Odwróciłam się i zobaczyłam Keringa.

- Cześć! - rzucił zawadiacko w moją stronę i wycelował z procy do drugiego żołnierza. Tamten uchylił się przed kamieniem i wyciągnął pistolet. Drugi kamień wypuszczony przez Keringa trafił go w rękę, z której wypadła broń. Gdy mężczyzna schylił się Kering skoczył na niego i przewrócił. Rozpoczęła się szamotanina. Widziałam tylko plątaninę pięści i nóg. Kopniaki, zakrwawione nosy, spuchnięte łuki brwiowe. Cios za ciosem. W pewnej chwili odgłosy wyciszyły się. Wiele bym dała, by znów trzymać lufę przy głowie tego, który teraz napierał na Keringa, trzymając nóż. Podbiegłam do miejsca, gdzie upadł pistolet. Leżał w trawie. Teraz jest inaczej, przypomniałam sobie słowa żołnierza, gdy odbezpieczał broń. Tyle, że moje ręce były związane. Próbowałam stopami ująć kolbę. Zrezygnowałam. Podbiegłam do ogniska. Tliło się jeszcze. Przykucnęłam przy nim. Poczułam ciepło. Musi się udać. Zapiekło. Wytrzymałam. Ręce miałam poparzone, ale wolne. Wróciłam po pistolet. Żołnierz wciąż napierał na Keringa. Nóż zbliżył się do gardła. Wycelowałam. Poczułam jak pod palcem ustępuje cyngiel. Teraz jest inaczej.

 

- Sabil - zdążyłam usłyszeć moje imię wyszeptane przez tego, dla którego zdecydowałam się nacisnąć spust, nim coś wytrąciło pistolet z mojej ręki. Rozległ się strzał. 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.