Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Włodzimierz Wielgosz WIERZBA

-          Ratunku! pomocy! - krzyk przeszył duszne, letnie powietrze.

Rozbudził mnie. Zostawiłem gazetę i ukradkiem wyjrzałem przez okno. Drzewo przesłaniało cały widok.

-      Ratunku! Na pomoc!

Znów to samo. Jeszcze raz rozejrzałem się. Zamknąłem okno, mocno, aż zadrżała futryna. Pierwszy dzień w nowym domu, a tu masz ci los. Specjalnie przeprowadziłem się w to miejsce, by takich krzyków nie słyszeć. Parno, upał, a okna otworzyć nie można.

Po chwili znów to samo zawołanie, co prawda ciszej, ale wciąż słyszalne.

Wróciłem do okna i zerknąłem przez szybę. Przed domem rosła krzywa wierzba,  podobna do zgarbionej staruszki, z gałęziami niczym długie włosy. Starałem się przez nią coś dojrzeć, jednak skutecznie zasłaniała cały krajobraz. W zasięgu wzroku miałem tylko to drzewo z czarną dziuplą, która przenikało mnie na wylot, jak wielkie, oskarżające oko.

Przesłoniłem okno grubą, aksamitną kotarą. Na pewno dobrze wytłumi wszelkie dźwięki. Wstrzymałem oddech i nasłuchiwałem.

W końcu cisza. Wróciłem do gazety. Artykuł był ciekawy, o kulisach wielkiego świata. Kiedy to my dojdziemy do takiego poziomu? Ile to trzeba by lat by ich doścignąć? Co tam lat, dziesięcioleci - te myśli krążyły mi po głowie, gdy znów usłyszałem niepokojący hałas- nie głośny, podobny raczej do bzyczenia muchy, jednak w głowie wybrzmiał wyraźnie. Fizycznie słyszałem ciche bzy-bzy-bzy, bzy-bzy-bzy, a głowa sama z siebie tłumaczyła: Ra-tu-nku. Po-mo-cy.  

To już przesada. Luksusowa dzielnica, tylko dla porządnych i uczciwych, a krzyki jakbym mieszkał w Harlemie czy slumsach jakichś - Wstałem z fotela i zacząłem krążyć po pokoju - Każdy musi nauczyć się pomagać sobie samemu. Nie radzisz sobie, wart splunięcia nie jesteś. Nie masz celu w życiu, to po co żyjesz?

Włączyłem telewizor. Wreszcie cisza. Komedia. Idealnie, tego mi trzeba. Niezła intryga, dobra zabawa. Ciekawe co na innych programach. Sondaże. Kto by przypuszczał? Ci znów na czele. Kto na nich głosuje? A tu? Wiadomości. Zabrali dodatki. Dobrze im tak. Albo wszyscy, albo nikt, a nie takie święte krowy.

Jak późno. Jutro praca. Czas spać.

Gdy tylko wyłączyłem telewizor znów wróciło bzyczenie. Prawie o nim zapomniałem, a tu znów irytujące bzy-bzy-bzy, bzy-bzy-bzy.

Na miłość boską, przecież muszę się wyspać. Niech w końcu ktoś coś z tym zrobi. 

Położyłem poduszkę na głowę i usiłowałem zasnąć. Było gorąco i duszno. W ciemności słyszałem powtarzające się słowa, które brzmiały jak refren znienawidzonej piosenki, a której nie mogłem przestać nucić. Melodia wwiercała się w czaszkę, doprowadzała do szaleństwa.

Ranek nie był lepszy. Pierwsza noc w nowym domu, a ja ledwo żyję. Wyczerpany  leżałem na twardym materacu. Za nic nie mam siły wyjść z łóżka. Gdy tylko tak pomyślałem nastąpiło coś, co sprawiło, że stanąłem na nogach jak oparzony. Doszło mnie znajome zawołanie ? Ratunku! Pomocy! - jednak tym razem dźwięk nie pochodził z podwórza, a z samego domu. 

- Złodziej! - Jak szalony zacząłem się ubierać. Koszula, spodnie. - W domu jest złodziej! - Nie, jaki złodziej, przecież mam najlepsze alarmy - zwolniłem.

Znów ten sam dźwięk. Teraz mogłem go dokładniej zlokalizować. Wydobywał się gdzieś z dołu, z piwnicy.

Dla ochrony chwyciłem z półki drewniana figurkę i ruszyłem w kierunku drzwi piwnicznych.

Wzrok przyciągnęła mahoniowa podłoga, jak i misternie ułożona boazeria z czerwonej wiśni. Przypomniałem sobie, dlaczego nabyłem ten dom. Co by nie mówić, był cudowny, prawdziwe dzieło sztuki - cały drewniany, zrobiony bez jednego choćby gwoździa. Wart pewnych niedogodności. Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia. Tylko te dźwięki. Muszę się ich pozbyć i wszystko będzie w porządku.           

Doszedłem do drzwi piwnicznych. Jakoś wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, jednak w porannym świetle, w starym, czarnym drzewie, można było zobaczyć wyrzeźbione płaskorzeźby przypominające wykrzywione ludzkie twarze. 

Wydłubane dłutem rysy, układały się w coraz to bardziej przerażające obrazy. I dłużej na nie patrzyłem, tym mocniej przechodziły mi po plecach ciarki. Artysta w sugestywny sposób oddał najróżniejsze grymasy cierpienia ciała i duszy, jakby widział je na własne oczy.

Odniosłem wrażenie, że coś do mnie mówią.

Szarpnąłem klamkę. Zawiasy skrzypnęły jak potępiona dusza, a z wewnątrz uderzył wilgotny zaduch. Zrobiło mi się niedobrze. Gdy w zamyśleniu stukałem palcami w drewnianą framugę, jakbym na pianinie wygrywał sonatę b-moll, czułem szorstkość drewna i dziwny niepokój. Do mieszkania wprowadziłem się wczoraj, jeszcze nie miałem okazji tam zejść. No dobrze, nie tyle okazji, co ochoty. Nie potrzebowałem piwnicy. Nie po to kupiłem ten dom. Piwnica to zbędny dodatek. Najważniejsze, że dzielnica bezpieczna, że spokój, tylko dla porządnych i uczciwych. Sprzedający zapewniał, że najniższa kondygnacja jest sucha i wszystko jest tam jak należy- rury i piec. Człowiek z polecenia, nie miałem powodu nie wierzyć.   

Spojrzałem w głąb. Przygnębiający mrok, specyficzny zapach podgniłego drzew a nie zachęcały do zejścia, na dół, po schodach, jak do lochu, na dno czarnej czeluści. I jeszcze teraz te drzwi, te wszystkie twarze nie dodawały mi otuchy.

Przekręciłem włącznik. Żadnej reakcji. Pewnie przepalona żarówka. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i skierowałem rozproszone, niebieskie światło w głąb czeluści.

Chcąc nie chcąc muszę zejść. Zajmie mi to tylko chwilę i zaraz wracam do pokoju, przez którego okno widać krzywe drzewo, podobne do wiedźmy z dziuplą jak wielkie oceniające oko, przewiercające duszę na wylot.  

Ostrożne wszedłem w otchłań. Zrobiłem trzy kroki, gdy za sobą usłyszałem zgrzyt zamykanych drzwi, przypominający jęk potępionej duszy. Dokładnie w tym samym momencie zgasło światło komórki. Wokół zrobiło się potwornie ciemno. Odwróciłem się i z całej siły naparłem na drzwi. Zacięły się. Były zadziwiająco mocne. Równie dobrze mogłem napierać na ceglaną ścianę. Odpuściłem drzwiom i dla odmiany gorączkowo naciskałem guziki w telefonie. To również nie pomogło. Zapewne siadła bateria.

Pozostała jedna droga, w dół, wprost w zaduch, w całkowitej ciemności. 

Gdy tylko ruszyłem, w głowie pojawił się niewyraźny obraz drzewa o bezzębnych ustach i przewiercającym na wylot wzorku. Pewnie przez to, że je widzę z każdego miejsca w domu, z łóżka, z kuchni, z salonu. Obraz w dziwny sposób zaczął w głowie  przekształcać się, rosnąć i potwornieć. Teraz kształtem przypomniał drzewną wiedźmę. Z  każdym kolejnym krokiem nabierał coraz bardziej złowieszczego wyglądu. Po chwili wyobraźnia do nosa dorysowała brodę, policzki pełne włochatych brodawek, a z bezzębnych ust zaczęła wylewać się ohydna ślina. Nie podobało mi się to drzewo. W dzień zasłaniało słońce, widok na ogród i miasteczko, a w nocy straszyło. I jeszcze ta okropna dziupla, która patrzyła na mnie jak wielkim, rozgniewanym okiem. Jutro polecę, by je wycięto, co tam jutro, jeszcze dzisiaj z nim zrobię porządek. 

Nagle dostałem gęsiej skórki. Na twarzy poczułem muśnięcie, subtelne, ale wyraźnie, czułem dotyk. To pewnie drzewiaste paluchy wiedźmy- pierwsza myśl przeszła mi przez głowę. Nie, to nie paluchy, to muskanie jej rzadkich i tłustych włosów ? druga myśl była  jeszcze bardziej obrzydliwa. Czułem jak oblepiają mój policzek, jak pokrywają lewą stronę głowy. Wykrzywiłem twarz w najwyższym obrzydzeniu, a ręce gwałtownie zrywały ohydztwo. Czułem, jak włosy przylepiają się do rąk, jak się ciągną, jak nie chcą zejść, jak nie mogę ich strzepnąć. I wtedy po drżącej ręce przebiegł tłusty owad. Zamarłem. Co to było? To... To przecież pająk.

Odkrycie owada uspokoiło mnie, a rozum znów zaczął przejmować kontrolę. Nie pierwszy raz moje racjonalne myślenie i umiejętność działania pod presją ratowała mnie z opałów. Przecież gdyby nie to i wiele innych, licznych przymiotów, które posiadałem, nie zaszedłbym w życiu tak daleko. Tak było i teraz. To był pająk, a te nitki to nie żadne tam włosy wiedźmy, a zwykła pajęczyna. Stopniowo wracał spokój umysłu. To była zwykła piwnica, do której nikt od bardzo dawna nie zaglądał.  

I wtedy, gdy już niemal sam się przekonałem do braku zagrożenia, z dołu usłyszałem  szept: Ratunku, Pomocy. 

Przyparłem do ściany i wstrzymałem oddech. Nasłuchiwałem, usilnie starając się przeniknąć mrok, jednak było ciemno, że oko wykol. Stałem bez ruchu tak długo, aż zaschło mi w gardle. Mimo to obawiałem się przełknąć ślinę, by najmniejszym dźwiękiem nie zdradzić swojej obecności. Nie wiem, ile to trwało. W końcu odważyłem się zrobić pierwszy, nieśmiały krok. Pod nogą zaskrzypiała deska, głośno, jękliwie, na najwyższym z możliwych tonów. No pięknie - jeżeli to złodziej, to już mnie usłyszał.

Schodziłem rękami trzymając się drewnianej balustrady, która stała się moim jedynym  punktem odniesienia. Gdy stopy w końcu nie odnalazły już schodka, a ręce straciły oparcie barierki, dojrzałem światło. Pojawiło się po lewej stronie, za zaułkiem. Był to tunel, z którego wyłaniała się delikatna, łuna światła. Zajrzałem do środka. W głębi bił jeszcze większy blask, z całą pewnością naturalny, pozbawiony odcieni ognia czy innych sztucznych świateł. Na twarzy poczułem świeży powiew powietrza. Tunel wyraźnie wychodził na powierzchnię.

Wszedłem ostrożnie. Podziemne przejście było całkiem duże, wygodne i dość suche.  Po co je ktoś wykuł? ? nie miało to teraz większego, najważniejsze, że czułem świeże powietrze, widziałem coraz mocniejszy blask dnia, czułem że prowadzi do wyjścia.

Przeszedłem z dziesięć kroków, gdy usłyszałem dźwięk, tak głośny, że aż zatrzęsła się ziemia. I wtedy, jakby ktoś wyrwał mi świat spod nóg. Runąłem w przepaść.

Zdaje się, że straciłem przytomność, a z nią  poczucie czasu. Mogłem tu leżeć minutę, albo równie dobrze trzy doby. Gdy się obudziłem bolała mnie głowa i noga w kostce. Bardzo chciało mi się pić. 

Spojrzałem w górę. Wysoko nade mną majaczyła otwarta klapa, oplątana korzeniami drzewa, podobna do muru przesłoniętego bluszczem. Zdawało mi się, że korzenie się poruszyły, a z nimi usłyszałem znajomy trzask. Klapa się zamknęła. Nie wiem, czy to normalne, czy korzenie mają zdolność wedle własnej woli otwierania i zamykania wrót, ale z dołu tak to wyglądało. O wyjściu drogą, którą przybyłem mogłem zapomnieć. 

Nie wróżyło to dobrze. Szczęśliwie przede mną dalej ciągnął się korytarz od którego biło światło słoneczne, a na twarzy czułem ożywcze podmuchy powietrza.

Przykuśtykałem jakieś dwadzieścia kroków, aż znalazłem się w pomieszczeniu, obszernym, jednak tak niskim, że musiałem iść na czworakach. W środku pomieszczenia wznosiła się wnęka, niby komin. To z niej wpadał do środka upragniony blask dnia.

Światło było mocne, rozlewało się na boki, objawiało grube korzenie drzew. Blask

nadawał im żółtawy kolor, podobny do cytryn.

Podczołgałem się do wznoszącej się wnęki i nie bez wysiłku wcisnąłem się do komina. Stałem na wyprostowanych nogach, pełen nadziei, że zaraz znajdę się na  powierzchni. Światło zakłuło w oczy. Trochę czasu minęło zanim przyzwyczaiłem się do jasności. W końcu widziałem otwór, znajdował się na wysokości mojego czoła. Wpadał  przez niego mocny snop światła i całe masy świeżego powietrza. Wspiąłem się na palce. Szczelina była zbyt wąska bym mógł się przez nią przecisnąć.

Spojrzałem przez nią. Przede mną stał dom, mój dom, widziałem kuchnię i salon. Ktoś był w moim pokoju. Mężczyzna siedział na fotelu i czytał gazetę. Wyglądał zupełnie jak ja. Miał taką samą fryzurę, koszulę i zegarek. 

Nabrałem powietrza w płuca i krzyknąłem z całych sił - Pomocy! Ratunku!

Szczęśliwie usłyszał. Podszedł do okna i wyjrzał.

-      Pomocy! Tu jestem!

Wyraźnie popatrzył w moim kierunku. Wahał się przez chwilę.

-      Tu jestem! Ratunku!  

Stał nasłuchując, po kilku sekundach skrzywił się z niesmakiem i z trzaskiem

zamkną okno.

-      Ratunku, co z tobą człowieku?! - jęk wyrwał mi się z gardła.

        Wrócił. Jeszcze raz zerknął przez okno, po czym szczelnie zasłonił je grubą, czarną 

kotarą. 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.