Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Agnieszka Cieślak CO Z OCZU TO Z SERCA

         Ten Krwionośny wyglądał na wyjątkowo słodkiego. Może z powodu przydługich rozwichrzonych włosów, które w rytm sennych wdechów i wydechów odsłaniały rozchylone wargi. A może z powodu okularów, które leżały na otwartej książce, zupełnie jakby i one znużyły się  lekturą. Szyja bibliotekarza była dobrze widoczna w świetle lampki. Sławia lubiła patrzeć na biegnące od ramienia do żuchwy ścięgna u Krwionośnych. Zdarzało się, że celowo skrobnęła je zębami, ale nigdy ich nie przegryzała. Nie dlatego, że były zbyt twarde, ale dla uszanowania sztuki. Ten miał iście artystyczne ścięgno szyjne. Silne, solidne i delikatnie pulsujące w harmonii z oddechem. Sławia obserwowała to zjawisko, aż do momentu, gdy mężczyzna zaczął prostować ramiona luzując napięcie uroczej struny. Bibliotekarz chwycił okulary pełną garścią i nałożył je tak niezdarnym ruchem, jaki obserwuje się u dwuletnich dzieci. Głowa znów opadła mu na drugą, leżącą na biurku, rękę.  Okulary stuknęły o blat i przyciśnięte skronią stanęły pionowo kilka centymetrów od czoła śpiącego.

         Dla Sławii, poza czysto estetycznymi doznaniami, nie miało to większego znaczenia czy obecny tutaj śpi czy czuwa. Bez trudu podchodziła swoje ofiary zupełnie niezauważona, aż do momentu kulminacyjnego. Ot, wypatrzenie zdrowego Krwionośnego, ewentualnie - Krwionośnej,  podejście, iniekcja. Mogła stanąć tuż za bibliotekarzem, a nawet tuż przed nim, również w sytuacji pełnej jego trzeźwości, a nie wiedziałby o tym. Po prostu miała talent, dar, który pozwalał jej rasie trwać i nie tylko żywić się krwią ludzi ale też czerpać z ich dorobku mentalnego.

          Jednak to, że nauka, biblioteki i muzea były zasługą właśnie ludzi, drażniło Sławię. Uważała, że jej rasa, choć stojąca na szczycie piramidy pokarmowej, jest rasą ignorantów. Przykłady lekceważącego stosunku wampirów do wiedzy można było wymieniać bez końca. Jeden z nich, o rozpaczliwych skutkach, miał miejsce wczoraj. Bartymeusz, ojciec pięciorga dzieci, a jej, o, zgrozo, rodzony brat, naraził swoje potomstwo na paskudną infekcję. Pomimo tego, że sam odczuwał dyskomfort gastryczny po napiciu się krwi studenta wydziału matematyki, podał krew także swoim dzieciom. Maluchy dostały konwulsji, skręcały się z bólu, mdlały. Gdyby sam, tępak, wyciągnął nogi, Sławia niedługo by po nim płakała, ale dlaczego ofiarą prymitywa miały być dzieci? Sławia zbadała resztki krwi studenta i okazało się, że czynnik RH był ujemny. Czytała wcześniej o konflikcie antygenów, o przestrzeganiu zasady zgodności podczas transfuzji oraz przy planowaniu potomstwa. Ale w tym wypadku, w relacji dawca - człowiek i biorca - makrohiropter, zgodność czynników RH trzeba było rozpatrzyć w pod innym kątem, stąd wizyta Sławii w bibliotece.

          Wampirzyca zostawiła słodkiego Krwionośnego w objęciach Morfeusza. Nie miała zamiaru kąsać bibliotekarza. W końcu jakieś zasady się ma, pomyślała i podeszła do regału z napisem: Hematologia. Znalazła Konflikt serologiczny Ludwika Hirszfelda. Schowała książkę do przewieszonej przez ramię płóciennej torby.

- Pożyczam na tydzień, oddam w nienaruszonym stanie - wypowiedziała bezdźwięcznie w kierunku biurka ze śpiącym mężczyzną. W końcu, jakieś zasady się ma. Właśnie zmierzała do drzwi, gdy dostrzegła, że bibliotekarz nie zmieniwszy ułożenia ciała,  patrzy przez te swoje sterczące pionowo okulary w wiszące między oknami lustro. Gdyby Sławia uległa niekontrolowanym uczuciom, pomimo, że nadal byłaby niewidzialna w bezpośrednim kontakcie, mężczyzna mógłby dostrzec jej odbicie.  Ale, do Drakuli, chodziło tu tylko o ścięgno! Owszem, wyjątkowo słodkie. Niemożliwe, żeby ta chwila słabości tak wpłynęła na jej  niewidzialność. Wampirzyca odetchnęła i wyszła z wypożyczalni śmiało przecinając linię między bibliotekarzem a lustrem.

         Książka była właściwa, tyle, że słownictwo specjalistyczne. Do jego zrozumienia Sławia potrzebowała solidnego słownika. Toteż następnego dnia znów udała się do biblioteki. Przewertowała kilka półek, aż w końcu dotarła do obiecującej pozycji: Terminy medyczne. Hematologia. Wydanie rozszerzone. No tak, nie dali tego pod "S", jak inne słowniki. Ciężkie było to i wielkie. Sławia mocowała się, żeby schować tomisko. W końcu torba puściła wzdłuż szwów.

Wampirzyca zawiązała tkaninę ściskając twarde oprawy. Związaną księgę przewiesiła przez ramię, i tak gotowa do wyjścia, odwróciła się w stronę drzwi. Jej wzrok padł na lustro. Zobaczyła w nim, całkiem dziś przytomnego, słodkiego Krwionośnego.  On także wlepiał wzrok w lustro. Sławia zadrżała.

*

         Ciekawe, że ten rodzaj ignorancji  nie zraził Sławii do Marcelego. Jego niewiedza wydała jej się równie słodka, jak za duże okulary i on sam. Dawno nikt nie zwracał się do wampirzycy w taki sposób: Widok twego lustrzanego odbicia, choć jest on zapewne zaledwie namiastką twej urody, jest memu sercu iście nieobojętny.

         Przez tydzień przychodziła po godzinach urzędowania biblioteki, by dać się oglądać w lustrze i słuchać takich słów. Sama nigdy nie spojrzała na swoje odbicie. Rzadko też się odzywała, rzucała jedynie półsłówka w rodzaju: "ach", "zaiste", "jakże to", "tudzież", "ależ" i "jestem rada". Nie było potrzeby mówić więcej. Było to też zbyt ryzykowne. Gdyby niechcący straciła kontrolę, nie udałoby się jej uniknąć takich słów, jak: "krwionośni", lub: "my, makrochiropterzy". Wtedy bibliotekarz, osoba zapewne mądra, oczytana i wrażliwa, bez trudu odgadłby pochodzenie Sławii.  A tak, dzięki tym "tudzieżom", "czyżbytom", wampirzyca mogła nadal grać rolę tajemniczej damy z lustra.

         Szóstego dnia Sławia przyniosła pożyczone książki. Zanim wśliznęła się do wypożyczalni, upewniła się, czy Marceli nie siedzi przy biurku. Z tamtego miejsca miał dobry widok na wiszące między oknami lustro, w którym przez bez mała tydzień podziwiał odbicie Sławii. Krzesło przy biurku było puste. Wampirzyca zdjęła z szyi przewieszone i powiązane książki. Dopóki trzymała je pod płaszczem, były tak, jak ona, niewidoczne. Mijając linię między biurkiem i lustrem, pomyślała, że to ostatni raz. Ostatni raz, kiedy może spojrzeć w swoje odbicie. Wiedziała, że nie wróci już do biblioteki. Nie będzie dalej słuchać staroświeckich słów Marcelego. Nie będzie więcej podziwiać słodkiego ścięgna szyjnego, a jej odbicie lustrzane (niepożądane u Wampirów z wiadomych przyczyn) zniknie wraz z uczuciem. Albo Marceli, albo zupełna niewidzialność i powrót do normalnego rytmu polowań na Krwionośnych. Gdyby wybrała to pierwsze, wybrałaby głód, lub nawet śmierć. Decyzja była więc oczywista. Lustro wisiało między oknami jak zawsze. Prosta, pomalowana srebrną farbą rama, odbicie biurka, oparcia krzesła, lampki, półek po drugiej stronie wypożyczalni fragment rękawa jej sukni i... mankiet pasiastej koszuli Marcelego. W rękawie dłoń trzymająca w garści okulary o dużych szkłach. Marceli nie mógł z tamtego miejsca widzieć jej odbicia, jednak Sławia nie chciała się narażać na ujawnienie. Trzeba było działać szybko. Porzuciła chęć przejrzenia się w lustrze i podeszła do regału. Znalazła  miejsce, skąd tydzień temu wyciągnęła książkę Hirszfelda i już miała ją odłożyć, gdy usłyszała:

- Pani, jesteś!

Sławia odwróciła się zaskoczona. Konflikt serologiczny i Terminy medyczne wypadły jej z rąk. Ścianę, przy której stało biurko, Marceli zamienił w mozaikę różnej wielkości luster. Wisiały tam lustra łazienkowe w plastikowych oprawach, korytarzowe oprawione drewnem i PCV, oraz lustra wszelkich rozmiarów bez opraw. W każdym z nich zobaczyła kobietę, zjawę, o pociągłej szarej twarzy i cienkich wargach, na które z wyciągniętej do przodu żuchwy nachodziły ciemne kły.

         Marceli podszedł do Sławii, ukląkł przy niej. Próbował dotknąć jej stóp, ale wampirzyca nie pozwoliła na to, odsuwając się z miejsca, w którym wcześniej widział jej odbicie. Mężczyzna założył okulary i odwrócił Konflikt serologiczny, tak, by odczytać tytuł. Nadzwyczaj nisko

pochylił głowę. Musiał mieć naprawdę słaby wzrok. To tłumaczyłoby jego zachwyty nad odbiciem fizjonomii wampirzycy. Żałosne, pomyślała Sławia. A jednak jej obraz nie znikał z luster, co było znakiem, że uczucie do Krwionośnego trwało.

          W pozycji siadu klęcznego Marceli przysunął do siebie Terminy medyczne. Sławia poczuła przypływ gorąca, gdy zobaczyła, jak mężczyzna wyciągnął kartkę, którą zapomniała wyjąć spomiędzy stron. Notatki sporządziła czerwonym inkaustem; nie można niczego marnować - jakieś zasady trzeba mieć. Bibliotekarz wydukał:

 - Krwionośny, er ha minus. Makrohiropter, er ha plus. Erythrocyte isoantigens: brak konfliktu. Geneza zatruć pokarmowych: silne dysproporcje między IQ dawcy i biorcy.

Jego twarz nadęła się, ścięgno szyjne napięło, ale wysiłek był daremny. Marceli wzruszył ramieniem, wydając z siebie krótkie "y" i zaczął przesuwać dłonie po wykładzinie wołając: 

- Pani, gdzież są twe stópki, rad bym je uściskać, o piękna!

Sławia kucnęła. Jej wargi zbliżyły się do słodkiego ścięgna szyjnego. Czemu nie? Ścięgno dla niej, krew kretyna dla bratanków, na wszelki wypadek, na odtrutkę po inteligentach, pomyślała, wyciągając pięć fiolek. Jakieś zasady trzeba mieć. Po chwili wstała. W lustrach nad biurkiem odbijały się jedynie półki i grzbiety ksiąg, przy których zapewne zasypiał Marceli o silnym, ale jakże słodkim ścięgnie szyjnym

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.