Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz. 2

Nuda... stan nierealny

- Nie szukam miłości jak długopisu.

W powrotach po latach

Bardziej cieszy odzyskana skarpetka.

Boli tylko, kiedy nie kocham.

 - Twoje? - spytała korpulentna postać w zgrabnym futerku i z pawim piórem, nad kapeluszem - Ładne.

 Zaglądała Modry przez ramię.

- Nareszcie jesteś... jesteście- autorka wierszowanego kawałka zmięła karteczkę i podrapała za uchem radośnie podskakującego pudla- Nigdy tak wylewnie mnie nie witałeś.

- To prawda - Lolly usadowiła się na jednym z wolnych krzesełek - Dobrze, że mamy miejsce - rozejrzała się - trudno w tę ciżbę szpilkę wetknąć.

- W co wetknąć?- zainteresował się Ludwik znad czekoladowego tortu.

- W dużą ilość ludzi - mruknęła Modry. Myślami przebywała gdzie indziej, co nie uszło uwadze przyjaciółki.

- Naraz?- zainteresował się chłopiec.

- Chyba coś zjem... - grubaska z rozkoszą wciągała w zgrabny nosek cukiernicze wonie.

- Ach, jak reformatorsko! - rozczuliła się jak na protestantkę przystało - Choć święta z... całą zgiełkliwą ckliwością na karku, my spotykamy się w cukierni i mamy wszystko w nosie.

- Moje nogi zawsze prowadzą do cukierni!- oświadczył Ludwik z pełnymi ustami.

- A gdzie jeszcze prowadzą?- Lolly z natury była wścibska, ale jakoś sympatycznie.

- Lepiej nie wnikać - powiedziała Modry z dosyć filozoficzną zadumą- O jest Jolly!- zamachała w stronę rozglądającej się niemal eterycznej postaci w niebieskim paltocie.

- Ktoś mnie śledzi. - oznajmiła, kiedy już we trzy a w zasadzie w pięcioro siedzieli przy obiecująco pachnących napojach i ciastkach.

- Kto?! - zabrzmiał triumwirat niepohamowanej ciekawości.

- O ten tam! - wskazała brodą w stronę szyby przy wejściu.

Rzeczywiście stał tam jakiś mężczyzna. Po chwili oddalił się. Przyjaciółki zesztywniały.

- Od dawna? - spytała Jolly grobowym tonem.

- Od czasu, jak wydobyliście z  krzaków laskę- szare oczy spoglądały oskarżycielsko.

- To nie ja!- krzyknęła z oburzeniem Lolly.

- A co nie oddałaś jej jeszcze? - spytała Jolly i sama zauważyła, że zabrzmiało to beznadziejnie naiwnie.

- Stoi za ziemniakami w piwnicy - powiedział Ludwik i skulił się pod zapowiadającym furię spojrzeniem.

- No to wszystko jasne - grubaska oblizała łyżeczkę. 

  

Polisa nieśmiertelności

- Ja go znam - powiedziała  tyczkowata, grzebiąc beznamiętnie łyżeczką w serniku - To jest aptekarz ze Zduńskiej?

- To on!? - grubaska o mało się nie udławiła.

- Ludwik! Chcesz czy nie, idziesz do toalety! - zakomenderowała matka, a chłopiec bez słowa powędrował za potrzebą.

- To on? Aptekarz?- powtarzała Lolly ze zgrozą - Oh! Modry! Naprawdę grozi ci niebezpieczeństwo!!!

- Mówcie kto to jest?- zażądała Modry.

- Kiedyś miał zadatki na zdolnego naukowca. Teraz na pewno odludek i szaleniec. Przynajmniej tak się zachowuje- relacjonowała Jolly w pośpiechu. Kątem oka spoglądała na drzwi toalety - i taką ma opinie.

- O ile się nie mylę, chciał wynaleźć lek na śmiertelność...- dołączyła się Lolly.

- Co wy mówicie?! - szare oczy były pełne niedowierzania - Takie rzeczy to u Hoffmanna, a nie u nas w miasteczku?

- Tajemnica poliszynela, to jak nie wiesz? - zdziwiła się grubaska z wypiekami na twarzy - On... - nie chciało jej przejść przez gardło - on zaprzedał duszę diabłu! Oddał szczęście i powodzenie za nieśmiertelność.

- Mówiłam, Hoffmann się kłania - mruknęła Modry i dodała, wpadając w błogostan - Ale przyjemnie!

- Tak mówią. W każdym razie idziesz zadzwonić na komisariat - rozkazała przyjaciółka o racjonalniejszym podejściu do życia. - Natychmiast!

- Teraz?- zaoponowała Modry - Kiedy robi się tak ciekawie...- westchnęła. 

 

Indywiduum bez genotypu

 Nim minęło pół godziny Modry z Ludwikiem kroczyli do domu z prywatną asystą.

- Mamo! On idzie za nami! Ciągle idzie! Idzie...- chłopiec nie przestawał się odwracać.

Komisarz przydzielił "nieodżałowanej szansonistce", jak się wyraził i jej dziecku obstawę.

Ludwik, cały tydzień wyciągał mamę na liczne spacery i nie posiadał się z radości z powodu nie tak znowu nieciekawego cienia. Policjant Boby posiadał urodę Kupidyna. Postury był herkulesowej. A jego możliwości umysłowe nie wykraczały daleko poza poziom czterolatka.  Rozmowy Ludwika z Bobbym kręciły się wyłącznie wokół potrzeb pierwszych i to nie tych, o które chodziło Marksowi i Engelsowi. Ulubiony temat: gazy jelitowe. Modry mełła w ustach niecenzuralne słowa.

- Nie mam podstaw, żeby aresztować aptekarza - tłumaczył komisarz- Nie mogę też dopuścić,  żeby była pani narażona na niebezpieczeństwo.

Narażona główne zagrożenie widziała w bezmyślnym jak niebo szerokie, spojrzeniu, które bezustannie czuła na karku. Na wszelki wypadek umieściła w torebce rewolwer.

 W imię bezpieczeństwa dziecka przecierpieć mogła wszystko i niejednej nieprzyjemności stawić czoła. Tkwiła w błędzie - choć jej zdaniem należało dodać "o" do tego, w czym tkwiła -  sądząc, że  już nic gorszego, przynajmniej w tym roku,  nie może jej spotkać.

Dwa dni przed wigilią wróciła do domu, zgrzytając zębami. Bobby przerzucił się na dwuznaczne krotochwile. Choć Modry najdonośniej śmiała się z pomysłów syna i pieprznych dowcipów,  rubaszność na poziomie przedszkolaka doprowadzała ją do ... "Teraz już tylko zabić i sprofanować."- tłukło się po ciemnoblond głowie.

Na piecu stał obiad. "Chyba dla całej gwardii!"- pomyślała Modry. Na kredensie leżał list. Przebiegła wzrokiem linijki tekstu.

- Jolly!- krzyczała do telefonu - Natychmiast musisz do mnie przyjść! Lolly!? Obecność obowiązkowa! Co się stało?! Kucharka wyjechała!!! Ciotkę ma chorą czy coś? Co ja teraz zrobię!?!

Niewiele myśląc, pobiegła do przedpokoju, gdzie Ludwik ściągał buty. Towarzystwo policjanta nie przyspieszało czynności.

- Bobby - rzekła Modry niewiele myśląc- idź pan do cholery na swój komisariat.

 Wiedziała jedno, za wszelką cenę ma go zaraz nie być. Nawet, gdyby...

- A po co?- spytał policjant.

- Żeby mnie tam spotkać!

Rozkaz wydał się Bobbemu sensowny. Poszedł.

 

Fasadowa homeostaza

- I znów przed nami długie i nudne święta - westchnęła Modry.

Wałkowała ciasto na pierniki. Mąka na nosie dodawała jej uroku.

Nagle do kuchni wpadł tabun dzikich koni.

- Jak ty wyglądasz? - Jolly zbeształa córkę, z której ładnie ułożonej fryzury nie zostało już nic.

- Modry, możemy już pierniczyć? - spytała mała.

- Polly!- oburzyła się tyczkowata mama.

- To jest wycinać... - Polly niewinnie zatrzepotała rzęsami.

- Mamo - Ludwik wpychał się na krzesełko pod lewym łokciem Modry- A co to jest obol?

Mama sprawdzała, czy ciasto jest równo rozwałkowane - Obol? Obol to jest takie zwierzę synku, które...mieszka w Grecji.

- Tylko w Grecji? - Ludwik był dociekliwy.

- Tak, tylko w Grecji - mama zastanowiła się chwilę- i robi się z niego futra.

- Mamo - w delikatnie zezującym lewym oku chłopca kryła się dezaprobata- obol to jest pieniądz. Grecki pieniądz.

Przez następne piętnaście minut dzieci wycinały pierniki i z pobłażliwością przyglądały się ryczącym ze śmiechu mamom.

- Nie będzie miał najlepszego zdania o twojej wiedzy - powiedziała Jolly, kiedy dzieci opuściły kuchnię.

- Ach! - machnęła ręką Modry, najwyraźniej zadowolona z takiego stanu rzeczy. - Napijemy się na pohybel? Mam gdzieś butelkę parszywego koniaku. Myślę, że to dobry moment, żeby go otworzyć.

Zanurkowała w  otchłani kredensu.

- Przed nami, jak co roku...- jak zza światów dobiegł jej głos - nostalgiczne, pogrążone w rozpaczy święta.

- Jeszcze ci nie przeszło? - Jolly spytała tę część przyjaciółki, która mentalnie pozostała w kuchni.- Za dużo oczekiwałaś. I teraz serce krwawi.

Wyprostowała się, a duże błękitne oczy zapałały nieznaną rządzą.

- Nie myślałaś o zemście?!

- Zemsta wnosi do gry element irracjonalny.-  szarooka gospodyni wychynęła z piątego dna szafy i stała jak piorunem rażona z pustą butelką w objęciach.

- Kto wypił koniak?- spytała.

 

Namnożenie tajemnic

Sprawa pokątnie opróżnionej butelki przesunęła się na plan dalszy. Nadeszła  Lolly z Puffym i zażądała kawy.

- Ale nie syp mi znów na oko! - zastrzegła.

Jolly z braku zajęcia, postanowiła usunąć z ich życia laskę. Wyczuwała, że w jakiś sposób zagraża Modry.

Modry posłusznie zanurzyła łyżeczkę w aromatycznym życiodajnym proszku. Jej mina mówiła, że tylko z sympatii dla przyjaciółki bawi się w ceregiele.

- Laski nie ma!!!- Jolly trzasnęła drzwiami- Przeszukałam wszystko!

- Niby, że po problemie?- zaczęła ostrożnie Lolly, kiedy przypomniała sobie o rzeczy nie cierpiącej zwłoki - Macie coś słodkiego? Wiecie kawa bez...

- Możesz uszczknąć świątecznych zapasów z szafy w holu.- gospodyni czuła się rozdarta pomiędzy istotnymi sprawami.

- A jak wytłumaczysz komisarzowi, że się pozbyłaś Bobbiego?- dobiegło z holu.

Zapiszczały drzwi szafy. Coś trzasnęło z impetem o podłogę. Przeraźliwy krzyk. Upadło coś ciężkiego.

Przyjaciółki wybiegły z kuchni.

- Właśnie tak wytłumaczę.- powiedziała Modry, patrząc na leżącą na podłodze omdlałą Lolly, a obok niej na znajdującego się w o wiele gorszym stanie aptekarza, z nieforemną dziurą w głowie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.