Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz. 1

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

 Poznały się w parku. Ich dzieci bawiły się w jednej piaskownicy.

Dla Jolly po pięciu minutach rozmowy było jasne, z kim ma do czynienia. Mianowicie z kobietą, która stojąc przed wyborem: nowe meble do salonu czy wyuzdana przyjemność, tak pokieruje wypadkami, że  dostanie jedno i drugie. Modry nie miała wątpliwości, że smukła piękność o platynowych lokach, nadwrażliwa na ludzką krzywdę, potrafi w biały dzień, pod ratuszem sprać  parasolem człowieka, tylko dlatego, że źle wyraził się o jej matce?.  To było dawno temu.

 REFLEKSYJNY PODWIECZOREK ZMYSŁÓW

Gong u drzwi wyrwał Modry z zamyślenia.

- Myślałam, że już się czegoś nauczyłaś , szopenfeldziarko!- krzyczała od drzwi Jolly.

Zamiatając suknią, weszła do salonu. Ucałowała przyjaciółkę. Zamaszyście usiadła w fotelu. Za młodu uprawiała różne sporty, a i teraz nie brakowało jej energii.

Modry udała, że się uśmiecha. Ogromne błyszczące oczy tykowatej przyjaciółki mówiły: "Dawaj na mnie połowę nieszczęścia. Razem łatwiej będzie unieść".

- Na kolację będą ciborki i sałatka. Napijemy się cydru? Kucharka od miesiąca produkuje .-  gospodyni pociągnęła nosem - Czuć nieprawdaż?

Prawdę mówiąc, myślała, że dzieli się tylko radością. Smutkami nie zamierzała obarczać nikogo. No, prawie nikogo.

 

- Ach! - zniecierpliwiła się Jolly - Zobaczysz! Czas leczy rany.- złowiła spojrzenie przyjaciółki, pełne jakiejś nieznanej melancholii - Ale nie twoje, co? Kto żyje poezją, zamiast ją pisać, płaci sto procent podatków, powiedział ktoś. Ale nie wiem kto.

Gospodyni milczała. Na tle przepastnego kredensu była jeszcze bardziej filigranowa niż zazwyczaj. Od kilku dni wolałaby czuć tyle, co dębowa szafa czy lipowe skrzypce. I wiedzieć nie więcej.

Zadźwięczał gong.

W przedpokoju zrobił się harmider. W drzwiach stanęła, a w zasadzie wypełniła je po brzegi pstrokata postać. Na jej misternie upiętym koku chwiał się filuterny kapelusik. Po pachą ściskała mokrego czarnego pudla.

- Ale leje! - oświadczyła.

Modry nie potrafiła obejść się bez poczucia humoru pulchnej czterdziestolatki. Wyczuwała pokrewieństwo osobowości polegające na  rzadkiej umiejętności wyciągania zadziwiających konkluzji.

- Jolly Lolly. Lolly Jolly. No i Pafnucy.- przedstawiła sobie obie panie.

Lolly postawiła psa na podłodze. Uściskała Modry.

- Tak mi przykro - szepnęła.

Przywitała się z Jolly.

- Siadajmy do stołu - beznamiętny głos gospodyni napełniał gości niepokojem.

Co się stało z tą nieprzewidywalną, tryskającą dowcipem i niespożytą witalnością Modry? Czyżby cios był aż tak ogromny?

Przez chwilę jadły w milczeniu. Paffy wszczął larum z powodu braku miejsca przy stole. Tłumaczenia, że nie dla psa krzesełko, nie zdały się na nic. Obłaskawiły go w końcu krakersy.

Rysy twarzy Modry nie należały ani do szlachetnych, ani do ślicznych. Nawet po nieprzespanej nocy, śmiała się serdecznie, patrząc rankiem w lustro. Za to szczupła chłopięca sylwetka odpowiadała najnowszym trendom. Obie przyjaciółki dałyby się za taką pokroić, i zgodnie twierdziły, że Modry jest najbardziej kobiecą z kobiet.

- Komu jak komu, ale Modry jest bardzo do twarzy w fioletowym. Hm? śliwka! Jest śliwką. Pod aksamitem fioletowej nocy kryje soczysty słodko-cierpki miąższ - myślała Lolly - tylko jak jej pomóc?

- Hm?- Jolly po drugiej stronie stołu robiła to samo - że też takie natury muszą się babrać w głupocie życia. Sztormy zawiści i debilizmu nie oszczędzają nikogo. Oh, Modry, uśmiechnij się chociaż!?

Tym razem bez wyjaśnień się nie obejdzie.

 

 

NIE BĘDZIE MI ŻADEN WIEPRZ ZMIENIAŁ CHARAKTERU

 Modry nabrała powietrza.

- Nie wiem, co mnie bardziej męczy. Czy to, że rzucił mnie i to, jak twierdzi, z mojej winy. Czy może ostatnie spędzone z nim pół roku. Miałam zupełnie podcięte skrzydła. Nic nie mogłam zrobić? pomyśleć. Nie lubił moich przyjaciół i moich pomysłów. No i? zabraniał mi mówić?!!! I z czego się śmiejecie głupie ropuchy!?

Na jej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu.

- Dobrze, że tak to widzisz- uspokoiła się Jolly.

- Trzeba się modlić!- oświadczyła Lolly trzaskając Biblią o stół, aż podskoczyły filiżanki i nie tylko filiżanki.

- Biblia mówisz? - szare spojrzenie gospodyni powędrowało na opasły podniszczony tom.

Deszcz tłukł o szyby coraz mocniej.

- To się teraz czyta?- zdziwienie Jolly nie miało granic.

- Tu jest cała prawda- oświadczyła Lolly prawie z patosem.

Modry zamyśliła się.

- Cała? - spytała- Żadna kobieta nie przyłożyła palca do jej powstania. Czy to nie ujmuje jej wiarygodności?

Na twarzach trzech pań pojawił się syty uśmiech satysfakcji.

- No tak - grubaska schowała książkę. - Ale bóg stworzył podwaliny świata. Hm? jaka pyszna ta ciborka. Ma moc zmieniać serca i wydarzenia. Naprawdę smaczna. Ciborka mówisz? Kocha nas nade wszystko. Pycha ciborka!

?Ciborek?- skorygowała w myślach Modry. Przyglądała się pokerowej minie drugiej przyjaciółki, która, jakby czytając  w jej myślach, spytała:

- Czemu nie gramy w pokera, Modry?

- Każde rozdanie jest tak ciekawe- powiedziała zapytana - że aż nudne. Lolly nalać ci cydru?

- Troszeczkę, proszę. Paffy nie szczekaj! Nie idziemy jeszcze do domu.

Gospodyni zniknęła w czeluściach kredensu. Gdzieś tutaj musiała być jeszcze jedna butelka. Zastanawiała się czy nie przesadziła. Posadziła koło siebie dwóch odwiecznych wrogów: racjonalną katoliczkę i romantyczną protestantkę. Butelka stała za starą lampką.

- Mężczyźni? mamy o nich nie wiadomo jakie wyobrażenia.  Tymczasem? Mój mąż jest oficerem -  Jolly uznała, że przyjaciółka Modry jest  jej przyjaciółką i tak też traktowała Lolly - przychodzą do niego koledzy. I o czym rozmawiają całymi wieczorami?

Lolly dostała uroczych wypieków.

- O niczym, dla czego warto byłoby żyć ? ciągnęła żona oficera. - Nie mają zbyt dużych oczekiwań od życia. Największym marzeniem każdego z nich jest mieć codziennie obiad i co wieczór gorące ciało.

- Jak można tak instrumentalnie traktować kobietę?! - zdenerwowała się grubaska - Kogokolwiek jak można tak traktować?! Kobieta oddałaby mężczyźnie? oddałaby nerkę i nie dostała w zamian nic. Bo to jej obowiązek. Oddałaby? oddałaby? Co jeszcze można oddać?

- Płuco!- poddała uczynnie Modry.

 Chwilę potem, ocierając ze śmiechu łzy,  trzy panie uznały wieczór za skończony.

?Jesień to pora, kiedy zaczyna się tkać nową tkankę życia  ? myślała przed zaśnięciem najbardziej kobieca z kobiet- pająki już zaczęły. Nie będę mniej pajęcza.?

 

ŚNIADANIE NAD REWOLWEREM

Lolly przeszukiwała szufladki kredensu.

- Chociaż ciastko mogłoby być do kawy. Chociaż jedno... mało....

Zrezygnowana usiadła przy stole. Nad trzema filiżankami świeżo zaparzonej kawy unosiła się para. Igrały w niej wesoło promienie porannego słońca.

- Musisz iść na policję! - perswadowała  drugiej przyjaciółce Jolly.

Modry zalana łzami siedziała na krzesełku. Przypominała?  jeszcze bardziej to, co przed kilkoma dniami.

- Kawa bez ciastka....?- nie dawała za wygraną właścicielka pudla.

Obraz nędzy i rozpaczy pogrzebał w torebce i rzucił na stół paczkę herbatników.

- Miały być dla Ludwika - rzekła - kupię  drugą, jak pójdę do szpitala.

- A jak tam Ludwik? - Lolly energicznie otwierała paczkę.

- Szkarlatyna- uśmiechnęła się blado Modry - ale już lepiej.

- Nie tęskni za tobą? Ile on ma? Sześć lat.- słodycze najwyraźniej wzmagały ciekawość.

- Od rana do zmroku siedzę przy jego łóżku. Ma nawet sympatycznego doktora. Taki człowiek w sam raz dla dzieci. Tylko, że przez niego muszę kupić dziecku laskę.

- Laskę?- Lolly zamarła z nadgryzionym ciastkiem w ręce.

- Tak, laskę. Doktor nie rozstaje się z laską. Ma główkę w kształcie krokodyla z rozwartą paszczą.

- Doktor?

- Tak, doktor! - zniecierpliwiła się Modry. - A krokodyl jest przystojnym pięćdziesięciolatkiem.

- Dobrze- rzekła  Jolly znad gazety, którą kupiła po drodze, spiesząc świtem do przyjaciółki, po jej nocnym telefonie - Co się dokładnie wydarzyło, kiedy wyszłaś wczoraj ze szpitala?

- Wracałam skrajem parku.- zbierała myśli Modry. - Szedł za mną jakiś mężczyzna. Przyspieszał. Był coraz bliżej! Zanim mnie złapał i zasłonił usta? wyjęłam z torebki rewolwer. Strzeliłam! Upadł! Nie ruszał się! Nie miał pulsu?

- Masz ten rewolwer? Pokaż!- zażądała oficerowa.

Pani domu zanurkowała pod stół.

- Proszę! - podała przyjaciółce mały srebrny przedmiot.

- I ty to tutaj ciągle miałaś!?! - krzyknęła Lolly ze zgrozą.

- Nie tu! W torebce.

- Jeszcze lepiej!

- I na domiar wszystkiego zamordowałam człowieka?

- Ale w obronie własnej - obecność ciastek wyraźnie poprawiła korpulentnej przyjaciółce humor.- To jest okoliczność łagodząca.

Gospodyni rozejrzała się, czym by tu rzucić w koleżankę. Jej wzrok padł na rewolwer.

 

NAGŁY PRZEKRĘT AKCJI

- Nie ty go zabiłaś! - w mroki mieszkania wdarło się słońce. - Tu jest napisane!- Jolly rozpostarła gazetę, przydając wiarygodności - że został zastrzelony z .... ehhem?- chrząknęła - z Walther Polizeipistole.

Lolly zaglądała jej przez ramię.

- Nie ja zabiłam? - nie chciała wierzyć  Modry.

Przyjaciółki pokręciły przecząco głowami.

- Przykro nam, nie ty.

- No to mogę iść na policję! -  były obraz nędzy i rozpaczy spojrzał na zegar.

Zerwał się i łapiąc torebkę krzyknął, jak za dawnych dobrych czasów.

- Mało czasu kruca bomba!

Pozostałe dwie kobiety zadowolone z takiego obrotu sprawy zaczęły w pośpiechu zakładać peleryny.

- W gazecie jest? że trup  leżał w rowie- Lolly szukała torebki.

- A... zaciągnęłam go tam - bąknęła Modry

Patrzyły na nią dwa nieme znaki zapytania.

- Myślałam, że jak tak będzie leżeć na ulicy, wszyscy będą wiedzieć, że to ja go zabiłam.- pospieszyła z wyjaśnieniem. -  Ale wiecie co?

 Modry wyprostowała się i wzrokiem powędrowała poza horyzont, jak zwykła to czynić w stanach nagłego olśnienia.

- Złamane serce - rzekła - jest najprzyjemniejszą rzeczą pod słońcem, kiedy ciągnie się trupa do rowu.

 

W JASKINI MIŁOŚNIKA VARIETE

Dopiero po trzech dniach udało się doprowadzić Modry na komisariat. I to pod pozorem leczniczego  spaceru dla syna.

- Osobliwie normalnie tu u pana - rzekła, kiedy znalazła się sam na sam z komisarzem.

- Osobliwie wyklucza normalnie - zauważył mężczyzna, całując ją z galanterią w dłoń- Proszę niech szanowna pani usiądzie. Mam wrażenie, że skądś panią znam, droga pani.

Modry rozparła się wygodnie na kanapie.

- Widać, jest pan miłośnikiem kabaretów, wodewilów i teatru.

- Teatru to może nie. Jest pani aktorką?!? - krzyknął odkrywczo.

- Można tak powiedzieć - uśmiechnęła się Modry, - ale przyszłam tu w pewnej sprawie nie cierpiącej na zwłoki? to jest ?cierpiącej.

Mężczyzna zdawał się  jej nie słyszeć.

- Hm? hm?. Ależ gdzie ja panią widziałem? Hm? Wiem! - "Skąd tyle łez"?! Tak "Skąd tyle łez?" To była piękna sztuka. W starym dobrym stylu - rozmarzył się. - Pamiętam jak dziś, a było to? ponad dwadzieścia lat temu !- krzyknął odkrywczo- Niesamowita rola!

- Ja tu wcale nie przyszłam, żeby mi wypominać ile mam lat!- obruszyła się niedoszła morderczyni.

- Ależ! Droga pani?- komisarz zgiął się w ukłonie. - Niech Pani wybaczy ten nietakt! To ta praca tak przytępia! Dla szanownej pani czas przecież stanął w miejscu- starał się załagodzić niemiłe wrażenie.

Nacisnął umieszczony na biurku dzwonek. Kazał przynieść kawę. Usadowił się wygodnie w fotelu obok Modry.

- Zamieniam się w słuch- rzekł.

- Otóż....

 

NIEUCHRONNY KONIEC

Modry z przyjemnością zagłębiła się w ciepłym rozgardiaszu cukierni. Najgłośniej oczywiście było w kącie przy stoliku zajmowanym przez przyjaciółki i syna.

- I co? I co?- dopytywała się Jolly- Pozbawią cię wolności za opieszałość?

- Nie, bo kto zająłby się Ludwikiem?- przytuliła synka.

- No, opowiadaj!- zażądała Lolly

- Nic takiego. Niedawno była amnestia. Dwóch rzezimieszków miało na pieńku. Przypadkowo weszłam im w drogę.

- A ten drugi. To on strzelał, nie? Uciekł? - chciała wiedzieć szczuplejsza z przyjaciółek.

- Nie mógł. Stracił przytomność - szarooka dawkowała lakonicznie informacje.  - Dostał w głowę  czymś ciężkim, o dziwnym kształcie.

- Zaraz się dowiemy, że było tam pół więzienia, tylko ona nikogo nie zauważyła? - wymamrotała gustująca w ciastkach przyjaciółka.

- No co? Nie miałam okularów!- obruszyła się Modry i zanurzyła z rozkoszą twarz w czuprynie syna.

Intensywny zapach kawy, gwar rozmów, ciepło rozchodzące się z kominka usposobiły ją przychylnie do całego świata i do siebie samej też.

- Masz zakaz włóczenia się samotnie po nocy! Rozumiesz?- Jolly przybrała surowy ton.

- Dzięki Bogu, że tak się skończyło!-  wtórowała Lolly.

- Jak tak- powiedział Ludwik, któremu najdotkliwiej dokuczała bezczynność- to już chodźmy na ten ozdrowieńczy spacer!

Po ich wyjściu w kawiarni zrobiło się znacznie ciszej.

- Twój syn mówi, że doktor nie miał laski.- Jolly wyszarpywała połę peleryny z krzaków - Jak się to świństwo czepia!

Zza ciemnego szpaleru drzew wyglądała czerwona ćwiartka zachodzącego słońca.

- Najpierw miał, a potem nie miał - skwitowała Modry.

- Puffy! Puffy!!! Znowu gdzieś go licho poniosło?!- Lolly zniknęła między dębami.

- Ludwiku, nie jest ci zimno?- powtarzała jak mantrę troskliwa mama.

- Jak może być mu zimno, kiedy ani chwili nie stoi spokojnie?- retorycznie zapytała uwolniona z cierni przyjaciółka- Słuchaj, a co się stało z laską, że jej potem nie miał?

 

PUFFY! WYPLUJ TĘ POSZLAKĘ!

Krzyki i trzaski spod dębów przybrały na sile. Ktoś galopował w ich stronę.  W świetle latarni zbici w gromadkę zobaczyli nadciągającego w szczęśliwych podskokach Pafnucego, a za nim zziajaną panią.

- Puffy zostaw to! - krzyczała.

Pies miał w pysku laskę.

- O! - krzyknął Ludwik- Prawie jak doktora! Tylko tamta była błyszcząca.

 Pozłacaną główkę w kształcie paszczy krokodyla oblepiała brunatna substancja.

- Jesteś pewna, że sama wracałaś ze szpitala?- spytała Jolly. Podobnie jak reszta towarzystwa urzeczona wpatrywała się w psi pysk.

CDN

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.