Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Piotr Jaśkowiak DŻEFERSON ŻYJE

      Z wczesnego dzieciństwa Jeremiasz Acher miał o panu Dżefersonie tylko jedno wspomnienie: matka pochylona nad książką, ojciec rozmawiający przez telefon, włączony telewizor. Na ekranie inteligentna, dobroduszna twarz, ale o brwiach zbyt krzaczastych, by dało się ją nazwać przystojną. Głos wydobywający się z głośników również przyjemny, choć znaczenie słów pozostawało dla cztero- czy pięcioletniego chłopca zagadką. Mogła to być konferencja prasowa, przemówienie, wiec lub orędzie - pamięć Jeremiasza nie dostarczała żadnych wskazówek.

                Było już sporo po ósmej, kiedy wspomnienie odmalowało się znienacka w niewyspanej głowie Jeremiasza. Przez chwilę kontemplował migawkę sprzed kilkudziesięciu lat; zaraz potem krótki dźwięk syreny przywołał go z powrotem do chwili obecnej. Spojrzał we wsteczne lusterko: policyjny radiowóz dawał mu znaki, by zjechał na bok. Jeremiasz zerknął na zegarek i zaklął, po czym posłusznie zatrzymał się na poboczu.

 

                - Prawo jazdy i dowód rejestracyjny wozu, proszę. - Policjant pochylił się do Jeremiasza. Przyjaznej, znajomej twarzy nadal brakowało czegoś, by nazwać ją atrakcyjną. Zdaje się, że to przez te brwi - pomyślał w roztargnieniu Jeremiasz, szukając dokumentów.

                - Chyba nie jechałem za szybko, panie Dżeferson?

                - Niestety, panie kierowco. - Policjant pokręcił głową. - Dokąd tak spieszno? Praca?

                - Praca - przyznał Jeremiasz.

                - Gdzie pan pracuje?

                Jeremiasz zawahał się.

                - Och, to tu, to tam - wydukał. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Pan Dżeferson nie przejął się wykrętną odpowiedzią, musiał zresztą znać prawdę. Wrócił do radiowozu i po chwili przyniósł wypisany mandat.

                - Bardzo proszę. Mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz, panie kierowco.

                - Oczywiście.

                - Szerokiej drogi!

                Zegarek wskazywał dwadzieścia minut po ósmej. Jeremiasz ruszył, wściekły na siebie. Nikt nie ciosałby mu na głowie kołków nawet, gdyby spóźnił się całą godzinę, ale spóźnienie pozostawało spóźnieniem.

                Gdy zajechał przed siedzibę organizacji, miejsce parkingowe jakimś cudem czekało na niego. Wysiadł z samochodu i rozejrzał się. Organizacja zajmowała całe piętro w starym, modernistycznym biurowcu. Naprzeciwko wejścia, zgodnie z przewidywaniami, zauważył zabrudzonego sedana nieokreślonej marki. W środku, bacznie obserwując biurowiec, siedział mężczyzna. Wyraźna linia brwi była widoczna z daleka. Agent dostrzegł Jeremiasza i uśmiechnął się do niego, zupełnie nieporuszony tym, że także został dostrzeżony. Jeremiasz wkrótce zniknął w drzwiach. Pan Dżeferson odprowadzał go wzrokiem.

                Organizacja była pod nienachalnym, lecz stałym nadzorem. Jeremiasz przywykł do tego; bywały takie okresy, kiedy zainteresowanie rządu było jedynym dowodem na to, że działalność organizacji ma sens.

                Winda uniosła Jeremiasza wysoko. Spóźniony o ponad pół godziny, dołączył do pozostałych działaczy, by zacząć kolejny dzień walki o demokrację i prawa człowieka, bo taki był cel i racja istnienia organizacji.

                Zwykle było tak, że każdy zajmował taką część podłogi, jaka zdawała mu się odpowiednia, tam wyciągał laptopa i przystępował do obalania systemu. Jeremiasz ujrzał jednak wszystkich zgromadzonych wokół Helmuta, który był szefem prawników organizacji. Helmut ściskał w dłoni jakieś pismo i czytał głośno:

                - ...w związku z powyższym zawiadamiamy o przyjęciu kandydatury pana Jeremiasza Achera w wyborach prezydenckich zarządzonych na dzień...

                Przerwała mu radosna wrzawa. Ktoś zauważył nadejście Jeremiasza i kilka par rąk dźwignęło go pod sufit. Zobaczył jeszcze uśmiechniętą twarz Helmuta, zanim jedynym, co mógł zobaczyć, były na przemian jego własne nogi i odrapany strop. W końcu dali mu spokój.

                - To nasz wspólny sukces - powiedział, czując podłogę pod stopami. Powiedział też kilka innych rzeczy, jakie czuł, że powinien powiedzieć w tej sytuacji. Były zupełnie gładkie, a wszyscy przyjęli je z entuzjazmem. Jeremiasz spoglądał na otaczające go twarze hipsterów, pięknoduchów, rewolucjonistów i inteligentów. Z tymi ludźmi miał zamiar walczyć z władzą o władzę.

                - Musimy brać się do pracy! - zakończył i była to prawda. Wszyscy rozeszli się do swoich kątów. Przy Jeremiaszu pozostał tylko Helmut.

                - Gratulacje - wyszczerzył się. Z kolei uśmiech Jeremiasza trochę przygasł.

                - Wiesz, że powinieneś być na moim miejscu. Nadajesz się do tego stokroć bardziej. Nie chciałem kandydować. 

                - I tak nie wygrasz. - Helmut wzruszył ramionami. Roześmiali się obaj.   

                Dookoła nich organizacja zaczynała kampanię: w sieć biegły gigabajty danych, ktoś organizował spotkania, ktoś inny zabiegał o uwagę prasy. Trwało to cały dzień aż do wieczora. Siedziba organizacji - miejsce raczej obskurne - pracowała przez całą dobę za wyjątkiem kilku godzin późnonocnych; wieczorem jednak zdecydowanie pustoszała.

                - Do zobaczenia, prezydencie! - usłyszał Jeremiasz. Oderwał wzrok od ekranu komputera; było już ciemno. Obok niego ponownie stał Helmut. Na twarzy bezustannie miał uśmiech - jak przez cały dzień.

                - Do zobaczenia! - odparł Jeremiasz. Chciał wrócić do pracy, ale wytrącony z rytmu, obserwował zamiast tego, jak Helmut znika w drzwiach, a potem patrzył przez okno, jak przechodzi przez ulicę obok sedana niezidentyfikowanej marki.

                Obok sedana niezidentyfikowanej marki! Drzwi samochodu otworzyły się. Helmut stanął, zaskoczony, podniósł ręce w obronnym geście. Pan Dżeferson był przy nim w mgnieniu oka. Jeremiasz widział doskonale, jak krzaczaste brwi marszczą się w groźnym grymasie. Wepchnął Helmuta do samochodu i auto ruszyło z piskiem opon.

                Wszystko to wydarzyło się w ciągu kilku sekund, Jeremiasz nie zdążył nawet wstać. Teraz zerwał się i wraz z kilkoma innymi działaczami zbiegł na dół. Nie dostrzegli nawet tyłu oddalającego się sedana.

                Siedziba organizacji - na poły już wyludniona - zapełniła się na powrót. Nastroje były grobowe, zaś nastrój Jeremiasza był szczególnie wisielczy, bo do troski o przyjaciela dołączyła także troska o własną skórę, za co pogardzał samym sobą.

                Włączył radio. Mijała właśnie północ, trwał dziennik. Spiker zapowiedział informację z ostatniej chwili oraz wypowiedź burmistrza. Głos, który się odezwał, był nie do pomylenia: ciepły i przyjazny, każdemu znany od dzieciństwa.  

                - Mogę potwierdzić, że zatrzymano dziś znanego wichrzyciela Helmuta B. O ile wiem, prokuratura zawnioskowała już o areszt i postawiła mu zarzuty działania na rzecz pozbawienia kraju niepodległości, a także w celu usunięcia przemocą konstytucyjnych organów państwa. Mogę uspokoić, że wzmożona aktywność ekstremistów nie spowoduje wprowadzenia w mieście godziny policyjnej.

                Jeden krok w przód, dwa kroki w tył - pomyślał Jeremiasz. Tak to zawsze wyglądało. Spoglądał na zafrasowane twarze dookoła siebie, nie znajdując słów pocieszenia, które przecież - jako przywódca - powinien był znaleźć.

                Odnalazł je następnego dnia przed gmachem sądu, gdzie miała się odbyć rozprawa Helmuta. Byli tam dziennikarze, ale niedużo; byli działacze organizacji i tych było całkiem sporo.

                - Wiedzieliśmy, że tak się stanie - powiedział im Jeremiasz. - Nie wiedzieliśmy, kogo z nas to spotka, ani kiedy, ale wiedzieliśmy, że to nieuniknione. Dlatego to atak na nas wszystkich.  

                Zajęli miejsca w sali sądowej. Helmut już tam był, siedział w szklanym kloszu przeznaczonym dla oskarżonych.

                - Otwieram rozprawę - rzekł surowo pan Dżeferson, bijąc młotkiem w pulpit. Lokowana peruka opadała mu na ramiona. - Prokuratura wnioskuje o aresztowanie Helmuta Bartleta na czas nieokreślony. Czy ktoś jest przeciw? - zapytał tonem, który wskazywał, że nie wyobraża, by ktoś mógł mieć obiekcje.  

                - Ja jestem przeciw - odezwał się Helmut. Publiczność - składająca się wyłącznie z członków organizacji - oklaskiwała to proste stwierdzenie dłuższą chwilę.

                - Wysoki sądzie. - To był pan Dżeferson, tym razem z ławy prokuratorskiej. - Dotychczasowa działalność pana Bartleta każe się zastanawiać, czy da się go powstrzymać od wywrotowej działalności inaczej niż poprzez areszt.

                - Na czym polega moja wywrotowa działalność? - zapytał Helmut z uprzejmym zainteresowaniem.

                - To zostanie wyjaśnione w toku postępowania procesowego! - warknął pan Dżeferson (w peruce). - Sąd postanawia o aresztowaniu Helmuta Bartleta. Zamykam rozprawę.

                Helmut przyjął to bez zmrużenia oka, nawet uśmiechnął się blado do kolegów z organizacji, którzy nie byli tak powściągliwi.

                - Hańba!

                Zerwali się na nogi. W stronę pana Dżefersona poleciała wiązanka przekleństw, a w końcu nawet butelka z wodą. Helmut zniknął bardzo szybko, machając tylko z daleka organizacji, ale żeby wyjść z sali, pan Dżeferson musiał przedefilować przed całą publicznością. Twarz miał kamienną - być może dlatego, że nic go to nie obchodziło, a być może dlatego, że planował dla nich wszystkich chwalebną i nieprzyjemną przyszłość.

                - Skurwiel! Szuja! Gnida! Ścierwo! Kutafon!

                W końcu jednak pan Dżeferson zniknął w drzwiach. Uwaga całej organizacji skupiła się na Jeremiaszu. Tym razem nie miał wątpliwości, co mówić.

                - Jeżeli chce wojny, to będzie ją miał. Tak tego nie zostawimy. Helmut Bartlet wyjdzie na wolność, macie na to moje słowo! - Odpowiedziały mu pomruki poparcia.

                - Jaki jest plan? - zapytała ogolona na łyso dziewczyna, która w organizacji odpowiadała za pi-ar.

                - Wychodzimy.

                - Co? W sensie: stąd?

                - Wychodzimy na ulice. Zobaczymy, kto będzie się śmiał ostatni.

                Zamigotały ekrany smartfonów. Wieść - którą można by nazwać gminną, gdyby nie był to epitet tak rozpaczliwie nie przystający do realiów - pomknęła do setek, a może tysięcy ludzi. I nawet, gdyby jakaś katastrofa odłączyła teraz całą organizację od internetu, to nic już nie mogło się zmienić. Bo wieść zaczęła wracać, a brzmiała teraz: "przyjdziemy".

                I przyszli. Wypełnili całą główną arterię miasta. Olbrzymi tłum. Jeremiasz patrzył na nich, oniemiały. Skąd się wzięły te transparenty? - pomyślał. Wiele osób przyniosło ze sobą ogromne banery, rozciągające się od jednej strony ulicy do drugiej; była na nich twarz Helmuta i różne antypandżefersonowskie hasła. Na kilku - co Jeremiasz przyjął z bezgranicznym zdumieniem - było zdjęcie jego samego i podpis: "na prezydenta!". 

                - Ruszamy - powiedział.

                Rozległy się nawoływania i czoło pochodu ruszyło. Jeremiasz stawał na palcach, ale tyłu nie mógł dostrzec.

                - Uwolnić Bartleta! - zabrzmiało przez megafon. - Wolne wybory!

                "Uwolnić Bartleta" nie bardzo nadawało się do skandowania, dlatego - mimo jednoznacznej wymowy transparentów - cała manifestacja zaczęła domagać się uczciwych wyborów. Były to zresztą sprawy powiązane.

                Jeremiasz ściskał ręce spotykanym w tłumie znajomym. Niektórych poklepywał po plecach. W końcu trafił do niego megafon.

                - Chcemy prawdziwych wyborów! - krzyknął, wzbudzając owację. - Chcemy prawdziwych wyborów, chcemy Helmuta z powrotem i nie cofniemy się przed...

                Urwał. Zatrzymał się. Podobnie jak cały pochód.

                Przed demonstrantami, pośrodku ulicy, stał pan Dżeferson. Cały był zakutany w kompletny policyjny pancerz tak, że zza przeźroczystej przyłbicy widać mu było tylko oczy. On również podniósł do ust megafon.

                - To zgromadzenie jest nielegalne - oznajmił. - Proszę się rozejść. W przeciwnym razie będę zmuszony użyć siły.

                Tłum zamarł. Oznaczało to, rzecz jasna, że się nie rozszedł. Pan Dżeferson odłożył megafon, odpiął od paska gumową pałkę, po czym puścił się pędem w stronę manifestantów.

                Ludzie wpadli w panikę. Rozbiegliby się we wszystkie strony, gdyby nie to, że zajmowali całą szerokość ulicy, a żadnej przecznicy - jak na złość - nie było w pobliżu. Wszyscy w jednej chwili chcieli uciekać do tyłu, zaczęli się więc tratować.

                Pan Dżeferson wpadł pomiędzy ludzi. Rozległy się krzyki. Jeremiasz poczuł na plecach palące uderzenie i upadł na asfalt. Wokół niego zrobiło się nieco luźniej; pan Dżeferson zdołał rozproszyć tłum. Gdziekolwiek nie spojrzałby Jeremiasz, widział kogoś gonionego przez pana Dżefersona, który wznosił pałkę nad głowę. Czasem byli to członkowie organizacji, czasem nie. Wszyscy bez wyjątku wrzeszczeli. Niektórzy padali obok Jeremiasza, a potem obrywali jeszcze kilkukrotnie, już leżąc. Raz za razem pośród tumultu dało się słyszeć świst dosięgającej czyichś pleców pałki.

                Jak się stamtąd wydostali? Jeremiasz nie potrafił powiedzieć. Późną nocą w parę osób dowlekli się do mieszkania dziewczyny od pi-aru. W siedzibie organizacji nie mieli czego szukać. Jeremiasz we własnym domu zapewne także nie. Wycieńczeni i obolali położyli się, gdzie kto mógł.

                Mieszkanie było niewielkie, bardzo ekstrawagancko urządzone. Ściany pokrywały strzępki różnokolorowej tapety. Mnóstwo miejsca zajmowały dziwaczne bibeloty niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia. Jeremiasz pomyślał, że wystrój zbliża się do granicy, za którą kończy się lokum singielki, a zaczyna starej panny. Zaraz jednak przekonał się, że jest w błędzie: wśród niewielu konwencjonalnych ozdób, było także ślubne zdjęcie dziewczyny. Wraz z nieznanym Jeremiaszowi facetem stała przed urzędnikiem stanu cywilnego. Urzędnik uśmiechał się całkiem przyjaźnie; mógłby być nawet uznany za przystojnego, gdyby nie brwi.

                 - Co dalej? - zapytał ktoś przytomnie, co przywołało Jeremiasza do rzeczywistości. A także do bólu obitych pleców, piekielnego zmęczenia i obezwładniającego strachu.

                - Ja... nie wiem - odparł.

                Nikt nie wiedział. Dziewczyna od pi-aru włączyła telewizor.

                - Szanowni państwo, drodzy rodacy. Zapewniam, że wszelkie próby destabilizacji państwa będę zwalczał z całą surowością, mając na względzie przede wszystkim dobro całej naszej wspólnoty, która w przeszłości zwycięsko wychodziła z gorszych prób.

                Jeremiasz zadrżał. Nie dlatego, że dobiegające z telewizora słowa robiły na nim większe wrażenie niż to, czego był świadkiem i uczestnikiem kilka godzin wcześniej; raczej dlatego, że przed oczami znów stanęła mu scena z dzieciństwa. Pomyślał, że przez całe życie słucha właściwie jednego, długiego przemówienia pana Dżefersona.

                Poczuł na ramieniu dłoń dziewczyny od pi-aru. Okazało się, że stał pół metra od telewizora, zaciskając pięści. Wszyscy patrzyli na niego. Znów była to chwila, kiedy powinien coś powiedzieć - i znów za cholerę nic ważnego nie przychodziło mu do głowy.

                Zabrzmiał dzwonek u drzwi. Nie oglądając się na nikogo poszedł otworzyć.

                - Dzień dobry - rzekł pan Dżeferson. Miał czarne okulary i płaszcz z wysoko postawionym kołnierzem. Jeremiasz nie odpowiedział: obejrzał się na telewizor, który wciąż wyświetlał przemówienie. Potem ponownie na pana Dżefersona - nadal tam stał. W odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie wzruszył ramionami.

                - Jestem tu incognito. Bardzo proszę pana o dyskrecję.

                - O dyskrecję? - wykrztusił Jeremiasz.

                - Tak jest. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Dlatego zmuszony jestem podjąć rozmowy.

                - Przecież zaledwie parę chwil temu rozbił pan manifestację! Nadal bolą mnie plecy.

                - Nie będę za to przepraszał. Taki był wymóg chwili.

                Jeremiasz poczuł ochotę, by uderzyć tego człowieka. A może nie tylko uderzyć - może zadusić go tutaj i teraz, rozwiązując wszystkie ich problemy. Mieliby wówczas nowe problemy, ale - jak rzekł wielki pisarz - byłyby to zupełnie inne problemy. Nie zrobił tego jednak.

                - Może pan wejdzie?

                - Wolę nie. Mąż pani Agnes przed pięcioma laty został skazany za kilka przestępstw przeciwko racji stanu. Mogłaby źle znieść moją obecność.

                - Chce pan powiedzieć, że pan go skazał.

                - W imieniu państwa, ale w zasadzie tak. Proszę posłuchać. Spotkajmy się jutro w Zamku. Spróbujemy opanować ten bałagan, zgoda? - rzekł koncyliacyjnie i odszedł, nie czekając na odpowiedź Jeremiasza.

                - Kto to był? - zapytali go, kiedy wrócił do pokoju. Przemówienie już się skończyło.

                - Jakiś oszołom - odparł.

                Następnego dnia obudził się przed wszystkimi, właściwie zanim jeszcze wzeszło słońce. Ciemnymi ulicami - lampy z niewiadomego powodu wyłączono - podążył do Zamku. Nie była to warownia w sensie ścisłym, zwykło się tak po prostu nazywać rezydencję prezydenta.

                Przy bramie stał żołnierz na warcie. Mundur leżał na panu Dżefersonie jak ulał.

                - Jestem - powiedział mu Jeremiasz. - Czego, do cholery, pan chce ode mnie?

                Wartownik, wyprężony jak struna, odpowiedział kącikiem ust:

                - Nie tutaj. Porozmawiamy w środku.

                Więc Jeremiasz posłusznie uchylił sobie ogromne wierzeje i wślizgnął się do środka. Nie był w Zamku nigdy wcześniej, ale powszechnie wiedziano, że gabinet prezydenta znajduje się na najwyższej wieży. Po paru minutach błądzenia odnalazł schody i wspiął się na górę.

                Pan Dżeferson siedział za biurkiem bez najmniejszych śladów niewyspania, choć słońce dopiero wstawało.

                - Bardzo się cieszę, że pan przyszedł. Proszę, niech pan usiądzie.

                To mógłby być mój gabinet - pomyślał Jeremiasz, siadając.

                - Zgodziłem się na to spotkanie, ale nie widzę pola do porozumienia tak długo, jak pałuje pan uczestników pokojowych zgromadzeń - powiedział bardziej butnie, niż planował. Brwi pana Dżefersona jakby się nastroszyły.

                - Myślałem, że zdał pan sobie wczoraj sprawę, że nie możecie stawiać mi żądań - rzekł swoim aksamitnym głosem. Po raz pierwszy w życiu Jeremiasz usłyszał w nim groźbę. Pomimo tego odparł hardo, czując już jednak, że cała konwersacja nie skończy się dlań dobrze.

                - Panu? Czy państwu?

                Pan Dżeferson machnął ręką jakby odpędzał natręta.

                - A jednak... postanowiłem zgodzić się na wolne wybory.

                - Wolne dla kogo?

                - Dla wszystkich. Ale nie prezydenckie, tylko parlamentarne. Pańska organizacja będzie mogła wystawić kandydatów jak wszyscy.

                Jeremiasz przez chwilę szukał logiki w postępowaniu pana Dżefersona. Nie znalazł jej lub może nie potrafił przeniknąć.

                - Co z Helmutem?

                Pan Dżeferson pokręcił głową ze smutkiem.

                - Helmutowi Bartletowi postawiono poważne zarzuty. Zostanie osądzony zgodnie z prawem. Nic, naprawdę nic nie mogę zrobić.

                "Niech pan nie opowiada bzdur!" - takie słowa już niemal wyszły z ust Jeremiasza. Niewiele zabrakło, a trzasnąłby drzwiami. Ale czy można ryzykować losy rewolucji dla jednego człowieka? - zapytał sam siebie. Równocześnie, ale dużo głębiej w duszy, ujrzał kogoś innego w fotelu pana Dżefersona. Toteż niczym nie trzasnął, tylko grzecznie wyszedł i udał się do siedziby organizacji, gdzie nie zauważył nikogo, kto obserwowałby wejście.

                Przez następne miesiące Jeremiasz sypiał mało, pracował dużo, bywał wszędzie. Nie mieli żadnych problemów z rejestracją swoich kandydatów; wręcz przeciwnie, pan Dżeferson był bardzo uprzejmy, kiedy przyjmował wymagane dokumenty. Przygotowali kampanię, jakiej kraj wcześniej nie widział.

                Nadszedł dzień głosowania. Jeremiasz udał się do urny bardzo wcześnie tak, że w lokalu nie było nikogo prócz niego i pana Dżefersona. Zamienili kilka niezobowiazujących słów. Jeremiasz odnalazł na liście kandydata organizacji i popędził do jej siedziby. Nie dlatego, żeby mógł jeszcze cokolwiek zmienić, ale dlatego, że nie mógł być nigdzie indziej.

                W miarę jak zbliżała się dwudziesta pierwsza, wszyscy porzucali swoje kąty i gromadzili się wokół Agnes, której smartfon raz po raz podrygiwał, powiadamiając o odebraniu wyników z kolejnego zakątku kraju. Jeremiasz wprowadzał te dane do komputera, żeby wyświetlić na ekranie słupki z procentowym poparciem i prawdopodobny podział mandatów.

                Dwa największe słupki miały porównywalną wysokość. Z każdą kolejną porcją wyników jeden albo drugi zyskiwał przewagę. W końcu oba stanęły na tym samym poziomie i nie chciały drgnąć.

                - Jeszcze jeden okręg - szepnęła Agnes. W tej chwili jej komórka zawibrowała. Spojrzała na wyniki i bez słowa podała telefon Jeremiaszowi.

                - Tak! - wrzasnął. - Tak!

                Wybuchło szaleństwo.

 

***

 

Złożyło się tak, że inaugurację obrad nowego parlamentu Jeremiasz musiał obejrzeć w telewizji; dopadła go infekcja albo coś takiego. Dowlókł się co prawda do siedziby organizacji, ale tam niemal zemdlał, więc rad nierad włączył telewizor. Było z nim kilka osób, a on ze zdumieniem stwierdził, że to niemal ta sama grupa, z którą skrył się w mieszkaniu Agnes w wieczór po manifestacji. Poczuł się całkiem zadowolony.

                - Helmut byłby szczęśliwy, gdyby był z nami - rzekł ktoś i dobry nastrój Jeremiasza prysł. Nic nie odpowiedział.

                - Zaczynamy transmisję z rozpoczęcia nowej kadencji parlamentu - oznajmiła prezenterka. - Przewodniczy pan Dżeferson.

                - On kandydował? - mruknęła Agnes. Jeremiasz uciszył ją machnięciem ręki. Obraz przeniósł się na salę obrad, zatrzymując się na przewodniczącym.

                - Proszę deputowanych o składanie ślubowania.

 

                A kiedy kamera obróciła się ku ławom i pokazała pierwszego z posłów, którzy mieli ślubować, Jeremiasz zobaczył - i zauważał to za każdym razem, kiedy kadr zatrzymywał się na czyjejś twarzy - że twarz deputowanego jest inteligentna, dobroduszna, ale o brwiach zbyt krzaczastych, by dało się ją nazwać przystojną. Natomiast głos, który składał ślubowanie, również był bardzo przyjemny, zaś znaczenie słów - oczywiste. 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.