Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Włodzimierz Wielgosz SZAL W KOLORZE TURKUSU

Na początku był chaos. Dopiero z niego wyłoniła się bezkształtna plama. Dojrzał ją z daleka. Raz zdawała mu się niebieska, a raz zielona. Potrzebował przejść jeszcze dobrych parędziesiąt metrów, co rusz przeskakując przez kałuże, by ostatecznie uznać ją za turkusową.

Park po wichurze wyglądał jak po przejściu ruskich wojsk. Mimo połamanych drzewek, porozrzucanych gałęzi i liści, szedł przed siebie, nie spuszczając oczu z turkusowej plamy, aż ta nabrała konturów, które nazwał kobiecymi. Jeszcze kilka susów między rwącymi strumyczkami i pojawił się dźwięk. Był tak inny od dźwięków samochodów pochodzących z pobliskiej ulicy. Brzmiał jak piosenka w nieznanym języku. Nie wyławiał jeszcze słów, ale czuł jego ton. Nazwał go turkusowym. Jeszcze parę poślizgnięć na mokrych liściach i w dźwięku pojawiły się słowa. Były jak huragan, co zrywa dachy, jak wiatr co obala drzewa, jak burza co dopiero przeszła. Też nie wiedział jak je nazwać, ale turkusowe dobrze pasowały.

Przeszedł nad zwaloną gałęzią i już widział jak na dłoni. Siedziała na mokrej ławce, w długiej turkusowej sukni, w zielonych butach i w niebieskiej chustce. Nawet go nie zauważyła. Przez telefon wyszeptała: "Tak bardzo za tobą tęsknię". Minął ją. Za plecami padły kolejne huraganowe słowa: "Bardziej niż kiedykolwiek". Oddalał się nieśpieszne, aż słowa się rozmazały. Ogarnęły go hałasy samochodów z głównej ulicy. Wyszedł z parku. W oczach pozostał mu turkusowy kolor, a w uszach wciąż dźwięczały turkusowe słowa. Zatopił się w miasto.   

Poza tą krótką chwilą wszystko inne dziś było przytłaczająco biało-czerwone. Błoto spływające ciężką strugą przez ulicę, miało kolor rdzy, a chmury płynące nad głową były śnieżnobiałe.   

Minął kolejne zwalone drzewo oparte o liny wysokiego napięcia i poszedł w kierunku kiosku. Zza chmury wyszło niskie słońce, padło na przeciwdeszczowe kurtki, a te zabłysły. Odniósł wrażenie, że patrzy na świetliste gwiazdy na czarnym, asfaltowym nieboskłonie, które układały się w gwiazdozbiór kolejki. Najjaśniejsze ciało tej konstelacji stało na samym jej końcu. Wyróżniało się energią, którą wokół siebie roztaczało, jak i niezwykłym odzieniem. Inne gwiazdy, ubrane w kurtki, odpychały się nawzajem, a ta przeciwnie, nie dość, że odziana w białą koszulkę i czerwone spodnie, to jeszcze grawitowała w ich kierunku.   

Podszedł bliżej. Supergwiazda okazała się mężczyzną z sumiastym wąsem, ubranym w ciuchy, które były dopasowane do ciała, ale zdaje się w meczu, gdy ostatni raz świętowaliśmy sportowe tryumfy. Z bliska koszulka już nie była biała, a kremowa, wylewały się spod niej jak i między guzikami, fałdy tłuszczu, a niedopięte, pękające w szwach, wypłowiałe spodnie, wcale nie były czerwone, lecz w kolorze niedojrzałej pomarańczy.

 

- Za czym tyle ludzi? - zapytał sumiastą gwiazdę ubraną w podróbkę flagi narodowej.

- Jak to za czym? Za bateriami... To skandal, nasi po latach w finale, za chwilę transmisja, a tu w całym centrum prądu ma nie być.

-  Czy pan ostatni?

- Wskakuj chłopcze.

'Chłopcze', jak dziwnie to zabrzmiało. Prawda, wciąż wyglądał młodo, był szczupły, o ciemnych gęstych włosach, jednak na uczelni nazywali go panem doktorantem, koledzy mówili do niego Franek, a tu, w kolejce, był chłopcem.  

Wyciągnął zeszyt, coś w nim zapisał i umiejscowił się za mężczyzną z wąsem.

- Student? - kremowa koszula się napięła, realnie grożąc wystrzałem guzika.- Nie rozumiem po co wam te studia. I tak nie ma dla was pracy. Gdybym był w waszym wieku, nie siedziałbym ani dnia w tym chorym kraju.   

Dziwne wyznanie - popatrzył na wąsacza opiętego w patriotyczne kolory, wciąż nie mogąc przestać myśleć o trzeszczących guzikach.

- I tak zostanie wam zmywak. Ja tam żadnych szkół nie kończyłem, a sam się wszystkiego naumiłem.

Przez chwilę poczuł pokusę, by go poprawić. Odpuścił. W zamian schował ręce do kieszeni i zrobił krok do tyłu, przez co jeszcze bardziej zaburzył i tak już nietypową linię kolejki.

- Młody jesteś, głupi. Słuchaj się starszych, mądrzejszych, lepiej na tym wyjdziesz. 

Chyba myślał o sobie, bo nabrał powietrze i się naprężył. Tak naprawdę wszystko czego teraz pragnął, to nie zostać trafiony guzikiem w oko, co nie było takie proste, bo ten ruszał się jak flaga na wietrze, a ciężko było przewidzieć ewentualną trajektorię pocisku.   

By zmniejszyć ryzyko, stanął do rozmówcy bokiem. Ten widocznie odczytał to za gotowość na przyjęcie głębszej mądrości, bo ściszył głos, rozejrzał się dookoła i powiedział:

- Ale dobrze robisz. W kupie siła, musimy ich oszukać.

- Słucham? - odniósł wrażenie, że coś przegapił.

- No Tuska i tego drugiego, tego łysego, no wiesz... Musimy ich oszukać. To wszystko przez nich - i tu wskazał na spływające błoto i gdzieś w dali leżące drzewo wsparte o linie energetyczne.  

Rozejrzał się i bardziej ściszył głos.

- To spisek. Żydzi dopadli do koryta i takie mamy porządki... Finał, chłopcze, finał po latach, a tu prądu ma nie być i to dokładnie w tej samej godzinie co mecz. Czy to przypadek?  

Student wychylił się i popatrzył na początek kolejki. Co ona tak wolno idzie?

- Ale my sobie poradzimy, nie damy się komunie, wyciągniemy stare telewizory na baterię i rozwalimy układ. Obaliliśmy Ruska, obalimy i Tuska, dobrze mówię, no nie.   

Co ta kolejka tak się ślimaczy? - chłopak coraz szybciej stukał palcami w torbę.  

Obok kiosku przechodziła grupa kibiców. Wszyscy od stóp do głów ubrani w kolory bieli i czerwieni. Wyglądali jak rycerze wracający z bitwy, w której ponieśli sromotną klęskę. Przygarbieni, ciągli nogę za nogą, długie, biało-czerwone, rozmiękłe od kałuż flagi, zwisały z pleców jak peleryny, na głowach niby hełmy mieli czapki z orłami, a z kieszeni wystawały butelki, które do złudzenia przypominały trzonki od mieczy.   

Flaga z sumiastym wąsem wyciągnął trąbkę i zadął w nią tak głośno, że aż go zamroczyło. W głowie poczuł silny ból. Co to za diabelna trąba ? zdążył pomyśleć, gdy ten ryknął do przechodzącej grupy: "Naaasi zywcięęężą!".   

Grupka się ocknęła, popatrzyła o co chodzi i niezbyt przekonanym głosem zaśpiewała "Polska, biało czerwoni..." Po chwili przerwali i znów przemienili się w pobitych rycerzy. Spuścili głowy i oddalili się w miasto, wprost, chodnikiem spływającym czerwonym błotem, mając za drogowskaz białe krawężniki.   

Przez piętnaście następnych, kolejkowych minut student dowiedział się wszystkiego o błędach w polityce, gospodarce i ekonomi, gdzie kto kradnie i jak naprawić nasz kulawy i patologiczny kraj. Nie wszystko do niego dochodziło, bo w głowie wciąż dźwięczał mu odgłos trąby. Może i dobrze. W końcu stanął przed okienkiem.

- Sześć baterii R-16 proszę.

- Nie ma.

- Jak to? Ten pan przede mną kupił.

- To były ostatnie.

Popatrzył na zegarek. Zostało czterdzieści minut. Słońce robiło się czerwone. Zmierzchało. Gdzie ja teraz baterię kupię? Ściągnął czapkę i zaczął ją miętosić w dłoniach - Market - przeszło mu przez głowę - tam mają wszystko i całodobowo.   

Ruszył chodnikiem z białej kostki, obok czerwonej, tej dla rowerzystów, przeszedł przez biało-czerwone pasy i razem z czerwonym błotem popłynął w kierunku białego jak góra lodowa marketu.   

W środku również było biało-czerwono. Co tam również, szczególnie tutaj. Koszulki, trąbki podobne do tej, którą został zamroczony, flagi narodowe, w każdym rozmiarze, na patyku i na kiju, szale, czapki, szelki, grzechotki i kubeczki. Informacje dla niezorientowanych, że wygramy i że jesteśmy najlepsi. Wszystko biało-czerwone. Przedzierał się przez ten patriotyczny gąszcz, aż trafił na dział z bateriami.   

Były, ile chciał i jakie chciał. Wziął cztery opakowania i poszedł do kas. Tylko dwie czynne. Przy jednej cztery, a przy drugiej pięć osób. Jako że każda kolejka dąży do równowagi, by ją zachować, uzupełnił brakujący element, stanął w tej z czterema.   

Zlustrował stojących. Z przodu kobieta po trzydziestce, spodnie, marynarka, krótkie włosy, na palcach biało czerwone tipsy, za nią emerytka, dalej matka z chłopczykiem w białej czapeczce, a przed nim małżeństwo. Koszyki raczej skromne, nienapchane, szybko pójdzie. Tylko ta z przodu miała pełny wózek, ale już kody przeskanowane, pozostało zapłacić.     Teoretycznie. Marynarka sobie tylko znaną logiką, wpierw postanowiła wszystko spakować, a dopiero potem uiścić należność, paraliżując płynność kolejki.   

Popatrzył na zegarek. Zostało dwadzieścia pięć minut. Przeniósł wzrok na kolejkę ? gotowa do obsłużenia, na sprzedawczynie ? gotowa do kasowania, na panią po trzydzieste ? odniósł wrażenie, że na marynarce pojawia się litera 'S', a kobieta przemienia się w superkobietę o supermocach. Najwyraźniej posiadała niezwykły dar, który wymazywał z jej świata wszystkich ludzi. Zapewne nabyła tę supermoc w jakieś superfirmie, w której była kimś superważnym ? pomyślał ? przecież takie firmy rozdają takie moce z chęcią i bez umiaru. Zaczęła pakować. Moce rosły. Pomału, bez pośpiechu, marcepan, wykałaczki, jeden towar po drugim, do pierwszej reklamówki, aż po sam wierzch. Pomału bez pośpiechu, dietetyczny chleb, pączki, jeden towar po drugim do drugiej reklamówki, aż po sam wierzch. Pomału, bez pośpiechu, wino, ryba, jeden towar po drugim do trzeciej reklamówki, aż po sam wierzch. Pomału bez pośpiechu, kawa, likier, jeden towar po drugim do czwartej reklamówki, aż po sam wierzch...

- Mamo, dlaczego ta pani tak długo pakuje? ? chłopczyk w białej czapeczce wyartykułował to o czym wszyscy tylko myśleli.

- Cicho Jasiu.

- Dlaczego cicho? Dobre pytanie. To jakieś JAJA - nie wytrzymał mężczyzna stojący za mamą z dzieckiem. Na twarzy był czerwony jak papryka, którą miał w koszyku.
Ostanie słowo powiedział tak głośno, aż wywołał echo. Jeszcze przez kilka sekund między regałami rozchodziło się coraz cichsze 'Ja'.  

Student popatrzył na superkobietę. Objawiła kolejną supermoc. Stała się zupełnie głucha na hulające między półkami słowo 'ja'. Najwyraźniej nie tylko wzrok miała wybiórczy, ale i słuch, który wedle woli dostrajała do interesujących ją fal dźwiękowych.   

I znów dalej, pomału, bez pośpiechu, kukurydza, żółty ser, jeden towar po drugim, do piątej reklamówki, aż po sam wierzch. Pomału, bez pośpiechu, szpinak, brokuły, jeden towar po drugim do szóstej reklamówki, aż po sam wierzch. Ufff, w końcu się udało. Sprawa dojrzała do zapłaty. Ale przecież jeszcze trzeba znaleźć portmonetkę. I od początku, w pierwszej przegrodzie markowej torebki, w drugiej przegrodzie markowej torebki, w trzeciej przegrodzie markowej torebki...

- Mamo, długo jeszcze?- dziecko coraz bardziej się niecierpliwiło.

Matka nie odpowiedziała, za to żona czerwonego jak papryka mężczyzny wysyczała przez zęby:

- Chyba nerwicy tu dostanę.  

Zdaje się nie żartowała, bo drgała jej powieka, a palce wygięły się w szpony. Dla kontrastu do czerwonego męża była biała jak ser. Chciała coś dorzucić, ale portmonetka się znalazła. Superkobieta, zręcznie poruszając biało-czerwonymi tipsami, zaczęła szukać karty.   

W pierwszej kieszonce portmonetki, w drugiej kieszonce portmonetki, w trzeciej kieszonce portmonetki...   

Czas topniał jak śnieg w maju, twarze małżeństwa nabierały coraz intensywniejszych kolorów produktów - papryka była już purpurowa, a ser uzyskał świetlisty odcień bieli... ale... .jest, znalazła się. Jest karta. Wyciągnęła ją i podała kasjerce.

- Proszę podać PIN - powiedziała sprzedawczyni.

Na wyświetlaczu nie było żadnej reakcji.

- Może pani powtórzyć.

Znowu nic.

- Przepraszamy, coś nie tak. To przez tę burzę. Ma pani gotówkę?

Kobieta podała dwustuzłotowy banknot.

- A nie ma pani drobnych? - przeraziła się sprzedawczyni.

- Nie.

- To mamy problem... Może ktoś z państwa ma rozmienić?

- Ja mam - zaoferowała się starsza pani.

To dziwne - pomyślał student - tym bardziej, że w koszyku miała tylko mleko i pomidora. Z płóciennej siatki, dobyła stary, pękający w szwach portfel. Gdy położyła go na ladzie uderzył jak kamień spadający na metalowy blat. Otworzyła go i wysypała całą lawinę drobniaków. Po tym dźwięku, starsza pani również zamieniła się w superbohaterkę, ze specjalną supermocą - superdrobniakami.   

Ekspedientka się uśmiechnęła, a kolejka zamarła z przerażenia. Chyba nie będzie tego liczyć? - student spojrzał na zegarek. Zostało dziesięć minut.

- Kochanieńka, jak pani chce, mam tego więcej - superemerytka z siatki wyjęła foliowy worek pełen biało-czerwonych monet. Zadźwięczało, biel zmieszała się z czerwienią. Supermoce rosły.

- Trzymaj mnie Halinka, bo nie wytrzymam - papryka był czerwony, jakby miał dostać zawału.

- Nerwicy tu dostanę, jak nic zejdę tu na nerwicę - powtarzała ona, biała, jakby miała dostać wylewu.   

To było zdecydowanie za dużo dla jednego studenta. Powoli wypuścił powietrze jak piec wypuszcza nadmiar pary by nie eksplodować. Ten biało-czerwony szlak to nie dla mnie - pomyślał - to dobre dla jakichś wysokogórskich kozic. Zerknął na kolejkę obok. Tam stały już tylko trzy osoby i wyglądało na to, że nie było nikogo z supermocami. Zdezerterował.   

Ekspedientka w kasie obok miała na koszulce napis "Joanna. Uczę się". Może i się uczyła, ale dobrze jej szło. Po chwili był już pierwszy. Jeszcze chwila i będzie w domu z upragnionymi bateriami, gdy ta oznajmiła:

- Skończyła się rolka. Pierwszy raz będę zmieniać, to mi trochę zejdzie. Jak pan się spieszy, to proszę przejść do kasy obok.   

Spojrzał na kolejkę z której dopiero co się wymknął. Tam dalej trwał kryzys. 

Małżeństwo już nie mówiło, a krzyczało, starsza pani skądś wyciągnęła dodatkowe drobniaki, a dziecko miało nowy zestaw pytań:

- A czemu tej pani tak oko lata? A czemu ten pan jest taki mokry? A czemu...?

W superkobiecie coś zaczęło pękać. Najwyraźniej połączone moce dziecka, emerytki i małżeństwa zaczynały przeważać nad jej supermocami.

- Może się pani pośpieszyć? - ponagliła sprzedawczynie, co widocznie nie pomogło, bo ta podniosła wzrok i odpowiedziała.

- No i pomyliłam się. Proszę do mnie nie zagadywać, gdy liczę. Muszę zacząć od początku...

I gdy wydawało się, że cały sklep eksploduje, a ludzie skoczą sobie do gardeł, nastała ciemność... Wszyscy zamarli.   

Po chwili, w głębi marketu, pojawiło się światełko, a za nim wyłonił się ochroniarz. Świecił latarką i oznajmił:

- Awaria prądu. Proszę zostawić produkty i opuścić sklep.

Wyszedł na dwór. Nastała noc. Wokoło nie świeciła ani jedna lampa. Teraz to już nigdzie baterii nie kupię- pomyślał. W ciemności usłyszał męski głos- 'To jakieś JAJA'. Zanurzył się w mrok, a słowo 'ja' wwiercało mu się w czaszkę. Towarzyszyło mu do samego osiedla.   

Przed blokiem oślepił go biały snop światła. Zasłonił ręką oczy. Światło zbliżało się coraz szybciej i widocznie celowało w jego skromną osobę. Serce mu stanęło. W ostatniej chwili uskoczył. Samochód minął go o centymetry. Dla odmiany zobaczył czerwone światła stopu. Biel zmieszała się z czerwienią, a przerażenie ze strachem. Kierowca wyskoczył z samochodu i powiedział:

- Nieźle cię nastraszyłem, co młody?   

Rozpoznał sąsiada. W ręku dzierżył niewielki karton. Ukradkiem zerknął do środka. Po sam brzeg, równiutko, jedna obok drugiej leżały baterie i to takie jak należy, R-16. Popatrzył na nie zazdrośnie nie mogąc odlepić od nich oczu.

- Dobry wieczór. Ale mnie pan przestraszył.

- Dla kogo dobry dla tego dobry.

- Widzę, że pan się nieźle zaopatrzył. Nie sprzedałby pan ze dwie?

- Nie przewidzieliśmy awarii, co?

- Wie pan, ciężko coś takiego przewidzieć.

- Ja jakoś mogłem. Co jest nie tak z waszym pokoleniem? Rozwydrzone to i takie nieporadne. Ja to w pana wieku ze spinacza samochody robiłem. A wy wszystko pod nos i nawet baterii sobie nie kupi?

-To sprzeda pan?

- Paczkę za setkę.

- Słucham? Bardzo drogo...

- Jak tam chcesz, ale mecz już się zaczął.

Lżejszy o połowę stypendium otworzył drzwi do kawalerki. Trudno, najwyżej jakoś nie dojem - pomyślał ? najważniejsze, że są baterie. Po omacku wyciągnął z szuflady turkusowy szal i wszedł do ciemnego pokoju. W jedynym pomieszczeniu, w miejscu, gdzie zwykle stoi telewizor, między kabelkami i elektroniką, stało popiersie plastikowego manekina kobiety.   

Duże oczy, w których były zamontowane żaróweczki, patrzyły martwo, a w ustach milczał ukryty głośnik. Włosy długie, blond, spływały kaskadami i kończyły się na blacie stołu. Niemodna koszulka opinała krągłe kształty. Z dołu wychodził kabel, który kończył się w gniazdku z prądem, którego teraz nie było.   

Student obrócił manekina i otworzył klapkę na wysokości szyi. Wyciągnął stare, zużyte baterie, a na ich miejsce dodał nowe, wprost od sąsiada. W oczach pojawił się blask, a z ust dobiegł kobiecy, metaliczny głos.

- Witaj mój drogi.   

Obrócił manekina przodem do siebie i spojrzał w świecące, zielone oczy.

- Witaj Julio. Wreszcie jesteś - odetchnął z ulgą. Pierwszy raz tego dnia się rozluźnił.

- Potwierdzam, przez chwilę mnie nie było.

- To ostatni raz, obiecuję. Już więcej do tego nie dopuszczę.

- Dziś przyszedłeś później. Czy coś się stało?

- Nic takiego. Mam dla ciebie prezent.

Wyciągnął turkusowy szal i obwiązał jej szyję.

- Podoba ci się?

- Jest bardzo... ładny. Dziękuję. Jesteś taki wyjątkowy...   

Jeszcze raz obrócił maszynę i z miejsca poniżej szyi, tuż pod szalem, wyciągnął mały krystaliczny monitor z przytwierdzoną do niego klawiaturą. Wszedł do pliku "Przywitania", wyciągnął z torby zeszyt i przepisał do komputera zdanie. Dał polecenie ? "Zapętlenie" i nacisnął "Enter".   

Z głośnika dobiegł głos:

- Tak bardzo za tobą tęsknię. Bardziej niż kiedykolwiek... Nigdy Cię nie zostawię.   

Usiadł na krześle i po ciemku wsłuchiwał się w słowa. Nie słyszał ich metaliczności, ani monotonii, nie słyszał cyfrowych przetworników, ani szumów, przeciwnie, zdały mu się turkusowe: niebieskie i zielone, z nieznaczną przewagą zieleni.   

Czuł jak spływa z niego cała biel z czerwienią, jak przestaje go od tej cholernej trąby boleć głowa, jak ustępują nerwy, jak odpływa strach, jak wraca godność, jak otula go spokój, jak nabiera wartości... W dłoni kurczowo trzymał zapasową parę baterii, a w duszy się modlił by wystarczyły do czasu, aż przywrócą zasilanie. Czuł, że jest mu dobrze. Turkusowe słowa go kołysały, muskały, pieściły... Czasem na końcu zdania odpowiadał: "I ja za Tobą tęsknię. Bardziej niż kiedykolwiek."

 

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.