Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Agnieszka Cieślak GEDEON

-        Ja polityką się nie zajmuję. Rodzinę na utrzymaniu mam. Pełny gar, sucha chałupa to moja polityka. I żeby mi baba nie zrzędziła, że dzieckom smary u nosów wiszą, to i o portki wystarać się dla nich na zimę muszę.

-        Od napaści kraj cały cierpi, to myślisz, że twoje ominie?

-        Niech szkolone barzej staranie o  Matuchnę mają. A bo ja to munki z mojego im nie dał? Ileć to? Nie dalej jak na paschalne żym do stolicy kasztanką zawiózł. Babie i dzieckom odjąłem!

-        Patriota to i krwi Matuchnie nie odmówi, a ty mąkę wypominasz.

-        Ty mi, Byniu, o patriotach nie gadej! Bo wszystkie wiedzą, żeś Midiańczykowi córkę chciał dać.

 -        Dać nie chciałem. Ona iść za niego chciała, bo to książę był. Ale tego nie wspominaj, bo dawnoć było. Przed najazdami jeszcze.

Włodzimierz Wielgosz SZAL W KOLORZE TURKUSU

Na początku był chaos. Dopiero z niego wyłoniła się bezkształtna plama. Dojrzał ją z daleka. Raz zdawała mu się niebieska, a raz zielona. Potrzebował przejść jeszcze dobrych parędziesiąt metrów, co rusz przeskakując przez kałuże, by ostatecznie uznać ją za turkusową.

Park po wichurze wyglądał jak po przejściu ruskich wojsk. Mimo połamanych drzewek, porozrzucanych gałęzi i liści, szedł przed siebie, nie spuszczając oczu z turkusowej plamy, aż ta nabrała konturów, które nazwał kobiecymi. Jeszcze kilka susów między rwącymi strumyczkami i pojawił się dźwięk. Był tak inny od dźwięków samochodów pochodzących z pobliskiej ulicy. Brzmiał jak piosenka w nieznanym języku. Nie wyławiał jeszcze słów, ale czuł jego ton. Nazwał go turkusowym. Jeszcze parę poślizgnięć na mokrych liściach i w dźwięku pojawiły się słowa. Były jak huragan, co zrywa dachy, jak wiatr co obala drzewa, jak burza co dopiero przeszła. Też nie wiedział jak je nazwać, ale turkusowe dobrze pasowały.

Włodzimierz Wielgosz, DŻINN

Zwali go Dżinn i to wcale nie dlatego, że niczym duch arabski, był silny, mądry i dostojny. Przeciwnie, Dżinn był słaby jak dziecko zbłąkane w najciemniejszym z lasów, w czasie najgęstszej z mgieł. Ksywka również nie wzięła się stąd, że spełniał trzy życzenia. O nie, Dżinn przez całe czterdzieści pięć lat swojego życia nie spełnił ani jednego życzenia, nie zrealizował żadnych pokładanych w nim nadziei, ani własnych, ani cudzych. Nie spełnił oczekiwań pijanego ojca, wiecznie znerwicowanej matki, krzykliwej  przedszkolanki, poirytowanej nauczycielki, zgorszonego katechety, oburzonego sędziego, gburowatego pracodawcy, ani wiecznie gderliwej żony.

Agnieszka Cieślak TARNEJ

Tarneja znali wszyscy. Był karczmarzem w jednej z dwóch gospód w miasteczku. Druga gospoda należała do Grubego Koo; nie warto o nim wspominać. Ni o jego karczmie. Za to pieczone gęsi i mamałyga u Tarneja - to było coś. Któregoś zimowego dnia miasteczko odwiedziło dwóch takich. Krzywe gęby, że aż niemiło. Co wrażliwsi bali się nawet przyglądać. Tarnej, jak to Tarnej - chłop niczym dąb, nikogo się nie boi, wszystkim śmiało w oczy patrzy, ale obcych nie lubi.

- Ta, może i są - odburknął grubym głosem, gdy tamci spytali o wolne pokoje, po czym odwrócił się i zabrał do faszerowania gęsi.

- Gospodarzu, mielibyście więcej szacunku do gości - powiedział wyższy z przybyłych.

Włodzimierz Wielgosz ZWYCIĘSTWO

Na dworze wiał zimny wiatr. Wszedł do banku. Przywitał go chłód inny niż ten w centrum starego miasta, chłód formalności, biurokracji i marmurów. Ręce wsunął głęboko w kieszenie długiego płaszcza, o wiele za długiego jak na tę porę roku. Lewa kieszeń prochowca nieudolnie kryła przedmiot kształtem przypominający małą strzelbę.

Przed nim stała długa, nerwowa i przeskakująca z nogi na nogę kolejka.

Ruszył w kierunku okienka z napisem "Wypłaty". Starsza kobieta, zamykająca ogonek, gdy go dojrzała, otworzyła usta i cofnęła się. Przywitał ten gest z obojętnością.

Następny krok i już minął jegomościa w garniturze. Ten spuścił wzrok ku ziemi, usilnie starając stać się niewidzialny.

Jeszcze dwa kroki, następna kobieta, tym razem młodsza, w dżinsach i różowej koszuli, na jego widok zamarła w przerażeniu. Zbladła i tak szeroko otworzyła oczy, że niemal mógł się w nich przejrzeć.

O jak dobrze znał te reakcje, chyba wszystkie możliwe, pojedyncze jak i ich liczne konfiguracje. Od dawna nie robiły już na nim wrażenia, jak na człowieku żyjącemu w Afryce nie robią wrażenia lwy i krokodyle. Wyrósł nimi otoczony. Tak, to prawda, nie dziwił się im, ale i też nie zobojętniał. Kiedyś zdawało mu się, że tak, że już mu wszystko jedno, ale dziś na nowo czuł jak oceniający wzrok wypala mu ciało, jak z każdym kolejnym krokiem odczuwa jego ciężar, jak odciska piętno w jego duszy.  

Z drugiej strony czemu się dziwić? Doskonale wiedział, jak wygląda. Wielokrotnie połamany nos, płaski jak naleśnik, nigdy już nie zrósł się jak należy, niezliczoną ilość razy połamane kości policzkowe nie zostały należycie zrekonstruowane, a usta tak często opuchnięte wyglądały na zacięte i wiecznie wściekłe. No i te łuki brwiowe, tyle razy popękane, że zamiast brwi pozostała jedynie różowo-szara skorupa. To wszystko nie tworzyło sympatycznego widoku, o nie, więc i dziwić się tym reakcjom nie miał powodu.

Agnieszka Cieślak KERING

Dopadłam do Keringa.

- Jest! Jest tam po drugiej stronie. Jeszcze chwila i znów go zgubimy.

Kering wystrzelił linkę. Zapiął karabińczyk przy pasie.

- Nie tym razem. Czekaj.

Pomknął przed siebie ponad wodą. Usłyszałam jak zaklął przy lądowaniu. Zgryzłam wargę. Żeby się udało, żeby się udało, powtarzałam w myślach. Ciemna postać Keringa zniknęła w wśród drzew. Minęła minuta. Dwie. Na próżno próbowałam wypatrzeć jakiś ruch na wyspie. Usiadłam. Wstałam, przeszłam kilkadziesiąt metrów wzdłuż brzegu. Znów usiadłam. Ściemniło się i wkrótce nie mogłam wyłowić wzrokiem nawet zarysu drzewa, przy którym wylądował Kering. W wiosce, leżącej na wschód od miejsca gdzie czekałam, zapalono pierwsze pochodnie. Ich majaczący na falach blask przyciągał mój wzrok. Fale nasiliły się. Po chwili usłyszałam plusk wioseł. Schowałam się wśród trzciny. Łódź podpłynęła bliżej.

Włodzimierz Wielgosz KOSMOGONIA

Na początku nie było nic, jedynie drzewo unosiło się w przestworzach. Nie wiadomo ile miało lat, ani jakie mogło posiadać rozmiary. Nie było wtedy jeszcze punktów odniesienia, według których można by to sprawdzić - żadnych kształtów, czasowych wartości czy wielkości. Istniało tylko to drzewo - prastare, ogromne, majestatyczne, mądre.

Drzewo to, jak i u ziemskich drzew bywa, posiadało liście bujnie rosnące na całej jego  koronie. Głupcem byłby ten, kto by doszukiwał się koloru żółtego, zielonego, pomarańczowego, brązów czy jakichkolwiek innych barw, których różnorodność tak często my, ludzie - proch tej ziemi, widujemy w różnych częściach globu, o różnych porach roku. Były to liście ze szczerego złota, z żywego srebra i z czułej jak ciało miedzi.

Agnieszka Cieślak CHWILA PRAWDY

                Kapitan Jurdyński przyleciał do bazy na Vertanie trzy tygodnie temu. Przez pierwsze dwa dni prawie nie opuszczał ćwiczebnej kapsuły. Przechodził dodatkowe testy. Musiał wszystkie zdać, bo trzeciego dnia w dyspozytorni zabrzęczał komunikator.

                 Czytnik trzykrotnie zeskanował moje linie papilarne zanim zapaliła się zielona dioda informująca o otwartym dostępie do wiadomości. Ktoś, kto projektował to urządzenie nie wykazał się zbyt dużą wyobraźnią. Co by było, gdybym całkiem stracił palec? Dzień wcześniej chłopaki znaleźli gniazdo. Przynieśli jedną poczwarę na pokaz. Mogła mieć najwyżej pięć dni. To maleństwo zostawiło mi pamiątkę w postaci głębokich ran, zanim ją unieszkodliwiłem. Matka tego ścierwa jeszcze grasowała po okolicy. Mieli na nią zapolować w tym tygodniu i, jak się właśnie okazało, pod nowym dowództwem.

Włodzimierz Wielgosz WIERZBA

-          Ratunku! pomocy! - krzyk przeszył duszne, letnie powietrze.

Rozbudził mnie. Zostawiłem gazetę i ukradkiem wyjrzałem przez okno. Drzewo przesłaniało cały widok.

-      Ratunku! Na pomoc!

Znów to samo. Jeszcze raz rozejrzałem się. Zamknąłem okno, mocno, aż zadrżała futryna. Pierwszy dzień w nowym domu, a tu masz ci los. Specjalnie przeprowadziłem się w to miejsce, by takich krzyków nie słyszeć. Parno, upał, a okna otworzyć nie można.

Po chwili znów to samo zawołanie, co prawda ciszej, ale wciąż słyszalne.

Wróciłem do okna i zerknąłem przez szybę. Przed domem rosła krzywa wierzba,  podobna do zgarbionej staruszki, z gałęziami niczym długie włosy. Starałem się przez nią coś dojrzeć, jednak skutecznie zasłaniała cały krajobraz. W zasięgu wzroku miałem tylko to drzewo z czarną dziuplą, która przenikało mnie na wylot, jak wielkie, oskarżające oko.

Agnieszka Cieślak CO Z OCZU TO Z SERCA

         Ten Krwionośny wyglądał na wyjątkowo słodkiego. Może z powodu przydługich rozwichrzonych włosów, które w rytm sennych wdechów i wydechów odsłaniały rozchylone wargi. A może z powodu okularów, które leżały na otwartej książce, zupełnie jakby i one znużyły się  lekturą. Szyja bibliotekarza była dobrze widoczna w świetle lampki. Sławia lubiła patrzeć na biegnące od ramienia do żuchwy ścięgna u Krwionośnych. Zdarzało się, że celowo skrobnęła je zębami, ale nigdy ich nie przegryzała. Nie dlatego, że były zbyt twarde, ale dla uszanowania sztuki. Ten miał iście artystyczne ścięgno szyjne. Silne, solidne i delikatnie pulsujące w harmonii z oddechem. Sławia obserwowała to zjawisko, aż do momentu, gdy mężczyzna zaczął prostować ramiona luzując napięcie uroczej struny. Bibliotekarz chwycił okulary pełną garścią i nałożył je tak niezdarnym ruchem, jaki obserwuje się u dwuletnich dzieci. Głowa znów opadła mu na drugą, leżącą na biurku, rękę.  Okulary stuknęły o blat i przyciśnięte skronią stanęły pionowo kilka centymetrów od czoła śpiącego.

         Dla Sławii, poza czysto estetycznymi doznaniami, nie miało to większego znaczenia czy obecny tutaj śpi czy czuwa. Bez trudu podchodziła swoje ofiary zupełnie niezauważona, aż do momentu kulminacyjnego. Ot, wypatrzenie zdrowego Krwionośnego, ewentualnie - Krwionośnej,  podejście, iniekcja. Mogła stanąć tuż za bibliotekarzem, a nawet tuż przed nim, również w sytuacji pełnej jego trzeźwości, a nie wiedziałby o tym. Po prostu miała talent, dar, który pozwalał jej rasie trwać i nie tylko żywić się krwią ludzi ale też czerpać z ich dorobku mentalnego.

Włodzimierz Wielgosz CO Z USZU, TO Z SERCA

Teraz rozumiem co pan Andrzej miał na myśli, że niby ten zegar tak głośno tyka. Wtedy nie wiedziałam, o co mu się rozchodziło. Przecież wcale nie tykał tak głośno, nawet nie było go specjalnie słychać, a przecież słuch mam dobry, jak na moje lata to nawet bardzo dobry. Sama doktórka mi mówiła: słuch babciu masz jak u czterdziestolatki. To doktórka mówiła, a nie sama sobie wymyśliłam, to musi być prawda. 

A tu pan Andrzej przychodzi kran naprawić, wtedy co mi ta woda jak opętana leciała i nijak nie chciała przestać, i przychodzi i mi mówi o tym tykaniu, że głośno, że mechanizm wyregulować trzeba. To już dobry rok temu było, albo nawet i dalej. Ja tam nic nie słyszałam. Od tego czasu i ksiądz raz u mnie był i nic o zegarze nie mówił, że dokuczliwy i sąsiadka też raz była i tez nic nie mówiła. To uznałam, że pan Andrzej coś nawymyślał z tym zegarem, a potem zapomniałam.

        Ale dziś siedzę i słyszę, że tyka. Czyli wychodzi na to, że może miał rację. Jakiś czort w ten mechanizm wstąpił czy co. Nic nie robi tylko stuka i stuka.

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz.5

Mężczyźni są wścibscy, kobiety wnikliwe

- Moje drogie panie! - komisarz podniósł się zza biurka - Proszę ciszej!! - starał się przekrzyczeć powstały  w gabinecie tumult  - Czy mogłyby panie nie mówić wszystkie naraz?

Westchnął i osunął się na fotel. Nikt go nie słyszał.

- To kto w końcu przywalił  mu laską?!- denerwowała się Lolly.

-  Jolly! - wyjaśniła Modry

- Kucharka! - krzyknęła w tym samym momencie Jolly.

-  Acha! - rzekła nic nierozumiejąc grubaska - Co on w ogóle od ciebie chciał, Modry?

- Otóż, z tego, co nam wiadomo? - komisarza podniósł na duchu i zza biurka fakt, że coś wie - Z tego co nam wiadomo, aptekarz widział w pani ucieleśnienie niezwykłości... boski pierwiastek w najczystszej postaci. Pierwotność doskonałego stworzenia czy coś takiego... coś nieśmiertelnego.

Agnieszka Cieślak ANIELE STRÓŻU

         Od razu zauważyłem obraz ze Świętym Aniołem Stróżem. Lubiłem świętego. Zdecydowanie częściej był powiernikiem rent i emerytur, niż na przykład Święta Panienka czy Antoni. Wiadomo: Stróż, to jednak stróż! Ale muszę powiedzieć, że do dzisiaj on też mnie lubił. Nie wiem dlaczego. Może moja babka, albo babka mojej babki, modliła się kiedyś do Anioła Stróża, zawierzając mu swoje prawnuki? To wiele by tłumaczyło. Na przykład fart, tak potrzebny w moim fachu. Cieszyłem się, że i tutaj czekał na mnie stary znajomy.  Mrugnąłem do niego. No, chłopie,  dość już się napilnowałeś.

         Wystarczyła chwilka rozglądania się po kuchni, żebym mógł z całą pewnością stwierdzić, że poza sąsiadką nikt do babcinki nie zagląda. Gotujące się mleko i leżąca w foliowej siatce bułka, mówiły mi, że tego dnia wizytę sąsiadki moja gospodyni miała już za sobą.

Babcia cały czas paplała o zegarze i o jakimś Stasiu, co siedemdziesiąt lat kazał jej na siebie czekać. I ona czekała. I nie kazała nikomu ruszać zegara, bo Stasiu po niego przyjdzie. Popatrzyłem na zegar - szmelc. Telewizor - Unitra, wiadomo - złom. Taki z sześcioma programami. Radio - jakiś stary typ. Wkurzyłem się, bo nazwa była zaklejona naklejką Radia Maryja. Trzeba sprawdzić, czy aby nie Pionier. Lampy z Pioniera ładnie schodziły na allegro. Ci ześwirowani muzycy, robili z nich wzmacniacze do gitar. Za lampę PN 503 można było zgarnąć na aukcji i stówkę.

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz. 4

Podskórne tętno miasta

- Bo ty jesteś nienormalnie dobrze wychowana, Modry! Inni uwłaczają ci i plują w twarz. A ty? Nic a nic ci to nie przeszkadza.

Lolly i Modry idą ulicą Kaliską, trzymając się niemalże kurczowo pod ramię. Trotuar, gładki jak stół chirurga patologicznego, zmusza obie damy do swego rodzaju ekwilibrystyki.

Modry opowiadała właśnie o uszczypliwych i obelżywych epitetach,  których nie żałuje jej koleżanka z pracy, a których przyczyny nie może dojść.

- Nie chce mi się skupiać na tym, że ktoś pluje mi w twarz.- mruczała pod nosem, łapiąc w ostatnim momencie równowagę.

- I to ich właśnie rozsierdza... plują coraz bardziej! - grubaska w nagłym przechyle w tył o mało nie gubi kapelusza. Kapelusza z czerwonymi makami odebranego dopiero co od modystki.

Piotr Jaśkowiak NIEŚMIERTELNIK

Śmierć jako pierwsza usłyszała grzmot, który rozbrzmiał pośród cmentarnej ciszy Elizjum. Przechadzała się wówczas pośród błądzących tam zjaw, będąc równocześnie przy łożu pewnego umierającego satanisty, a także towarzysząc kilkuset innym agoniom w najróżniejszych punktach czasoprzestrzeni. Basowy pomruk oderwał ją od obowiązków, w wyniku czego satanista natychmiast poczuł się lepiej, zmienił swoje życie, a Śmierć spotkał wiele lat później, przy zupełnie innej okazji.

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz.3

Zegar niech dzwoni, noc niech nastaje, dni ulatują, ja pozostaję

- Jak ja się denerwowała? kochana pani! - zgarbiona poczuciem winy kucharka siedzi miedzy kredensem a stołem. Nie ma odwagi spojrzeć Modry w oczy.- Jak ja się bała...dobrodziejko... jak ja się...

- Co on robił w mojej szafie? - pyta dobrodziejka.

Kucharka nie słyszy.

- Jak ja się bała, że wy znajdziecie? ten trup - zawodzi kobieta - jak ja wypiła kieliszeczek byłoch troszka lepi. Ale wieta co - kucharka poniechała płaczliwego tonu -  ten bonaparte, cośta mówili, że obrzedliwy, nie taki ci o... zły beł.

- Hm- mruczy Modry zadowolona, że chociaż jedna tajemnica się wyjaśniła- Ale skąd żeście wzięli aptekarza? trupa?

Kucharka odczytując w szarych oczach, że gra na zwłokę na nic się nie zda, uderza w poprzedni ton.

- Aaaa! Bo one dyć kapka w kapkę takie same beły...  aaaa... i ja odżałować nie mogła? Diabli wzięli kartofle, całe dziesięć kilo... aaaa... Marchewkę... porę i selerę... Aaaa!- zalewa się łzami.

- No dobrze - w głowie Modry surrealistyczny ciąg ostatnich wydarzeń przybiera zrozumiałe kształty.

Agnieszka Cieślak DZIEŃ, W KTÓRYM PRZYBYLI BOGOWIE

Czasem Werksiński wymykał się z charakteryzatorni i szedł na salę widowiskową. Jeśli zastawał pustą scenę wstrzymywał oddech, upewniał się czy nie ma nikogo, potem zdejmował buty. Przez kilka sekund wdychał zapach pasty do konserwacji drewna i zaczynał swój taniec.

Na początku czuł się jakby stawiał stopy na krach dryfujących po rzece. Nagimi palcami ostrożnie dotykał drewnianej podłogi. Chwilę czekał, by upewnić się czy deska jest stabilna, czy niezawiedzie, nie wyśliźnie się i niczym kra nie odpłynie spod nogi.  Nie miało to związku z fizycznym stanem sceny, ale przecież teatr nie istnieje jedynie fizycznie. Potem  pomału opuszczał stopę. Uświadamiał sobie nacisk drewnianej powierzchni na każdy milimetr kwadratowy skóry i kości palców. W końcu nabierał ufności i przenosił na dotykającą sceny nogę cały ciężar ciała.

Włodzimierz Wielgosz PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

Dzwon dawno przestał dźwięczeć. Ksiądz już poszedł i ludzie się rozeszli, nawet ci znudzeni, ci z łopatami. Został sam. Zrobiło się potwornie pusto. W jednym momencie zrozumiał, że nic nie wie. Nie wiedział, czy ma iść do domu czy do parku, czy odpowiednie kupił kwiaty, czy dobrze dobrał krawat. Nie wiedział czy duszno mu z emocji, czy może przez mżystą pogodę. Nie wiedział czy to dobrze, że tak pochmurno, czy może lepiej, jakby świeciło słońce. Jaka jest najlepsza pogoda na pożegnanie? - przeszło mu przez głowę - Czy w ogóle istnieje dobry dzień na pożegnanie? Skąd miał to wiedzieć. Przecież to ona wszystko wiedziała.

Staruszek stał tak długo, aż poczuł zimną wodę w butach. To go otrzeźwiło. Trzeba się ruszyć - powiedział z przyzwyczajenia, jakby do kogoś z boku. Zrobił krok lewą nogą, podparł się laską, dostawił prawą. Dalej jakoś poszło. Podążył przed siebie, bez celu.

Agnieszka Cieślak OBOK

Sklep "U. & W. Zalewscy" odwiedzasz, gdy potrzebujesz słoiki do weków, foliowy płaszcz przeciwdeszczowy, szczotkę do czyszczenia garnituru, świeczki lub gwoździe. Jeśli wchodzisz do sklepu po piętnastej, zastajesz za ladą burzę miedzianych loków i przebłyskujące spod nich zielone spojrzenie. To Mela, dziewiętnastoletnia córka właścicieli, Urszuli i Wiktora. Jej loki podskakują jak pajacyki na sprężynowej nodze. Pyta:

- W czym mogę pomóc? - Kontrast między kolorem włosów, a barwą oczu jest tak mocny, że zjawisko to nie może ujść twojej uwadze. Marzysz, żeby Mela podniosła dłonie do czoła, żeby chwyciła miedziane pukle po obu stronach odsłaniając pełnię spojrzenia. Ale żyjąca zasłona z włosów dobrze pełni swoją funkcję. Poza iskierkami zieloności nic się nie przedostaje. Zastanawiasz się, czy dziewczyna jest nieśmiała, co z pewnością tłumaczyłoby jej wizerunek. Obserwujesz ją, gdy odwraca się szukając na półkach towaru. Włosy lekko opierają się na karku, plecy trzyma  prosto. Dziewczyna wraca z dwoma pudełkami świeczek. Patrzysz na jej palce. Paznokcie ma krótkie, ścięte na długość opuszków, równo spiłowane, błyszczące. Jeśli to nie nieśmiałość jest przyczyną ukrywania twarzy, to co nią jest? Odrywasz wzrok od jej dłoni, gdy pyta:

- Białe czy żółte?

- Żółte - mówisz, nie zastanawiając się. I wtedy dzieje się coś niezwykłego. Twoja przypadkowa odpowiedź, powoduje lawinę zdarzeń. Zbieg okoliczności, jest początkiem rozwiązania tajemnicy. 

Mela opiera swoje dłonie na pudełkach ze świeczkami. Pod prawą ręką jest pudełko żółtych, pod lewą białych. Kładziesz na ladzie dziesięć złotych. Dziewczyna zamiast wziąć banknot nadal trzyma dłonie na pudełkach.

- Żółte - powtarzasz, dla pewności, gdyby nie zrozumiała wcześniej, ale nie wywołuje to u niej żadnej reakcji. Dłonie Meli, jak i cała ona, zastygły. 

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz. 2

Nuda... stan nierealny

- Nie szukam miłości jak długopisu.

W powrotach po latach

Bardziej cieszy odzyskana skarpetka.

Boli tylko, kiedy nie kocham.

 - Twoje? - spytała korpulentna postać w zgrabnym futerku i z pawim piórem, nad kapeluszem - Ładne.

 Zaglądała Modry przez ramię.

- Nareszcie jesteś... jesteście- autorka wierszowanego kawałka zmięła karteczkę i podrapała za uchem radośnie podskakującego pudla- Nigdy tak wylewnie mnie nie witałeś.

- To prawda - Lolly usadowiła się na jednym z wolnych krzesełek - Dobrze, że mamy miejsce - rozejrzała się - trudno w tę ciżbę szpilkę wetknąć.

- W co wetknąć?- zainteresował się Ludwik znad czekoladowego tortu.

- W dużą ilość ludzi - mruknęła Modry. Myślami przebywała gdzie indziej, co nie uszło uwadze przyjaciółki.

- Naraz?- zainteresował się chłopiec.

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz. 1

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

 Poznały się w parku. Ich dzieci bawiły się w jednej piaskownicy.

Dla Jolly po pięciu minutach rozmowy było jasne, z kim ma do czynienia. Mianowicie z kobietą, która stojąc przed wyborem: nowe meble do salonu czy wyuzdana przyjemność, tak pokieruje wypadkami, że  dostanie jedno i drugie. Modry nie miała wątpliwości, że smukła piękność o platynowych lokach, nadwrażliwa na ludzką krzywdę, potrafi w biały dzień, pod ratuszem sprać  parasolem człowieka, tylko dlatego, że źle wyraził się o jej matce?.  To było dawno temu.

 REFLEKSYJNY PODWIECZOREK ZMYSŁÓW

Gong u drzwi wyrwał Modry z zamyślenia.

- Myślałam, że już się czegoś nauczyłaś , szopenfeldziarko!- krzyczała od drzwi Jolly.

Zamiatając suknią, weszła do salonu. Ucałowała przyjaciółkę. Zamaszyście usiadła w fotelu. Za młodu uprawiała różne sporty, a i teraz nie brakowało jej energii.

Modry udała, że się uśmiecha. Ogromne błyszczące oczy tykowatej przyjaciółki mówiły: "Dawaj na mnie połowę nieszczęścia. Razem łatwiej będzie unieść".

- Na kolację będą ciborki i sałatka. Napijemy się cydru? Kucharka od miesiąca produkuje .-  gospodyni pociągnęła nosem - Czuć nieprawdaż?

Prawdę mówiąc, myślała, że dzieli się tylko radością. Smutkami nie zamierzała obarczać nikogo. No, prawie nikogo.

Włodzimierz Wielgosz FUNCLUB

- Ja, przewodniczący klubu miłośników nieczytania książek, ogłaszam nasze coroczne spotkanie za otwarte. My, nienawidzący czytania, jak co roku tłumnie zgromadziliśmy się, aby dać wyraz naszym przekonaniom. Powiedzmy czytelnictwu zdecydowane NIE!

- Nieeeeee! -  przemknęło przez tłum, który rozlał się na boki, aż po same okna i do tyłu, aż po wąskie drzwi.

-  Powiedzmy NIE gryzipiórkom, literatom i pismakom.

-  Nieeeeee! - dźwięk wyrwał się z setek gardeł i złączył się w jeden ryk podobny do ryku dzikiego zwierzęcia.

- Powiedzmy NIE dla bajkopisarzy, eseistów, nowelistów, beletrystów i innych intelektualnych mętów.

- Nieeeeee! - poszczególne twarze stopiły się w jedną wyrażającą ekstazę i szczerą nienawiść.  

-  Bracia, jak co roku zacznę nasze spotkanie od zaprezentowania planu obrad: przed południem zostanie wygłoszona dysertacja pod tytułem: "1001 dowodów szkodliwości czytania. Przyjrzymy się ostatnim naukowym odkryciom wprost ze Stanów Zjednoczonych, Honolulu i Wysp Wielkanocnych. Już teraz mogę uchylić rąbka tajemnicy, że wyniki są jednoznaczne: badacze uważają czytanie za szkodliwe i mówią mu swoje zdecydowane NIE.

- Nieeeeee! - sala zawrzała rozpalona do czerwoności.

- Głównym mówcą będzie przewodniczący naszego klubu, czyli ja - I tu umilkł, oczekując braw nie mniejszych niż wcześniejsze. Tłum widocznie nie zrozumiał intencji i milczał, czekając na dalsze słowa przewodniczącego.

- Można dodawać otuchy brawami - powiedział lekko poirytowany mówca.

Piotr Jaśkowiak DŻEFERSON ŻYJE

      Z wczesnego dzieciństwa Jeremiasz Acher miał o panu Dżefersonie tylko jedno wspomnienie: matka pochylona nad książką, ojciec rozmawiający przez telefon, włączony telewizor. Na ekranie inteligentna, dobroduszna twarz, ale o brwiach zbyt krzaczastych, by dało się ją nazwać przystojną. Głos wydobywający się z głośników również przyjemny, choć znaczenie słów pozostawało dla cztero- czy pięcioletniego chłopca zagadką. Mogła to być konferencja prasowa, przemówienie, wiec lub orędzie - pamięć Jeremiasza nie dostarczała żadnych wskazówek.

                Było już sporo po ósmej, kiedy wspomnienie odmalowało się znienacka w niewyspanej głowie Jeremiasza. Przez chwilę kontemplował migawkę sprzed kilkudziesięciu lat; zaraz potem krótki dźwięk syreny przywołał go z powrotem do chwili obecnej. Spojrzał we wsteczne lusterko: policyjny radiowóz dawał mu znaki, by zjechał na bok. Jeremiasz zerknął na zegarek i zaklął, po czym posłusznie zatrzymał się na poboczu.

Agnieszka Cieślak FOTEL PILOTA

Pewnego dnia zorganizowałam garażową wyprzedaż. Pierwszy klient pojawił się w samo południe. Kamienna twarz, wełniana czapka, puchowa kurtka i, tak, ręce w kieszeniach. Nie studiowałam psychologii sprzedaży, ale domyślałam się, że te ręce nie rokowały dobrze. Pan Puchowa Kurtka był moją marną nadzieją na pozbycie się gratów.

- Dzień dobry. Malwina Potrańska.

Marna Nadzieja uścisnął moją dłoń zmarzniętymi palcami i szybko schował ręce z powrotem. 

- Błażej Yyy... Błażej.

- Znajdzie pan tu wiele ciekawych przedmiotów. Antyków, pamiątek rodzinnych. A niektóre z nich posiadają wartość, o, nie tylko sentymentalną. Zapewne. Tak, zapewne. - Kurdę, nie studiowałam psychologii sprzedaży. 

- A to co? - Puchowa Kurtka vel Moja Marna Nadzieja, pan Błażej Yyy wyjął ręce z kieszeni i począł przedzierać się w kierunku kąta garażu. Nie studiowałam psychologii sprzedaży, ale... Podążyłam za nim. Pan Błażej zatrzymał się przed kanapą dziadków.

- Wspaniała, nieprawdaż? Jest bardzo, bardzo mocno związana z historią naszej rodziny. Ma swoją tajemnicę. Mogę panu zdradzić. Otóż na tej kanapie moja babka powiła..., a wcześniej, oczywiście...

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.