Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Witold Banach KRONIKI LITERACKIE PROWINCJI Historie prawdziwe, prawdopodobne, prawie zmyślone. (fragment 5)

1968

Niepokoje księcia Stasha związane z planami literackimi Trumana Capote'a

 

            Widoczne już były światła Wenecji szczodrze rozrzucone wzdłuż horyzontu. Jeszcze tylko godzina i jacht przybije do placu św. Marka. Prawie wszystkim pasażerom "Tritona" udzielało się zniecierpliwienie wynikające z kończącego się rejsu. Z salonu płynęła muzyka, w rytmie której niestrudzenie tańczyli Eric i Allegra. To były ich ostatnie figury taneczne na jachcie, jednak zapewne nie ostatnie tego wieczoru. Zamierzali bawić się dalej po zejściu z pokładu. Książę Caracciolo spokojnie czekał końca podróży w swojej kajucie, może potrzebował trochę samotności i ciszy, choć o jedno i drugie było niełatwo podczas rejsu. Warkot silnika, głośna muzyka i chichot "europejskich łabędzic" - jak je nazywał Truman - sprawiały, że na pokładzie trudno było o spokój. Angella i Lee snuły się gdzieś między barem a swoimi kajutami. Książę Stash stracił je z oczu i szczerze mówiąc nie bardzo interesował się tym, co aktualnie robią. Za godzinę i tak wszyscy razem wyjdą na stały ląd i udadzą się do hotelu, a może tylko część ich bagażu, bo wspólnie lub w grupach wtopią się w magiczne miasto na lagunie.

             Ostatnie chwile rejsu książę spędzał w jednym z leżaków ustawionych na dolnym pokładzie umiejscowionym na dziobie, Truman zaś stał na górnym pokładzie; zza balustrady było widać niewiele więcej niż jego głowę. Ten niewielki człowieczek może nawet wspinał się na palcach - pomyślał Stash, gdy spojrzał na górę. Truman zamknął oczy, głęboko wdychał powietrze. Delektował się chłodną, wieczorną bryzą, której za dnia trudno było zaznać.

            - Chyba widzę światła Harry's  Bar - zażartował.

            - Widzę Truman, że masz już gotowy plan na dzisiejszy wieczór.

            - Co, nie skorzystasz? Bierzemy nasze łabędzice i idziemy do baru, będziemy jeść kanapki z krewetkami i popijać lodowatym martini.

            Nasze łabędzice to zapewne Angella i moja Lee - pomyślał książę Stash. Jacht włoski i większość towarzystwa to Włosi, Allegra znalazła się na pokładzie dość przypadkowo. Nietypowymi gośćmi byli tutaj Truman, książę Stash i jego żona.

Książę uznał, że chwila przedłużyła się na tyle, iż wypada coś odpowiedzieć, chociaż najchętniej pomilczałby. Nie miał ochoty na nic się deklarować, nie miał ochoty odpowiadać, nie podobało mu się, że ten mały skrzekliwy człowieczek decyduje o tym, co ma robić jego żona. Nie był nawet pewien, czy ten pederasta nie uwodzi jego Lee, albo nawet czy już tego nie zrobił. Trudno mu było to sobie wprawdzie  wyobrazić, jego smukła, długonoga, niezmiennie atrakcyjna żona i ten groteskowy Amerykanin. Był jednak zbyt dojrzałym mężczyzną, zbyt wiele widział, żeby uspakajać się w tak konwencjonalny sposób. Od kilku lat widział, jak na kobiety atrakcyjne, jak na te wygłodniałe suki (jakby powiedział jeden z kochanków Trumana) działał ten zdawałoby się zupełnie niepozorny człowieczek, niewydarzony jako mężczyzna.

- Zastanowię się jeszcze - tylko tyle powiedział książę i ku swojemu zadowoleniu nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Mógł skupić się na rozmyślaniach: Co one w nim widzą? Maskotkę? Trampolinę do własnej sławy i brylantów? Widział już w życiu wiele i w zasadzie od początku wiedział, kim ma być dla kolejnej żony. Dał jej tytuł i poczucie nieprzeciętnego komfortu. Przecież miała dom w jednym z najlepszych miejsc w Londynie niedaleko Pałacu Buckingham, wiejską posiadłość niedaleko Henley-on-Tames pamiętającą czasy królowej Anny i liczącą dwanaście pokoi, a jakby tego było mało apartament przy Piątej Alei w Nowym Jorku. Te ciągłe cocktaile, zabawy, wygłupy, targowisko próżności, błazenada. Do tego luksusu potrzebny był jej jeszcze Truman ze swoją literacką sławą, nimbem artystycznej bezczelności, czego niestety nie mógł jej dać utytułowany mąż.

Natomiast książę potrzebował żony, matki ich wspólnych dzieci, kobiety, która doceniłaby, że jej luksus i beztroska swoboda - zwłaszcza w wydawaniu pieniędzy - są owocem jego ciężkiej i ryzykownej pracy. Od początku pragnął i oczekiwał kobiety, która będzie wsparciem dla jego dążeń. Lee ma błyszczeć owszem, ale tylko dla niego, a nie dla jakichś błaznów, którzy niczego nie rozumieją z tego, przez co przeszła Europa, a zwłaszcza jej zapomniana, wykluczona część. Kto w tym towarzystwie wie, że on pochodzi z jednego z najpotężniejszych rodów Europy? Część z nich myśli, że z tym księciem to bluff, nieuprawnione przypisywanie sobie tytułu. Część tych naiwnych chłopców z amerykańskiej prerii dowiedziała się o istnieniu Europy dopiero wtedy, gdy pod stopami poczuli plaże Normandii. Nie mieli zielonego pojęcia o tym, przez co przeszedł wschód i jak widział to, co działo się na zachodzie. Na przykład tutaj pod włoskim niebem dawni faszyści szybko zmienili skórę w komunistów. Dla nich faszystą był teraz ktoś taki jak on, zdeklasowany książę, który miał pretensje do państwa będącego przewodnikiem postępu i największym przyjacielem całej ludzkości.

 Lee miała być jego piękną podporą, smukłą kolumną grecką, wykwintnym kwiatem południa. Nic z tego. Najbardziej oczekiwała swobody i co gorsza, wierzyła w szczęśliwą gwiazdę swego wątpliwego talentu. To chyba wtedy znienawidził Trumana, gdy asystował Lee podczas jej przygotowań do Wielkiego Sukcesu aktorskiego, którego promotorem był ów pisarz pozostawiając księciu rolę skromnego giermka na posyłki.

Z Nowego Jorku przyleciał fryzjer, z Kalifornii charakteryzator, suknia od Saint-Laurenta we wściekłych kolorach budziła dezaprobatę nawet tego kabotyna Mastersa. Jakby nie dość było tej okrutnej (w oczach Stasha) maskarady, Masters wydzwaniał do jakiejś kalifornijskiej kabalistki, która zbałamuciła Lee do reszty. Zdaniem wróżki, której nikt nie widział na oczy (gdyby widział, jej wiarygodność też nie byłaby większa), gwiazdy bardzo sprzyjały karierze aktorskiej Lee. Gwiazdy może sprzyjały, ale talentem nie posypały. Skończyło się wielka klapą, podobnie jak późniejsze równie nieudane podejście aktorskie w Londynie. W obu przypadkach kompletna katastrofa. Zapamiętał kąśliwe fragmenty recenzji, mógłby je cytować z pamięci:

 

Została sprowadzona do roli manekina, od którego nie wymagano żadnych zadań aktorskich.

Sukcesem było, że  w ogóle zapamiętała swoje kwestie.

Niemal tak statyczna jak jej portret wiszący nad kominkiem.

 

Coraz częściej myślał o tym, że ich związek wkrótce musi się skończyć. Ona raczej patrzyła z wiarą w Trumana niż w swojego męża. W oczach Lee ważny był ten mały pederasta, który mianował się geniuszem i takim go też widzieli inni. Był "niesamowicie" inteligentny, a nie zauważył, że Lee w ogóle nie nadaje się na aktorkę. Był przenikliwy i spostrzegawczy - jak chętnie i z triumfem podkreślał. Ta jego pewność siebie, to jego zadufanie, trudno było księciu znieść cechy charakteru Trumana, szczególnie dlatego, że wcale nie przeszkadzały jego żonie. Przeciwnie, chyba dzięki nim był dla niej tak ważny.  Jak ktoś taki jak Truman stał się jej powiernikiem? W dodatku nie on jeden wchodził mu w paradę, znacznie niebezpieczniejszy był ten grecki satrapa, który co gorsza, stanowczo nie był pederastą. Nie miał już siły tolerować tych wszystkich możnych adoratorów swojej Lee, nie miał też żadnej kontroli nad jej kolejnymi fascynacjami. Kiedyś, przy okazji jakiejś sprzeczki wypaliła nawet, że jej życie ma sens,  kiedy w pobliżu jest Truman. Do tego doszło.

Książę jednak ciągle był zafascynowany urokiem swojej młodszej o dziewiętnaście lat żony. Jej ciałem, powabem, była dla niego esencją kobiecości i elegancji. Ciągle jej pożądał, a ona coraz częściej go unikała, szukała towarzystwa gdzie indziej, pragnęła wszędzie błyszczeć, przemierzać świat i bawić się nieustannie. Nie mógł pogodzić się z jej wybrykami, miał dopiero 53 lata, a od pewnego czasu w jej towarzystwie czuł się stary. Skoro wybrała kogoś takiego, dlaczego ten pedał stał się jej powiernikiem? Pogardzał nim.

Chyba miał już w sobie za dużo alkoholu, bo w myślach robił się sentymentalny i zaczął rozczulać się nad swoim losem. Pomyślał o swoim sędziwym ojcu, który dożywał ostatnich dni w komunistycznej Polsce. O tym,  przez co musieli przejść jego rodzice po zajęciu Polski przez bolszewików, o ich wywózce do Krasnogorska i śmierci matki na zsyłce. Jej grobu nie zobaczy już ani ojciec, ani on, ani nikt spośród najbliższych. Jedyne co mógłby teraz zrobić dla pamięci matki, to ufundować kościół św. Anny w Fawley Court.

Myślał o tym, jak komuniści pierwszy raz po wojnie wypuścili jego ojca z Polski w wieku 78 lat. Pierwszy raz, od września 1939 roku, mógł się z nim zobaczyć. Tęsknił za nim normalną synowską tęsknotą. Nie mogli się widzieć przez kilkanaście lat. Ojca nie wypuszczali z kraju, on może by i został wpuszczony, ale...czy w komunistycznej Polsce mógłby się czuć bezpieczny, jako człowiek wtajemniczony w sprawę katyńską? To on jako szwajcarski delegat Czerwonego Krzyża zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o zbadanie okoliczności mordu. Złożona przez niego nota stała się dla Stalina pretekstem do zerwania stosunków z rządem londyńskim. Z takim bagażem nie mógłby odwiedzić ojca w Polsce, nawet jako obywatel brytyjski.

Gdy wreszcie ojciec otrzymał paszport (komuniści może nawet liczyli na to, że nie wróci do "Polski Ludowej"?), mógł odwiedzić syna w Londynie, a córkę w Madrycie. Stash wiedział jednak, że nie było to pod każdym względem szczęśliwe spotkanie. Nie dało się ojcu zaoszczędzić zgryzoty, w jego mniemaniu nawet zgorszenia. Ojciec - przed wojną przywódca konserwatystów - wzorowy mąż i ojciec, został przez komunistów ograbiony ze wszystkiego, nawet z prywatnej korespondencji. Dla niego fundamentem życia były: wiara, obowiązki wobec rodziny, moralne postępowanie; tymczasem w Londynie zastał syna, który właśnie zakomunikował mu, że trzeci raz w życiu będzie brał ślub. Nie miał jeszcze rozwodu, a jego przyszła żona spodziewała się dziecka. Ojciec był człowiekiem powściągliwym, ważył słowa tak, aby nie powiedzieć zbyt wiele, ale też starał się zawsze jasno wyrazić swoje zdanie. Nawiązał do historii ich rodziny, która zdarzyła się nieco ponad pół wieku wcześniej.

- Twoja historia przypomina mi to, co już kiedyś zdarzyło się w naszej rodzinie, to co przeżył mój ojciec w tym samym mieście - powiedział książę Janusz do syna. Była to aluzja do sytuacji, gdy jego ojciec dowiedział się o zamiarach księcia Michała, który zapragnął ożenić się z panią Marią de Bernardaky, która po pierwsze była wyznania prawosławnego, a po drugie ona i jej matka nie miały dobrej opinii w towarzystwie. Stanisława zabolały te słowa. Nie zasłużył sobie na porównanie go do księcia Michała. Stryj przecież nie był nawet dobrym Polakiem. Gdy wybuchła wojna, Antonin zapisał Hitlerowi i chciał się zrobić Reichsdeutschem, co było o tyle dziwne, że dwa lata wcześniej obwoził się z Antonina do Ostrowa z żydowską pięknością i nawet dał ogłoszenie o zamiarze ślubu z panią Suchestow. Bulwarówki całej Polski rozpisywały się o wyczynach matrymonialnych stryja i konflikcie z resztą rodziny. Niemcy zresztą zapamiętali mu romans z Żydówką i mimo umizgów nie uczynili go prawowitym obywatelem III Rzeszy. Trafił do jakiegoś przytułku w Berlinie, który fundowała jego prababka - Maria Ludwika z Hohenzollernów. Ojciec chciał tylko porównać liczne związki księcia Michała, który też miał trzy żony i w tym względzie byli podobni ze Stanisławem, ale przecież wszystko inne ich różniło.

- Tato, ale chyba jest jakaś różnica między moim wyborem a historią mojego stryja?

- Tak synu, jest różnica - stary książę oczywiście widział różnicę może nie tylko w tym, że zapewne Stanisław nie bił swoich dotychczasowych żon, nie był grubiański i niewątpliwie był patriotą. Interesował się swoim starym ojcem, wspierał go materialnie, wysyłał paczki, przesyłał zagraniczne leki. Ojciec mógł czuć się bezpiecznie pod względem finansowym, chociaż został ze wszystkiego ograbiony przez powojenny system. Książę Janusz pochodził jednak z innego świata i to, co reprezentował, czego był ucieleśnieniem harmonizowało z jego życiem osobistym. Nie było w nim miejsca na "wyskoki". Czuł się przybity tym, co zobaczył w życiu syna: Po moim spokojnym trybie życia w Warszawie, Londyn dosyć męczący i fizycznie, a przede wszystkim moralnie - pisał do swojego zięcia Józefa Potockiego.

            Książę Stanisław nie wiedział, co jego ojciec napisał do zięcia w Madrycie, ale widział, że ich relacje znalazły się w trudnym punkcie, z którego dobrego wyjścia nie było. Teraz było mu żal starego ojca, który uparł się wracać do Polski - Jaka by ona nie była tam jest moja ojczyzna - powiedział. Historia potoczyła się dalej: Stanisław i Lee wzięli ślub w marcu, w sierpniu przyszedł na świat ich syn Anthony; w następnym roku szwagier Stanisława - John Fitzgerald Kennedy - został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Czy to osłodziło ojcu gorycz zgorszenia, jakiej zaznał podczas pobytu w Londynie? W końcu Lee uzyskała nawet unieważnienie ślubu kościelnego z Canfieldem. Nie bez znaczenia był fakt, że chodziło o szwagierkę pierwszego katolika będącego prezydentem USA. W 1960 roku przyszła na świat córka Radziwiłłów Anna Krystyna, której chrzestnym został JFK. Czy stary książę mógł sobie wyobrazić lepszą oprawę chrztu własnej wnuczki? Z premierem rządu Jego Królewskiej Mości, katolickim prymasem Anglii, a nazajutrz bankiet u królowej Elżbiety II z udziałem prezydenta USA, jego świty oraz Lee i Stanisława. Kiedyż to poprzednio ród Radziwiłłów dostąpił takich zaszczytów? A później przyszedł ten straszny dzień zabójstwa Johna. Niepojęte, bezsensowne morderstwo, które tak wiele zmieniło i w jego życiu. Kennedy nie zapominał zaangażowania księcia Stanisława w pozyskanie głosów Polonii amerykańskiej, miał też w nim lepszego korespondenta londyńskiego niż miejscowe służby dyplomatyczne, na co zresztą zazdrośnie patrzyli pracownicy ambasady amerykańskiej nad Tamizą. Książę stracił w prezydencie przyjaciela. 

Lee natomiast "rozwijała" swoją przyjaźń z Trumanem. Teraz kiedy myśli Stanisława poświęcone były na przemian: ojcu, sprawie stryja Michała, niechęci do Trumana i jego pewności siebie, że stworzy dzieło na miarę Prousta, które będzie amerykańskim odpowiednikiem cyklu W poszukiwaniu straconego czasu, nagle - może pod wpływem wypitego już alkoholu - zaczęły mu po głowie krążyć dziwne koincydencje. Ten karzeł chyba nawet nie zdaje sobie sprawy, że spoiwem łączącym oba dzieła jest jego rodzina. Nie przeczytał cyklu, nie odpowiadał on jego czytelniczemu temperamentowi i gustom wyniesionym z polskiego przedwojennego gimnazjum. Przeglądał jedynie, czytał różne fragmenty, dowiedział się, że francuski pisarz przyjaźnił się z francuskimi Radziwiłłami z Ermenonville: ojcem Konstantinem i synem Leonem. Ciekaw był literackich portretów swoich dalekich, francuskich kuzynów: księcia Gilberta de Guermantesa, który ponoć miał być prototypem Konstantina, Roberta de Saint-Loupa przypominającego Leona, jednak przebrnięcie przez całość cyklu, nawet przez tomy: Strona Guermantes lub Utracona było ponad siły księcia. Dowiedział się też, że w powieści, którą Proust napisał jeszcze wcześniej, sportretował swoją pierwszą, dziecięcą miłość - urodziwą dziewczynkę, którą spotykał w okolicy Pól Elizejskich. Marcel udawał się tam każdego popołudnia, by spoglądać na dziewczynkę o długich czarnych włosach, czuć dreszczyk emocji i rozpacz, gdy jej tam nie było. Ta sama dziewczyna w Poszukiwaniu straconego czasu jest córką Swanna i Odety. Jej pierwowzorem była Maria de Bernardaky, która została pierwszą żoną księcia Michała Radziwiłła. To do jej związku nawiązał ojciec podczas trudnej rozmowy, jaką przeprowadzili, gdy książę Janusz pojawił się w Londynie.

Capote często przechwalał się zamiarem stworzenia swojej amerykańskiej wersji Poszukiwania straconego czasu. Księciu Stanisławowi przeszło wówczas przez myśl, że zapewne on i jego żona też znajdą się w tej historii. Niepokoiło go, gdy Truman opowiadał:

Nikt tak dobrze jak ja nie zna amerykańskiej elity towarzyskiej drugiej połowy XX wieku. To będzie książka o was, o mnie, o nich, o wszystkich. Nie jestem Proustem. Nie jestem tak inteligentny ani tak wykształcony jak on. Pod wieloma względami nie jestem tak wrażliwy, ale moje oko pod każdym względem jest równie przenikliwe jak jego. Pod każdym względem!  Widzę wszystko! Nic mi nie umyka.  To, co opisuję, jest prawdziwe i jest w najlepszym stylu literackim, jaki moim zdaniem może osiągnąć amerykański pisarz. Takie są moje ambicje. Są to duże ambicje. Gdyby Proust był Amerykaninem żyjącym teraz w Nowym Jorku, stworzyłby coś takiego.

Mówił tak w wywiadach na trzeźwo i w rozmowach towarzyskich po mniejszej lub większej ilości wypitych drinków. Towarzystwo puszczało to mimo uszu, ci co znali dzieło Prousta - nieliczni - sądzili, że to fantazje kapryśnego pisarza, inni nie zwracali na to uwagi lub kwitowali uśmiechem politowania.

 Jak amerykański Proust nazwie Radziwiłłów w swoim dziele, czy Lee będzie jedną z głównych bohaterek? Czy więcej miejsca poświęci na wspólne podróże jachtem, czy na wizyty w nowojorskich restauracjach, takich na przykład jak La Côte Basque? Zapowiedzi Trumana ostudziły zapał księcia do poinformowania go, że członkowie jego rodziny są bohaterami najważniejszej - dla niektórych - powieści najnowszych czasów. Stash postanowił nie wtajemniczać w swoje spostrzeżenia tego skrzekliwego człowieczka. Zresztą, pewnie i tak niewiele by go to obchodziło, on i tak zrobi, jak zechce. Książę miał jednak nadzieję, że Truman po pierwsze nie ma takiej dyscypliny, żeby stworzyć coś podobnego, za dużo czasu pochłaniają mu beztroskie rozrywki, jak rejs, na jaki się wspólnie wybrali. Proust nie latał po całym świecie, narkotyzował się jedynie magdalenką, w życiu nawet nie widział takiej ilości alkoholu, jaką Truman wlewał w siebie w ciągu tygodnia. Książę miał cichą nadzieję, że zabraknie mu czasu na włączenie jego osoby do planowanego dzieła. Może nawet w takiej intencji pójdzie z tym kurduplem dzisiejszego wieczoru do Harry's Bar, w końcu i tak nie miał nic lepszego do roboty. 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.