Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Witold Banach KRONIKI LITERACKIE PROWINCJI Historie prawdziwe, prawdopodobne, prawie zmyślone. (fragment 4)

1797

Księżna Luiza Fryderyka Dorota Filipina Radziwiłłowa z Hohenzollernów

 zapisuje najstarszą scenkę z miasteczka

Książęca berlinka ruszyła z postoju w Kaliszu. Antoni i Ludwika z Hohenzollernów Radziwiłłowie wracali z Nieborowa, w którym księżna miała okazję zobaczyć posiadłość swojego teścia, księcia Hieronima i słynną już Arkadię urządzoną przez księżną wojewodzinę. Droga była uciążliwa, bo to nie trakty jak w rodzinnych Prusach księżniczki, ale wrażenia z Nieborowa wyniosła jak najlepsze. Księżna Ludwika wracała w dobrym nastroju. Była szczęśliwą żoną, a teraz poznała bliżej rodzinę księcia Antoniego. Całe szczęście, że jej mąż nie wykazywał szczególnego podobieństwa do swego ojca. Starym księciem wojewodą Luiza nie była zachwycona. Uchodził za skąpca i ?nieuczynnego?. Zupełnie inne cechy zauważyła u mężczyzny, z którym będzie dzieliła resztę życia. Książę Antoni był czułym, łagodnym i troskliwym opiekunem. Miał też poczucie humoru i trudno się z nim było nudzić.  Po księżnej Helenie odziedziczył miłość do muzyki i biegłość w rysowaniu. Był też podobny do matki, która na Luizie robiła nieodparcie nadzwyczajne wrażenie. Podziwiała jej urodę, piękna cerę i śliczny kształt szyi u tej niemłodej już kobiety. A przy tym pełna była dystynkcji, która utwierdzała Luizę w przekonaniu, że rodzina jej męża to wielki i szlachetny ród i była dumna z nazwiska, jakim się teraz do niej zwracano.

 

Arkadia urządzona była w stylu starożytnej świątyni, ozdobionej ażurowym portykiem wspartym na czterech kolumnach jońskich i takim samym portykiem półkolistym od strony wschodniej. Pod tympanonem od strony stawu wyryto słowa Petrarki z sonetu In morte di Madonna Laura: DOVE PACE TRAVAI D?OGNI MIA GUERRA (Tutaj odnalazłam spokój po każdej mojej walce). Do urokliwego miejsca prowadzą ciężkie mahoniowe drzwi z okuciami z brązu. Otwierał je klucz wysadzany brylantami, który księżna nosiła na szyi na złotym łańcuchu.

Luiza podziwiała bibliotekę wyłożoną mahoniową boazerią, pełną obrazów artystów francuskich, angielskich i polskich. Piękne, dobrze wykonane meble, harmonijnie dobrane z szezlongiem, którego wygodę księżna wypróbowała osobiście. Musiała ten mebel dobrze zapamiętać, bo wymieniła go w swoich pamiętnikach. Wspólnie z teściową oglądały gabinet wypełniony freskami z krajobrazem wioski Powązki położonej nieopodal Warszawy.

Synowa podziwiała namiot z indyjskiego płótna, tworzący zasłonę naokoło łóżka gospodyni, salon wykładany białym marmurem, piękne posągi westalek, mnóstwo kosztownych pamiątek, trójnogi, kadzielnice, wazony z pięknymi kwiatami. Była oczarowana mnóstwem pamiątek, nieoczekiwanie egzotycznych jak biały szal należący do ostatniego gubernatora Mysoru w Indiach, oryginalne lampy z wielkim smakiem wykonane, czy też freski Norblina wprowadzające widza w zaczarowany świat dawnych bogów.

Ludwika nie skąpiła komplementów księżnej wojewodzinie i cieszyła się, że nie są to pochwały wymuszone okolicznością, ale wynikające z autentycznego podziwu dla  piękna, do jakiego została wprowadzona. Pielęgnowała w sobie to wspomnienie, które jednak nie mogło przesłonić  przykrych wrażeń z krótkiego wyjazdu do Warszawy. Póki była w Nieborowie, w Arkadii, świat zewnętrzny wydawał się odległy, poza czasem i wydarzeniami sprzed kilku lat. Była w majątku jednego z największych rodów Europy i nie docierały tutaj echa tego, co można było dostrzec w dawnej stolicy Polski, kraju który przestał istnieć dwa lata wcześniej. Drażniło ją prostactwo gubernatora Warszawy, który w obecności Polek z dobrych domów, opowiadał, księżnej z jaką to misją cywilizowania przybył do tej dzikiej polskiej hordy. Nie zdawał sobie sprawy, że polskie otoczenie jest lepiej wykształcone od brzydkich i niezgrabnych żon przysłanych tutaj pruskich urzędników. Księżna była oburzona tym, co zobaczyła, jak traktuje się Polaków. Uważała, że Prusy powinny starać się zdobyć zaufanie rodaków jej męża. Tymczasem odniosła wrażenie, że do ?cywilizowania? Polaków, których ona szczerze polubiła, król przysłał najgorsze męty stawiające sobie za cel wynarodowianie Polaków.

Z ulgą opuściła Warszawę i ponownie odetchnęła dobrym powietrzem Nieborowa. Stąd mieli wyruszyć do majątku, który otrzymał jej mąż. Nie wracali teraz traktem na Poznań, tylko skierowali się w stronę starożytnego miasta Kalisza.

- Teraz moja droga, żono zostały przed nami już tylko dzikie ostępy naszych majętności pod Przygodzicami, które jeszcze dzisiaj zobaczysz ? z uśmiechem powiedział książę Antoni i położył swoja dłoń na jej ręce ? berlinka trzęsła się po wyboistej drodze. Księżna wyjrzała przez okno. Kareta skręcała nieco i można było jeszcze dostrzec w dole wieże kaliskich kościołów i ratusza. Jakby utwierdzając się w słowach męża, spojrzała za siebie, żegnając strony cywilizowane. Minęli rogatki, przy których czekało na nich dwóch jeźdźców, którzy ruszyli przed karetą, eskortując ją w dalszą drogę. Książę nieco się pochylił, żeby również spojrzeć w tę sama stronę co jego małżonka i po chwili dodał:

- Musisz zapamiętać ten widok, bo Ostrów to niewielkie miasteczko. Wokół tylko lasy i bagniska, lecz nie martw się moja droga, obronię cię nawet przed wilkami. A poza tym nasz plenipotent, jak widać, przysłał dwóch doświadczonych dragonów. Poradzimy sobie w razie, gdyby powitały nas wilki.

- Przed wilkami? Tutaj są wilki? ? teraz żarty męża trochę jednak zaniepokoiły księżną.

- Tak, wilki. Nie przesłyszałaś się. Opowiadają w tych stronach historię pewnego kupca, którego w drodze z Kalisza do Ostrowa napadły wilki. Służący poświęcił życie dla swojego pana. Wilki go pożarły, a kupiec bezpiecznie dotarł do Ostrowa.

- To straszna historia - powiedziała z przerażeniem w głosie Ludwika. Książę nie chciał swoją opowieścią przestraszyć małżonki. Dobrotliwie pogładził dłoń Luizy i dodał spokojnym tonem:

 - Daruj  moja droga, nie chciałem cię niepokoić. Nic nam nie grozi, jest letni dzień, od teraz mamy towarzystwo tych dzielnych ludzi. Gdyby trzeba było, dadzą sobie radę, nie musimy ich wcale dawać na pożarcie. Mrugnął do małżonki, ale jej niepokoju zupełnie nie ugasił - Chciałem tylko podkreślić, że to odludna okolica, a droga tutejsza nie jest wygodna, ani też malownicza.

Księżna uświadomiła sobie, że przecież towarzyszy im orszak, są też stangreci, jedzie wraz z nimi szereg kilku koczów wiozących świtę i grupka dragonów. Droga była teraz bardzo piaszczysta, ale zaprzężona w cztery konie berlinka dawała sobie radę. Książę, chcąc złagodzić nieco opowieść o wilkach, musiał coś dodać o stronach, w które zmierzali.

 - Okolica tutaj trochę dzika, ale miasteczko się rozwija. Mieszka w nim wielu sukienników, majstrów różnych rzemiosł. Jest nawet złotnik. Znak, że nasi mieszczanie się bogacą. Są w okolicy liczne stawy, razem z lasami są dla nas bardzo intratne. Wioska Przygodzice i miasteczko Ostrów dużo nam dają. Trzeba tylko pomyśleć o wybudowaniu jakiegoś dworu, w którym moglibyśmy się zatrzymywać - kontynuował książę - bo nie ma tutaj żadnych wygód. Myślę sobie, że w tych lasach można byłoby urządzać wielkie polowania. Taaak, dwór będzie potrzebny - mówił trochę do siebie, bo Luiza pogrążyła się w myślach. Przypomniała sobie pewien zabawny epizod z Berlina. Wolała mniej dramatyczne żarty swojego męża. Jak na przykład ten z kaznodzieją angielskim. Była to historia z pierwszych miesięcy pobytu w ich berlińskim pałacu przy Wilhelmstrasse 77, jaki otrzymali w prezencie ślubnym od teścia. Nosił nazwę Hotel de Radziwiłł. Pewnego razu jakiś pastor anglikański, widząc napis zadzwonił do bramy, a gdy pojawił się jeden ze służących, poprosił o nocleg, zaznaczając, że bardzo spodobał mu się ten hotel.  Zbliżał się wieczór.  Służba znalazła się w kłopocie, nie oznajmiła pastorowi, że się pomylił, tylko jeden z kamerdynerów poszedł powiadomić pana domu o szczególnym gościu. Książę Antoni nakazał, aby podróżnego nie wyprowadzać z błędu i ugościć jak najlepiej. Zaznaczył, żeby dać mu pokój i wszystko, czego zażąda. Następnego dnia, gdy Anglika zaproszono na obiad, książę z żoną również zasiedli do posiłku. Jakież było zdumienie pastora, gdy okazało się, że jest gościem książęcego rodu. Zdarzenie wprawiło wszystkich w dobry humor, a pastor ponownie miał odwiedzić Berlin jesienią i wtedy zapewne również zagościć w "Książęcym hotelu".

Czas jakiś jechali w milczeniu. Orszak książęcy wyłonił się z lasu i zmierzał teraz po otwartej przestrzeni. Z lewej strony, nieco dalej od drogi majaczyła ściana lasu. Po prawej i przed nimi rozpościerały się pola. Było już po żniwach. Berlinka nieco zwolniła, konie zaparskały, powóz wjechał na niewielki mostek. Pod nim wiła się wąska struga rzeczki Ołobok. Głuche dudnienie końskich kopyt po drewnianym moście zwróciło uwagę pary książęcej, powóz toczył się po mostku, a po chwil nieco szybciej zjechał z niewielkiego wyniesienia.

- Zbliżamy się do Ostrowa - Książę wyjrzał przez okno, pokiwał głową. Z daleka dojrzał tumany kurzu, od strony miasteczka zbliżała się grupa jeźdźców - Ktoś wyjeżdża nam na spotkanie.

- Któż to taki? ? zapytała Luiza - byli już całkiem blisko. Woźnica zatrzymał karocę.

- To nasi Żydzi z Ostrowa, moja droga. Wyjechali nam na spotkanie - Zeszli z koni, i kłaniając się każdy po kilka razy zaczęli otaczać półkolem książęcą karocę. Luiza mogła już teraz dobrze im się przyjrzeć, ale zaraz zakryła usta ręką, bo nieomal parsknęła śmiechem.

Wiele lat później tak utrwaliła ów epizod w  swoich pamiętnikach:

Ostrów, było to miasteczko, zamieszkałe wyłącznie przez żydów, którzy na nasze spotkanie wyjechali konno. W braku odpowiedniego ubrania, dla uczczenia przyszłych dziedziców przywdziali aksamitne suknie swoich żon. Można sobie wyobrazić, jak wspaniale przedstawiała się naszym oczom cała ta kawalkada!

Księżna w jednym się pomyliła. Żydzi stanowili liczną, ale nie jedyną grupę mieszkańców miasteczka. I wcale nie najliczniejszą, ale w oczach księżnej wyróżnili się na tyle, by na zawsze kojarzyć się z obrazem Ostrowa. Gdy już książę podziękował im za powitanie, kazał swojemu służącemu dać gminie 5 talarów. Nie krył również swojego rozbawienia. Gdy ruszyli w dalszą drogę do Przygodzic, powiedział:

           - Widzisz moja Pani, zawsze liczyliśmy w tym miasteczku podatek od głów męskich, a teraz, jak widać, tutaj same białogłowy. Będziemy musieli zostać przy rencie mojego miłościwego księcia ojca.

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.