Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Witold Banach KRONIKI LITERACKIE PROWINCJI Historie prawdziwe, prawdopodobne, prawie zmyślone. (fragment 3)

1973

Skamandrycie nie pozwalają recytować wierszy w prowincjonalnym teatrze

 

(Wspomnienie starego pisarza w Moskwie)

 

Sędziwy pisarz zbliża się do osiemdziesiątki. Cieszy go piękna pogoda październikowa, która daje mu ulgę we wszystkich dolegliwościach: błędnik, żołądek, bóle w krzyżu, zawroty głowy, zszargane nerwy, po prostu - starość. A jednak porywa się na wyjazd do Moskwy na Światowy Kongres Sił Pokoju. Chyba sam kongres już niewiele go obchodzi, nie pisze nic o "wadze" toczonych obrad.

            Wieczorem przy stole w pokoju w hotelu-molochu "Rossija" (21 pięter, 3200 pokoi i 245 półapartamentów, w latach 60. XX wieku największy hotel na świecie) zapisuje niewielki fragment swojego dziennika. Wspomina spotkanie z dnia poprzedniego, kolację u Jadzi Staniukiewicz, w rodzinie moskiewskich Polaków, którzy tutaj - w sercu imperium sowieckiego -  kultywują polską tradycję: narodową i religijną. Jest również z nimi wdowa po Aleksandrze Mariamowie, redaktorze czasopisma "Nowyj Mir".

Pisarz ostrożnie kosztuje dobre jedzenie: kulebiak i cielęcinę z kalafiorami, żałuje, że po ataku żołądkowym nie może do woli korzystać z radości podniebienia. Ryzykuje, jak zwykle, nie trzymając się zalecanej diety niezależnie od tego, czy jest w Paryżu, Moskwie czy w Stawiskach.  Ach, ta ciągła zachłanność na wszystkie uroki życia.

To spotkanie na chwilę rekompensuje mu gorycz ignorancji w rodzinnym kraju, wśród kolegów pisarzy. Tutaj go chwalą, doceniają, z wyprzedzeniem świętują osiemdziesiąte urodziny, które mają nastąpić za niespełna cztery miesiące. Dostaje broszurę, w której jego sylwetkę twórczą postawiono obok Lwa Tołstoja. Jego próżność została połechtana, ale do książeczki podchodzi na chłodno, nawet pogardliwie:

Zebrała baba wszystkie wiadomości i zestawiła mnóstwo faktów, ale nic z tego nie wynika. Bardzo dla mnie pochlebne porównanie... i koniec.

Swoje moskiewskie spotkanie zapisuje 28 października i zaznacza, że to dzień imienin Tadeusza. Uświadamia sobie, że właśnie mijają pięćdziesiąt trzy lata od chwili, gdy w Warszawie jadł kolację z trzema Tadeuszami w redakcji dziennika "Naród". Gazeta uchodziła za piłsudczykowską, czego nikt mu teraz nie przypomina ani nie wypomina. Któż by zresztą śmiał? Trzej Tadeusze, z których dwaj byli dużo starsi od Jarosława Iwaszkiewicza: Tadeusz Zagórski, przed Wielką Wojną adwokat kijowski, zmarł w latach trzydziestych, Tadeusz Szpotański, pepeesowiec, który przed wojną przez kilka lat był wiceprezydentem Warszawy, zmarł kilka miesięcy przed powstaniem warszawskim i Tadeusz Hołówko, był starszy tylko o pięć lat, w 1931 roku został  zamordowany w Truskawcu przez ukraińskich nacjonalistów.  

Przed ponad półwiekiem pisarz właśnie kończył drugi epizod (pierwszy, równie krótki, był na Podolu) w swojej karierze wojaka. Faktycznie wstąpił do wojska za namową księcia Michała Woronieckiego, którego synów był nauczycielem. Nie wypadało zrobić inaczej.  "Inteligent bez ziemi" z Ukrainy, po powrocie z Ostrowa Poznańskiego (zawsze dodawał przymiotnik Poznański, chociaż nigdy urzędowa nazwa miasta tak nie brzmiała), nie miał jeszcze swojego lokum. Korzystał z uprzejmości książąt Woronieckich. Nie nawojował się i tym razem, po wcieleniu od razu trafił na najdalsze możliwe zaplecze, do batalionu zapasowego nieopodal granicy polsko-niemieckiej. Przyjaciele od początku zastanawiali się, jak go wyrwać z wojska. Karol Szymanowski uruchomił sieć wpływowych znajomych: Strońskiego i Ciocię Franię czyli księżnę Franciszkę Woroniecką. W jej moc Karol Szymanowski bardziej wierzył niż we wpływy Strońskiego, ale musiał używać swojego daru perswazji i przebiegłości, bo przecież księżna był niechętna wszelkiego rodzaju dekowaniu.

            Martwi mię to bardzo, (...)  jak i Twój los - chociaż Ci w tym Ostrowie tak dobrze, jak piszesz - uważam bowiem, że obaj powinniście być w Warszawie (Mieczysław Jerzy Rytard) i zaczynam trochę się namyślać, czyby to nie dało się jakoś uskutecznić. Ostatecznie szafowanie takimi jak Ty - etc. - jest może bardzo romantyczne, ale również idiotyczne. Te sprawy - pominąwszy nawet względy osobisto-sentymentalnej natury, coraz bardziej mię gnębią i oburzają. Ostatecznie Makuszyńskiemu, Perzyńskiemu i 1000 innym bardzo do twarzy w mundurze i są w Warszawie zupełnie na swoim miejscu. (list z 11 IX 1920)

            W drugim liście kompozytor cieszy się z zapowiadanego powrotu kuzyna i przyjaciela.

            Nie posyłam Ci szeregu książek, o które prosisz, wobec ewentualnego przyjazdu waszego do Warszawy - bo nie mam na razie "Przeglądu" u siebie. (...) Nie masz pojęcia jakbym pragnął, byś mógł już skończyć całą tę  militarną aferę! (list z 5 X 1920)      

            Wojsko może mieć jednak swoje zalety, na krótki czas, gdy nie jest zbyt uciążliwe - a dla naszego Skamandryty nie było - znakomicie organizuje czas, zapewnia podstawowe warunki bytowe, gdy nie ma problemów z wyjściem na przepustkę ? problemów z przepustkami też nie miał - można było zatem krótką służbę potraktować jako swoisty wyjazd rekreacyjny z odpowiednią dawką gimnastyki i regularnie podawanym jedzeniem. Cała przygoda wojskowa Iwaszkiewicza trwała cztery miesiące.

            Przede wszystkim przybyszowi z Warszawy bardzo spodobało się miasteczko, zadbane, czyste, z przyzwoitą architekturą.

Kościół nowy, trochę niemiecki, ale najładniejszy z kościołów współczesnych jaki widziałem, szczególnie we środku biały marmurowy, taki wykończony artystycznie w każdym szczególe, że robi nadzwyczajne wrażenie - pisał w liście do matki.

            Szeregowy powodowany chwilowym zauroczeniem tak bardzo się zagalopował, że proponował swojej matce, aby zamieszkała w Ostrowie. Informował też swoją rodzinę, że tutaj w Poznańskiem ławo o pracę dla nauczycielek. Skutkiem germanizacji szkół, braku polskiego szkolnictwa wyższego odczuwano niedobór nauczycieli wszystkich szczebli.

            Miejscowa elita trochę go irytowała, trochę śmieszyła: burmistrz, dyrektor gimnazjum, prezeska Czerwonego Krzyża, ksiądz dziekan, przypominali mu bohaterów świata Capowic z powieści Jan Lama. Może mentalność Wielkopolan wydawała mu się za mało błyskotliwa, zbytnio pretensjonalna, nazbyt praktyczna? Nie sprecyzował dokładnie dlaczego. A może chodziło o to, że lokalna społeczność nie zdawała sobie sprawy z kim ma do czynienia? Wśród wojskowych zapasowej jednostki były osoby mające już pewne artystyczne dokonania i w warszawskim światku już dobrze znane: Bronisław Romaniszyn - śpiewak, Józef Munclinger - śpiewak opery warszawskiej, Adam Kuryłło - skrzypek, Aleksander Wat (Chwat) - poeta futurysta, Domański - aktor, Kucharski - kuplecista z  "Qui pro quo". I on - jeden ze Skamandrytów.

            Zaskoczyło go, że w tej dziurze spotkał tylu Rosjan. Nie wiedział, że w pobliżu formowano oddziały, które miały walczyć o "Trzecią Rosję", a w mieście znajdowali się przedstawiciele Rosyjskiego Komitetu Politycznego. Spotykał ich podczas koncertów w miejscowym teatrze. Rozmawiał z nimi po francusku, obie strony zgodnie uznały, że jakoś nie wypada mówić po rosyjsku. Widział tu wielu wojskowych, w tym  generała Suchomlinowa. Najbardziej zdumiało go, gdy zobaczył tutaj Dymitra Mereżkowskiego, był przecież miłośnikiem poezji jego żony Zinaidy Gippius. W czasach, gdy rozczytywał się w jej liryce, sam też jeszcze  swoje wiersze pisał po rosyjsku.

            Podczas ostrowskich tygodni wyczekiwania miał dużo czasu. Pojadą do Warszawy, czy nie pojadą, wyślą ich w końcu na front, czy nie wyślą? Pisał listy, nie zaniedbywał swoich spraw twórczych. Już w drodze do Ostrowa, gdy pociąg jechał dwie doby, napisał wiersz Pociąg utęskniony, który wraz z innymi lirykami posyłał Karolowi Szymanowskiemu. Przez kolegów, którzy dostali przepustki i pojechali do Poznania, próbował "wydudlać" zaległe pieniądze ze "Zdroju". Cały dzień ganiali za Hulewiczem po mieście, ale nic nie wskórali. Nie przychodziły też spodziewane pieniądze z "Kuriera Polskiego" i "Skamandra". Stąd tygodniowa przepustka popołudniowa nic nie znaczyła, warszawski poeta nie miał gdzie pójść bo nie miał pieniędzy, chociaż,  jak zauważył, restauracje tutaj są bardzo tanie.

A jednak gdy pod Warszawą decydowały się losy Polski, a pewnie i Europy, tutaj w cichym garnizonie wesoła gromada dzieliła czas między ćwiczeniami, musztrą, występami na deskach miejscowego teatru i przepustkami. Dla naszego bohatera był to czas zawieszenia trosk i dziwnego spokoju. Letnie, cieple wieczory. Jakieś poczucie beztroski i wolności, czuł się wtedy szczęśliwy chociaż grosza brakowało. Przegadał kilka nocy z innym, jakże odmiennym poetą. Spacerowali z Chwatem, rozmawiając o sztuce, swoich planach. Miasteczko było ciche, pogoda na ogół wprawiała w dobry nastrój. Ćwiczenia były przyjemne, zabawniejsze od musztry.

Występy i przedstawienia sprawiały, że poznawał miejscowe rodziny, które obrońców ojczyzny chętnie zapraszały do siebie. Skamandryta stara się takich gospodarzy zgromadzić przynajmniej na każdy dzień tygodnia, aby móc się dożywić.

            Mam więc nowy dom na kolacje, już czwarty. Do siedmiu niedaleko - a trzeba koniecznie siedmiu, bo trzeba na cały tydzień zafundować takie kolacyjki. Munclingr nazywa mnie już dawnym "starym pieczeniarzem".

            Tak mu zostało, chyba całe życie był pieczeniarzem, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że potrafił też pomagać innym. Gdy trzeba było, jego dom - szczególnie po powstaniu warszawskim - był bezpieczną przystanią.           

Podczas pobytu w ostrowskiej jednostce pojawiła się jeszcze jedna możliwość spędzenia czasu w miłym towarzystwie i z dobrym jedzeniem. Kilka stacji od Ostrowa znajduje się Mikorzyn a w nim dwór rodziny Iwańskich, dalekich krewnych od strony matki. Przebywał tam senior rodu August Iwański, powstaniec styczniowy i zesłaniec. Był człowiekiem bardzo umuzykalnionym, uczniem Juliana Fontany - przyjaciela i ucznia Chopina. Nabyte umiejętności pozwoliły mu na utrzymywanie się  z lekcji muzyki podczas zesłania na Sybir.

Niezwykłym przeżyciem dla gościa z Ostrowa były chwile,  gdy sędziwy  (mający wtedy 88 lat) wuj August zaprosił go do swojego pokoju i tam skostniałymi rękami zagrał kilka mazurków Chopina tak, jak je grał Fontana za swoim mistrzem. Syn seniora rodu, o tym samym imieniu, był zaprzyjaźniony z Karolem Szymanowskim i odwiedzał swojego dalekiego kuzyna w ostrowskiej jednostce.

Pobyty w Mikorzynie były okazją do miłego wypoczynku, niezapomnianych wrażeń i niewinnych flirtów (z Jasiową Iwańską poetką i jej uroczymi przyjaciółkami),  również spotkań z kresowymi rozbitkami, którzy pojawiali się w Mikorzynie. Szczególnie z Marią Dunin-Kozicką (później autorki głośnej Burzy od wschodu) i jej mężem, zbiegłymi z pogromów kresowych. Dom Iwańskich był bardzo artystyczny, każdy tutaj miał uzdolnienia muzycznie, pisał wiersze lub pamiętniki. I tak z pokolenia na pokolenie. Żona kuzyna Jana, Stanisława Iwańska podarowała przybyszowi z Ostrowa niedawno wydany w Poznaniu tomik Pocałunki i śnieg. Skamandryta wkrótce przesłał autorce swoją recenzję tomiku, co też pośrednio było okazją do następnej wizyty. Małżeństwo Jana i Stanisławy miało w tym czasie dwuletnią córeczkę Alicję, która później jako nastolatka zadebiutowała w słynnej ostrzeszowskiej "Okolicy Poetów".

Po powrocie do jednostki czas wracał do dopołudniowego rytmu ćwiczeń lub wykładów, które wzbudzały politowanie u dobrze wykształconych słuchaczy.

Od paru dni leje deszcz i mamy zamiast ćwiczeń przenudne wykłady podoficera, na których to właśnie piszę ten list z nudów. Czasami umieramy ze śmiechu z niektórych wyrażeń i opowiadań tych półinteligentów. Uczą nas śpiewać Madelon - Madela. Podejrzewam, że im się zdaje, że Madelon to imię męskie...

W ogóle na śpiewach strasznie śmieszne rzeczy się dzieją. Na szczęście teraz mamy b. porządnego porucznika i jest u nas porządek i lepiej nas karmią. - Pisał do matki i sióstr 28 sierpnia 1920 roku.

Osobny rozdział pobytu Iwaszkiewicza w Ostrowie stanowi udział w koncertach i przedstawieniach. Był wtedy początkującym poetą i prozaikiem, ale to, co może z perspektywy następnych dziesięcioleci wydawać się nawet zabawne, to fakt, że na deskach teatru w Ostrowie występował jako pianista, sufler, inspicjent, chłopak do noszenia. Nie narzekał, każdy powód był dobry żeby się zwolnić z ćwiczeń.

Dlaczego jednak on, Skamandryta nie zarecytował na deskach miejscowego teatru żadnego swojego wiersza? Sprawa rozstrzygnęła się już podczas pierwszego koncertu. Gdy układano program "bardzo godnego" koncertu na rzecz Czerwonego Krzyża. Jarosław oznajmił, że chciałby powiedzieć na koncercie swój wiersz np. Moje siostry. Ktoś jednak - niestety, nie wiemy kto ? uznał, że jest i tak za dużo deklamacji, więc Skamandryta ma zagrać, zamiast recytować. Tym sposobem poeta nie miał okazji przedstawić swojego wiersza. Chociaż podparcie literaturą i tak zaistniało.

Mój numer  w programie wygląda tak: solo fortepianowe wykona Jar. Iwaszkiewicz współredaktor ?Skamandra?. Niby redagowanie Skamandra dawało mi patent muzyczny.

Pozwolono mu zatem tylko zagrać, chociaż z pamięci dobrze grał jedynie Brahmsa. Okazało się jednak, że występ szeregowego Iwaszkiewicza zrobił furorę. Recenzent lokalnej gazety był zachwycony. W notatce zmieszczonej w rubryce "Wiadomości miejscowe i potoczne" uznał, że wykonanie 'Walca' Brahmsa stanowiło zenit koncertu.

Nie spodziewałbym się od dyletanta - sit venia verbo! - takiego artyzmu, tak doszczętnego zagłębienia mistycyzmy Brahmsa - pisał autor ukrywający się pod pseudonimem Auto-Widort.

Nic dziwnego, że "dyletant" podkreśla sentymentalną i prowincjonalną  pretensjonalność, z jaką często spotykał się w miasteczku. Ma nawet na to rodzinne powiedzonko - Őka. Takimi Őkami są miejscowe panienki, strasznie wzruszone i w ogóle? Podobna pretensjonalność objawiała się w lokalnej prasie. Nasz bohater żartował później, że żadna jego praca literacka nie wzbudziła takiego entuzjazmu recenzenta, jak jego koncert w Ostrowie. Skoro jego gra wzbudziła taki aplauz, w następnych koncertach już nie próbował recytować, szukał w miejscowych księgarniach Berceuse i Preludia Chopina; udało mu się zdobyć nuty do muzyki jego przyjaciela, krewnego, sławnego już kompozytora. Zachował się jeden afisz z programem Wieczoru Pieśni Polskiej dnia 5. września 1920 r., wśród wykonawców Jarosław Iwaszkiewicz grający Preludium Karola Szymanowskiego.

 Nawet jeżeli nie był zadowolony ze swojej gry, to publiczność została oczarowana, a powodzenie "dyletant" miał szalone. Pod koniec pobytu w Ostrowie był już wziętym koncertmistrzem, jakieś wielbicielki składały mu chryzantemy, anemony i róże?

            Czy to nie paradoks, że właśnie w Moskwie po 53 latach sędziwy pisarz przypomniał sobie pobyt w Ostrowie, gdy jako ochotnik zgłosił się do wojska, które miało powstrzymać nawałę bolszewicką. On, który do perfekcji opanował bycie Europejczykiem i obrońcą pokoju według radzieckiej recepty. I wydaje się, że właśnie tutaj w prowincjalnym miasteczku, na dalekim zapleczu wszystko zostało określone. Nie zawsze mógł mówić to, co mógł wyrazić jego talent - po latach nawet niechętni przyznają, że był wielkim pisarzem - miał natomiast zagrać rolę, również tę pisaną przez innych.

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.