Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Witold Banach KRONIKI LITERACKIE PROWINCJI Historie prawdziwe, prawdopodobne, prawie zmyślone. (fragmenty)

1937

Jerome zauważa z okna  pociągu fragment swojego przeznaczenia (1)

 

Pociąg zatrzymał się na stacji, postój był teraz nieco dłuższy. Stacja przesiadkowa, podróżni jadący ze Śląska mogli się tutaj przesiąść na pociąg do Warszawy, podobnie jak jadący od strony Leszna lub Krotoszyna. Lokomotywa uzupełniała zapas wody, pasażerowie mieli czas na wejście do bufetu. Na drugim peronie, na którym zatrzymał się pociąg, był też kiosk, gdzie można było napić się wody sodowej, kupić słodycze lub nawet zjeść kanapkę. Jednak młody człowiek jadący z Wiednia (po przesiadce w Katowicach, przed przesiadką w Poznaniu) do Bydgoszczy postanowił wejść do budynku dworcowego, w którym zapewne mieścił się większy bufet, a najpewniej restauracja.

 

Chłopak szybko przeszedł podziemnym tunelem między peronami, wyszedł na peron pierwszy, z którego dostał się do holu dworcowego. Otwarte na oścież drzwi z prawej strony prowadziły do restauracji. Wszedł do dość obszernej sali wypełnionej podróżnymi. To była stacja, na której ruch był dość duży.  W sali restauracyjnej szybkim krokiem skierował się do bufetu. Poprosił o piwo i papierosy. Wydawało mu się, że barman nieco się skrzywił, nalewając piwo do kufla. Może dlatego, że Jerome wyraził  się po niemiecku, może dlatego, że dostrzegł semickie rysy u chłopca.

- Mocno wyglądasz na potomka króla Dawida, a Żydków, jak tam powiadają, nie lubią w stronach, do których pojedziesz - powiedział jeszcze w Wiedniu pracodawca Jeremiego, otulając się kłębem dymu z cygara. Rozpierając się w swoim fotelu,  w którym ledwie się mieścił - Przypomniał sobie słowa usłyszane kilka tygodni wcześniej.

Chłopak podszedł z piwem w stronę okna, z którego rozpościerał się widok na ulicę prowadzącą do centrum miasta. Tuż przed dworcem, na podjeździe jacyś przyjezdni wchodzili do dorożek, co trochę zdziwiło młodzieńca przyzwyczajonego do automobilowego zgiełku w Nowym Jorku, Paryżu, a ostatnio również w Wiedniu. Zobaczył jeden przejeżdżający samochód, a  drugi stał na ulicy, której się przyglądał.  Za oknem wąwóz domów rozpoczynającej się od śmiesznego niewielkiego parterowego budynku zwieńczonego na końcu stromym daszkiem wygiętym na kształt małej pagody. Dalej ceglane budynki koszar - jak się szybko domyślił, bo kręcili się tam jacyś ludzie w mundurach. Po prawej stronie ulicy rząd kamienic, niezbyt wysokich, miały dwa, trzy piętra. Na końcu horyzontu nieco wyższa od pozostałych, zakończona kopułą. Więcej nie udało się zobaczyć.

W sumie nic ważnego, nic godnego uwagi, wartego zapamiętania. Zimne piwo i papieros to najlepsze, co teraz mogło go spotkać.  Na kuflu wymalowany był napis Hirsch i głowa jelenia. Znał niemiecki, wiedział, że słowo Hirsch jest nazwą pięknego zwierzęcia. To ładnie, że jeleń jest symbolem miejscowego piwa - pomyślał. Wiedział jednak, że niebawem będą mu towarzyszyły inne zwierzęta, mniej dostojne i nieznające wolności, jadące na rzeź.

Dopił piwo i skierował się do stojącego na peronie pociągu. Zegar w holu pokazywał kwadrans po  pierwszej. Do odjazdu było jeszcze dziesięć minut. Gdy wchodził do tunelu prowadzącego na drugi peron, usłyszał pierwszy gwizdek konduktora.

Po chwili siedział już na swoim miejscu i nadal przyglądał się temu, co można było dostrzec z okna. Miał miejsce w wagonie stojącym prawie na początku składu pociągu, skąd widoku na miasto nie zasłaniał budynek dworca. Ulicę, którą widział przed chwilą mógł teraz obserwować z nieco krótszej perspektywy. Teraz jeszcze raz mógł zobaczyć ów niewielki, budyneczek ze śmiesznym dachem. Ponad domami ulicy wychodzącej od dworca dostrzegł też czubek kościelnej wieży z czerwonej cegły, z której zbudowany był też budynek miejscowego dworca, podobnie  jak kilka innych dworców, jakie ostatnio mijał. . Wszystko ceglaste, nieciekawe.

Jeszcze wczoraj opuszczał Wiedeń; przyzwyczajony do wielkiego miasta lubił rozmach dużych metropolii. Ruch samochodów, tramwaje, zgiełk. Później z okien pociągu oglądał malownicze góry czeskie, dotarł do Śląska, gdzie przesiadał się do pociągu zmierzającego  w dalszą drogę do celu, o którym wolał nie myśleć. Pociąg straszliwie wolno się tam rozpędzał. Zanim opuścił  niezliczone wstęgi torów, krzyżujących się, przechodzących ze szlaku, na szlak, mijał wieże kopalnianych szybów, kominy fabryczne, surową zabudowę górniczych miast.

Teraz podróż odsłaniała równiny, brązowe połacie pól, i kolorowe  pasma lasów w jesiennych barwach. Łagodne już teraz Słońce rzucało światło na różne odcienie żółci, czerwienie, brązy i poszarzałą jesienną zieleń.  Było ciepło, zdawało się, że powietrze wiedeńskie jeszcze pozostało tutaj na północ od rozgrzanego latem Dunaju.  Nic jeszcze nie wskazywało na mroźną aurę Polski, przed którą go ostrzegano w Wiedniu.

Dobra pogoda, mijane leśne równiny chwilami łagodziły nastrój młodzieńca, wysłanego do tego kraju wbrew swoim marzeniom, wbrew swojemu powołaniu.

Nie mógł wybaczyć ojcu, który kompletnie nie rozumiał syna, wyśmiewał się z niego, nie podzielał jego zainteresowań. Uważał literackie fanaberie za zajęcie dla mięczaków, którzy nie potrafią sprostać prawdziwie męskim obowiązkom.

                Nigdy mu tego nie wybaczę. Wysłał mnie tutaj na koniec świata, myśląc, że zrobi ze mnie handlarza wieprzowiną. Nie zapomnę mu tego.  Jego nie obchodzi to, że będę sławnym pisarzem, mnie nie obchodzi jego świński interes. Tak, dokładnie świński interes. Dlaczego często jest tak, że twój ojciec musi być twoim głównym wrogiem. Do diabła z tym. Wypchaj się staruszku, przetrwam to, co mi zgotowałeś,  a i tak dopnę swego. Zobaczysz.

                Zapalił kolejnego papierosa. Od kilku godzin nic nie jadł, ale właściwie nie był głodny. Wystarczały mu papierosy i piwo. Może coś zje w Poznaniu, na kolejnej stacji przesiadkowej, drugiej i ostatniej w tej bezsensownej drodze wyznaczonej przez starego.

                Usłyszał ostatni gwizdek konduktora i głos mówiący, aby wsiadać do wagonu. Tak przynajmniej się domyślał, bo konduktor mówił po polsku. Znał kilka polskich słów, ale jak na razie wszyscy po drodze rozumieli go, gdy zwracał się w języku niemieckim, chociaż spojrzenie mężczyzny sprzedającego piwo w restauracji dworcowej nie wyrażało aplauzu dla tych kilku słów wypowiedzianych w mowie Goethego. Usłyszał trzask zamykanych drzwi wagonów. Rozpoczął się kolejny etap wędrówki w nieznane.

                Młodzieniec zgasił papierosa i stanął przy otwartym oknie. Przed oczami przesuwały się jakieś zabudowania dworcowe, wieża wodna, później kolejny ceglany budynek z rampą, na której robotnicy ładowali do wozu konnego białe worki. Teraz do zapachu pary i swędu parowozu, wkradł się również jakiś inny. Poznał ten zapach już w Wiedniu i wiedział, co oznacza, ale przecież jeszcze nie dotarł do Bydgoszczy. Słodki, mdlący, w którym czuło się krew i śmierć.  To, co poczuły jego nozdrza wskutek podmuchu wiatru od strony wschodniej, potwierdził po chwili widoki. Jakieś dwieście, a może sto pięćdziesiąt jardów kolejny ceglany budynek. Duża hala z wieżyczką u wejścia, z widoczną rzeźbioną głową byka na frontonie. Wszystko się zgadzało. To miejscowa rzeźnia, która przypomniała chłopakowi, w jakim celu i dokąd zmierza. Jeszcze nie jest u kresu podróży, a w tym paskudnym mieście, którego nazwy nie zapamiętał, zapach przypomniał perspektywę spędzenia najbliższych tygodni, miesięcy. Czy teraz już przy każdej stacji kolejowej będzie żegnała go rzeźnia? Czuł, że ten zapach go mdli. Chwycił za rączkę, pociągnął do góry i zasunął okno. Chociaż słodki zapach nadal snuł się i był nieustępliwy.

Zapalił kolejnego papierosa i w duchu kolejny już raz przeklinał ojca.  Za kilka godzin będzie w Bydgoszczy, nazajutrz zacznie praktykować w rzeźni. To mu wystarczało, żeby już teraz widzieć, że po powrocie nigdy nie będzie robił tego, do  czego chciał go przeznaczyć ojciec.

 Czym jest szlachtowanie zwierząt, miał się dowiedzieć za kilkanaście godzin.

Czym jest rzeźnia ludzka, miał się dowiedzieć kilka lat później.

 

Tekst stanowi fragment projektu realizowanego w ramach stypendium z budżetu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ilustracje pochodzą ze zbiorów Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego.



1 Jerome David Salinger - jeden z najważniejszych pisarzy amerykańskich XX wieku. Autor głośniej powieści Buszujący w zbożu.

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.