Fakty Ostrowskie TV

Reklama

Karol Walerowicz PAN BAŁAGAN I ZAGINIONY SKARB

Część I

O przedziwnym pokoju i tajemnicy jeszcze bardziej tajemniczego stworka

Powiedzieć, że pokój Piotrka był niezwykły, to za mało? Należałoby raczej określić go jako zaklęty, tajemniczy czy zaczarowany, a na pewno zwykła niezwykłość w tym przypadku nie wystarczy. Działy się tam bowiem bardzo dziwne rzeczy. Niemal wszystkie przedmioty pozostawione w owym pokoju potrafiły same się poruszać. Naprawdę... Na przykład stojący na biurku samochód strażacki, nie wiedzieć czemu, na drugi dzień znajdował się na dywanie, a wszyscy wiemy, że zabawki same nie potrafią się przemieszczać. Podobnie sprawa się miała z żołnierzykami, które zamiast grzecznie siedzieć w kolorowym kartonie, wędrowały po całym pokoju. Mama uparcie twierdziła, że odpowiedzialny jest za to jakiś bałagan, ale Piotrek nigdy żadnego "bałagana" nie widział. Co gorsze, kiedy pewnego dnia wychodząc rano do szkoły zostawił na krześle przy biurku parę pasiastych skarpetek, po powrocie już ich tam nie było. Dwa dni zajęło właścicielowi znalezienie zguby, która ostatecznie znalazła się w zakamarkach szuflady. W tajemniczym pokoju znajdowały się również najróżniejsze kolorowe pudełka, zarówno te okrągłych kształtów, jak i prostokątne; małe i duże, posiadające niezwykłą właściwość układania się codziennie w inne figury. Raz były wieżą z okrągłym, niebieskim, dużym pudłem na spodzie, innym razem znowu piramidą, gdzie owe pudło stanowiło wierzchołek.

Agnieszka Cieślak GEDEON

-        Ja polityką się nie zajmuję. Rodzinę na utrzymaniu mam. Pełny gar, sucha chałupa to moja polityka. I żeby mi baba nie zrzędziła, że dzieckom smary u nosów wiszą, to i o portki wystarać się dla nich na zimę muszę.

-        Od napaści kraj cały cierpi, to myślisz, że twoje ominie?

-        Niech szkolone barzej staranie o  Matuchnę mają. A bo ja to munki z mojego im nie dał? Ileć to? Nie dalej jak na paschalne żym do stolicy kasztanką zawiózł. Babie i dzieckom odjąłem!

-        Patriota to i krwi Matuchnie nie odmówi, a ty mąkę wypominasz.

-        Ty mi, Byniu, o patriotach nie gadej! Bo wszystkie wiedzą, żeś Midiańczykowi córkę chciał dać.

 -        Dać nie chciałem. Ona iść za niego chciała, bo to książę był. Ale tego nie wspominaj, bo dawnoć było. Przed najazdami jeszcze.

Włodzimierz Wielgosz SZAL W KOLORZE TURKUSU

Na początku był chaos. Dopiero z niego wyłoniła się bezkształtna plama. Dojrzał ją z daleka. Raz zdawała mu się niebieska, a raz zielona. Potrzebował przejść jeszcze dobrych parędziesiąt metrów, co rusz przeskakując przez kałuże, by ostatecznie uznać ją za turkusową.

Park po wichurze wyglądał jak po przejściu ruskich wojsk. Mimo połamanych drzewek, porozrzucanych gałęzi i liści, szedł przed siebie, nie spuszczając oczu z turkusowej plamy, aż ta nabrała konturów, które nazwał kobiecymi. Jeszcze kilka susów między rwącymi strumyczkami i pojawił się dźwięk. Był tak inny od dźwięków samochodów pochodzących z pobliskiej ulicy. Brzmiał jak piosenka w nieznanym języku. Nie wyławiał jeszcze słów, ale czuł jego ton. Nazwał go turkusowym. Jeszcze parę poślizgnięć na mokrych liściach i w dźwięku pojawiły się słowa. Były jak huragan, co zrywa dachy, jak wiatr co obala drzewa, jak burza co dopiero przeszła. Też nie wiedział jak je nazwać, ale turkusowe dobrze pasowały.

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 6

Wychodzili, ale Bazyli ciągle nie był gotów. Czytał książkę o perskich księżniczkach, dżinnach i samarkandzkich książętach. Mówił, że nie może skończyć, bo żadne opowiadanie nie kończy się tylko przechodzi w następne. Przerwać jednak mógł, więc  poszli na wystawę. Pani od polskiego kazała napisać recenzję obrazu czy grafiki, najlepiej współczesnej. Mama powiedziała, że dobrze się składa, pójdą wszyscy na wystawę i może Bazyli zapomni trochę o fizyce. Wyszli.

O dostojna pani opowieść moja nie jest podobna do pozostałych, lecz jest od nich jeszcze bardziej niezwykła

W piątkowe popołudnie wybraliśmy do Galerii 33 na wystawę pani Lilianny Lilu Lazarskiej - pisał Patryk  - szliśmy wąską uliczką. Minęliśmy sklep z konfekcją, rybny i ksero. Zatrzymaliśmy się przed nieotynkowanym budynkiem jakieś dawnej fabryczki czy manufaktury. Drzwi były otwarte, a przed wejściem stał rower oklejony folią od czekolady. Byliśmy na miejscu.  Wśród starych waliz, dziewiętnastowiecznych maszyn do szycia i różnej wielkości latarni i latarenek wspinaliśmy się trzeszczącymi drewnianymi schodami na pierwsze piętro. Pachniało zjadanym przez korniki drewnem, gipsem i pajęczynami. Choć tych ostatnich nie było. Z każdym stopniem coraz intensywniejsza stawała się woń innego rodzaju. Pachniało niespodzianką... bo sielanką to złe słowo. W powietrzu unosiło się coś? coś, za czym bardzo się tęskni. O takich miejscach można śnić. Żal kiedy się przebudzi z snu... Nie wiem, czemu nie buduje się rozległych pomieszczeń o oknach rodem ze szkockiego zamku. Tylko, że nie wrzosowiska, a zaniedbane podwórko było widać przez nie. Jakaś troskliwa ręka rozstawiła donice z kwiatami, jedyne źródła koloru. Jakbyśmy przenieśli się w czasie do dwudzieste? Nie, raczej końcówka dziewiętnastego wieku. Czy mama żyła w dziewiętnastym wieku?

Włodzimierz Wielgosz, DŻINN

Zwali go Dżinn i to wcale nie dlatego, że niczym duch arabski, był silny, mądry i dostojny. Przeciwnie, Dżinn był słaby jak dziecko zbłąkane w najciemniejszym z lasów, w czasie najgęstszej z mgieł. Ksywka również nie wzięła się stąd, że spełniał trzy życzenia. O nie, Dżinn przez całe czterdzieści pięć lat swojego życia nie spełnił ani jednego życzenia, nie zrealizował żadnych pokładanych w nim nadziei, ani własnych, ani cudzych. Nie spełnił oczekiwań pijanego ojca, wiecznie znerwicowanej matki, krzykliwej  przedszkolanki, poirytowanej nauczycielki, zgorszonego katechety, oburzonego sędziego, gburowatego pracodawcy, ani wiecznie gderliwej żony.

Agnieszka Cieślak TARNEJ

Tarneja znali wszyscy. Był karczmarzem w jednej z dwóch gospód w miasteczku. Druga gospoda należała do Grubego Koo; nie warto o nim wspominać. Ni o jego karczmie. Za to pieczone gęsi i mamałyga u Tarneja - to było coś. Któregoś zimowego dnia miasteczko odwiedziło dwóch takich. Krzywe gęby, że aż niemiło. Co wrażliwsi bali się nawet przyglądać. Tarnej, jak to Tarnej - chłop niczym dąb, nikogo się nie boi, wszystkim śmiało w oczy patrzy, ale obcych nie lubi.

- Ta, może i są - odburknął grubym głosem, gdy tamci spytali o wolne pokoje, po czym odwrócił się i zabrał do faszerowania gęsi.

- Gospodarzu, mielibyście więcej szacunku do gości - powiedział wyższy z przybyłych.

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 5

Odwiedziny, oględziny i ich wynik

Prawdopodobnie, gdyby przy wszystkim był wilkołak, kotek nigdy nie zamieszkałby w domu Łotersonów. Zwierzak, którego odkryła mama podczas wieszania prania na strychu, patrzył tak smutno i niewinnie... wytrzeszczonymi jak u żaby ślepiami. Konsylium orzekające, w skład którego weszli: śpiący na stojąco Patryk i Luka (właśnie wrócił z czymś na śniadanie) oraz Filip (wpadł na śniadanie) miało  związane ręce. Mama nie miała sumienia? a kotek mruczał na poduszce w kuchni.

- Przypomina indyka - powiedział Filip.

- Jak na drób ma za bardzo wężowy ogon - zauważył Patryk.

Zwierzak, jakby rozumiał, uderzył ogonem o lodówkę, aż echo poszło.

- O! głodny kotek - zaszczebiotała pani Łoterson.

- To nie kotek - powiedział twardo wilkołak.

Wszyscy obecni, łącznie ze zwiniętym w rolmopsa zwierzakiem, spojrzeli pytająco na Lukę, który wycedził.

- Ja... ja... ja... szczur! - wycedził ten

- Nie szczur tylko wilkołak! - zaprotestował Filip.

- Ja też lubię chińską uprzejmość - ucieszyła się mama, która niezbyt dobrze odczytała słowa przyjaciela  - O wspaniali, którym nie godnam zawiązywać sznurówek, siadajcie do stołu!

- O co chodzi?- spytał Filip szeptem Patryka.

- Uprzejmość chińska - wyjaśnił Patryk, siadając przy stole - rozmówcę wychwala się pod niebiosa, a siebie samego przyrównuje do psiej kupy. A jak go nazwiemy? - spytał.

- Bazyli - mruknął od niechcenia Luka.

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 4

Kto na posterunku przy balii w sobotę

Akurat nadeszli Patryk ze Złośliwym Gówniarzem, kiedy ze statku wyskoczył rosły, ogorzały, ciemnowłosy i zarośnięty mężczyzna w czapce.

- Na Odyna!!! - krzyknął - Asgard czy Wanahaim?!

- Obraża nas? - spytał dziadek.

- Niech spróbuje! - zawołał gniewnie wujek z marsem na twarzy.

Niespiesznie wstał od stołu i wyszedł przybyłemu na przeciw. Towarzyszyła mu dwójka dzieci. Szacując po fizjonomii, powinny mieć na imię Strach i Lęk - pomyślał Patryk.

- Odważny jak zawsze... - wyrwało się pulchnej ciotce pod adresem wujka o surowym obliczu - choć zbyt brutalny... - uściśliła.

- Kim jesteś? - zagrzmiał wujek.

Na branży pościelowej imię i pochodzenie nieoczekiwanego gościa nie zrobiły najmniejszego wrażenia.

Włodzimierz Wielgosz ZWYCIĘSTWO

Na dworze wiał zimny wiatr. Wszedł do banku. Przywitał go chłód inny niż ten w centrum starego miasta, chłód formalności, biurokracji i marmurów. Ręce wsunął głęboko w kieszenie długiego płaszcza, o wiele za długiego jak na tę porę roku. Lewa kieszeń prochowca nieudolnie kryła przedmiot kształtem przypominający małą strzelbę.

Przed nim stała długa, nerwowa i przeskakująca z nogi na nogę kolejka.

Ruszył w kierunku okienka z napisem "Wypłaty". Starsza kobieta, zamykająca ogonek, gdy go dojrzała, otworzyła usta i cofnęła się. Przywitał ten gest z obojętnością.

Następny krok i już minął jegomościa w garniturze. Ten spuścił wzrok ku ziemi, usilnie starając stać się niewidzialny.

Jeszcze dwa kroki, następna kobieta, tym razem młodsza, w dżinsach i różowej koszuli, na jego widok zamarła w przerażeniu. Zbladła i tak szeroko otworzyła oczy, że niemal mógł się w nich przejrzeć.

O jak dobrze znał te reakcje, chyba wszystkie możliwe, pojedyncze jak i ich liczne konfiguracje. Od dawna nie robiły już na nim wrażenia, jak na człowieku żyjącemu w Afryce nie robią wrażenia lwy i krokodyle. Wyrósł nimi otoczony. Tak, to prawda, nie dziwił się im, ale i też nie zobojętniał. Kiedyś zdawało mu się, że tak, że już mu wszystko jedno, ale dziś na nowo czuł jak oceniający wzrok wypala mu ciało, jak z każdym kolejnym krokiem odczuwa jego ciężar, jak odciska piętno w jego duszy.  

Z drugiej strony czemu się dziwić? Doskonale wiedział, jak wygląda. Wielokrotnie połamany nos, płaski jak naleśnik, nigdy już nie zrósł się jak należy, niezliczoną ilość razy połamane kości policzkowe nie zostały należycie zrekonstruowane, a usta tak często opuchnięte wyglądały na zacięte i wiecznie wściekłe. No i te łuki brwiowe, tyle razy popękane, że zamiast brwi pozostała jedynie różowo-szara skorupa. To wszystko nie tworzyło sympatycznego widoku, o nie, więc i dziwić się tym reakcjom nie miał powodu.

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 3

Gość z księżycowej poświaty

Mama mówiła, że żadne wycie, choćby najbardziej cichutkie, nie pozostaje niewysłuchane prze stado wyjącego.

- Wy... wy... wyje się po to, że... że... żeby od... od... odnaleźć swoich - potwierdził Luka.

Jak wiadomo, tego wieczoru nawyli się zdrowo.

Nagle w środku nocy obudził Patryka Łotersona płacz. Dobiegał z okolic okna. Chłopiec wstał. Na biurku w księżycowej plamie siedziało małe stworzenie i łkało wniebogłosy.

- Co się stało? - spytał nie większą od szklanki postać. Mężczyzna, bo był to Pan, tułów miał nagi, a od pasa w dół  był obficie porośnięty sierścią.  Przestępował z kopytka na kopytko, czarne i lśniące. Potrząsał kudłatą głową ze zgrabnymi rożkami.

- O ja nieszczęśliwy! - powtarzał z goryczą - zgubiłem flet... A dziś są... a dziś są.... No takie te...  będziemy muzykować i stwierdzać, kto najładniej. A ja nie mam fletu!!! - zakrył twarz dłońmi. Szczupłymi ramionami wstrząsnęło łkanie - Zgubiłem!

Agnieszka Cieślak KERING

Dopadłam do Keringa.

- Jest! Jest tam po drugiej stronie. Jeszcze chwila i znów go zgubimy.

Kering wystrzelił linkę. Zapiął karabińczyk przy pasie.

- Nie tym razem. Czekaj.

Pomknął przed siebie ponad wodą. Usłyszałam jak zaklął przy lądowaniu. Zgryzłam wargę. Żeby się udało, żeby się udało, powtarzałam w myślach. Ciemna postać Keringa zniknęła w wśród drzew. Minęła minuta. Dwie. Na próżno próbowałam wypatrzeć jakiś ruch na wyspie. Usiadłam. Wstałam, przeszłam kilkadziesiąt metrów wzdłuż brzegu. Znów usiadłam. Ściemniło się i wkrótce nie mogłam wyłowić wzrokiem nawet zarysu drzewa, przy którym wylądował Kering. W wiosce, leżącej na wschód od miejsca gdzie czekałam, zapalono pierwsze pochodnie. Ich majaczący na falach blask przyciągał mój wzrok. Fale nasiliły się. Po chwili usłyszałam plusk wioseł. Schowałam się wśród trzciny. Łódź podpłynęła bliżej.

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA cz. 2

Stróż w opałach

Pani Łoterson wyjrzała przez okno. W stronę parku zmierzała kawalkada: jedna hulajnoga, na niej jeden szafot, jedno prześcieradło na szafocie (żeby go ukryć, bo nie wszyscy rozumieją, że może być zabawką), jeden Patryk i jeden Filip prowadzący hulajnogę oraz eskortujący konwój jeden wilkołak. Wszystko przebiegało jak należy.

-  O nie! - krzyknęła spojrzawszy w drugą stronę. Złapała to, co miała pod ręką i wybiegła.

O mały włos nie stratowała dozorczyni, która też przyglądała się niecodziennej eskapadzie. Trzasnęły za mamą drzwi od klatki schodowej. Patryk obrócił głowę.

-  Mamo! Gdzie idziesz z moim moczem? - spytał zdziwiony.

Pani Łoterson spojrzała ze zdumieniem na trzymany w dłoni przedmiot.

-  No właśnie! - ani na chwilę nie straciła rezonu.

- Dokąd mam z tym iść?! - spytała.

- Z tym - dozorczyni odskoczyła, nie lubiła, kiedy jej ktoś machał pojemnikiem na mocz centymetr od nosa - już chyba nigdzie - a że chętnie udzielała rad - ze świeżym jutro rano tam- wskazała głową budynek ośrodka, który jak na złość postawiono u wylotu ulicy. Niecodzienna wycieczka zmierzała właśnie w jego stronę.

Włodzimierz Wielgosz KOSMOGONIA

Na początku nie było nic, jedynie drzewo unosiło się w przestworzach. Nie wiadomo ile miało lat, ani jakie mogło posiadać rozmiary. Nie było wtedy jeszcze punktów odniesienia, według których można by to sprawdzić - żadnych kształtów, czasowych wartości czy wielkości. Istniało tylko to drzewo - prastare, ogromne, majestatyczne, mądre.

Drzewo to, jak i u ziemskich drzew bywa, posiadało liście bujnie rosnące na całej jego  koronie. Głupcem byłby ten, kto by doszukiwał się koloru żółtego, zielonego, pomarańczowego, brązów czy jakichkolwiek innych barw, których różnorodność tak często my, ludzie - proch tej ziemi, widujemy w różnych częściach globu, o różnych porach roku. Były to liście ze szczerego złota, z żywego srebra i z czułej jak ciało miedzi.

Ata Mi MY Z ZAUŁKA ŚCICHAPĘKA

Samoprezent urodzinobieżny

Rok temu z pagórkiem Patryk Łoterson zaczął pisać opowiadanie. Wyglądało mniej więcej tak:

Mama piekła babeczki kiedy zapukał ktoś do drzwi.  Wyjrzałem przez dziurkę. Zobaczyłem wilkołaka. Wszedł do domu. Mama poczęstowała go bułeczkami z tacy (nie można przecież unieść tyle bułeczek w rękach, nie?). Nasz gość okazał się być mądrym i dobrym towarzyszem. Zaprzyjaźniliśmy się z nim.

Od tej pory, mama z Patrykiem bardzo chcieli mieć zaprzyjaźnionego wilkołaka.

W ósme urodziny Patryka, zadzwonił ktoś do drzwi. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo dzwoniła wcześniej większa ilość cioć, wujków i przyjaciół,  różnej maści i upierzenia. Tylko, że siedzieli już wszyscy przy urodzinowym stole. Takie czasy, że nikt nie zapowiedziany... oprócz trzech króli i jednego ministranta pytającego: czy mama przyjmie  kolędę,  nie przychodzi. A szkoda!

Rzucili się do drzwi, mama i Patryk.

-  Wszy... wszy... wszystkiego naj... naj... naj... najlepszego!

Mężczyzna o  ciemnym spojrzeniu i splecionych w warkocz ciemnych włosach wyjął z jesionki, którą niejedne wiosenne deszcze musiały dobrze znać, małe pudełeczko, przewiązane kokardką.

Trochę długo trzymali go na wycieraczce, zanim dotarło do nich, kim jest.

Agnieszka Cieślak CHWILA PRAWDY

                Kapitan Jurdyński przyleciał do bazy na Vertanie trzy tygodnie temu. Przez pierwsze dwa dni prawie nie opuszczał ćwiczebnej kapsuły. Przechodził dodatkowe testy. Musiał wszystkie zdać, bo trzeciego dnia w dyspozytorni zabrzęczał komunikator.

                 Czytnik trzykrotnie zeskanował moje linie papilarne zanim zapaliła się zielona dioda informująca o otwartym dostępie do wiadomości. Ktoś, kto projektował to urządzenie nie wykazał się zbyt dużą wyobraźnią. Co by było, gdybym całkiem stracił palec? Dzień wcześniej chłopaki znaleźli gniazdo. Przynieśli jedną poczwarę na pokaz. Mogła mieć najwyżej pięć dni. To maleństwo zostawiło mi pamiątkę w postaci głębokich ran, zanim ją unieszkodliwiłem. Matka tego ścierwa jeszcze grasowała po okolicy. Mieli na nią zapolować w tym tygodniu i, jak się właśnie okazało, pod nowym dowództwem.

Włodzimierz Wielgosz WIERZBA

-          Ratunku! pomocy! - krzyk przeszył duszne, letnie powietrze.

Rozbudził mnie. Zostawiłem gazetę i ukradkiem wyjrzałem przez okno. Drzewo przesłaniało cały widok.

-      Ratunku! Na pomoc!

Znów to samo. Jeszcze raz rozejrzałem się. Zamknąłem okno, mocno, aż zadrżała futryna. Pierwszy dzień w nowym domu, a tu masz ci los. Specjalnie przeprowadziłem się w to miejsce, by takich krzyków nie słyszeć. Parno, upał, a okna otworzyć nie można.

Po chwili znów to samo zawołanie, co prawda ciszej, ale wciąż słyszalne.

Wróciłem do okna i zerknąłem przez szybę. Przed domem rosła krzywa wierzba,  podobna do zgarbionej staruszki, z gałęziami niczym długie włosy. Starałem się przez nią coś dojrzeć, jednak skutecznie zasłaniała cały krajobraz. W zasięgu wzroku miałem tylko to drzewo z czarną dziuplą, która przenikało mnie na wylot, jak wielkie, oskarżające oko.

Witold Banach KRONIKI LITERACKIE PROWINCJI Historie prawdziwe, prawdopodobne, prawie zmyślone. (fragment 5)

1968

Niepokoje księcia Stasha związane z planami literackimi Trumana Capote'a

 

            Widoczne już były światła Wenecji szczodrze rozrzucone wzdłuż horyzontu. Jeszcze tylko godzina i jacht przybije do placu św. Marka. Prawie wszystkim pasażerom "Tritona" udzielało się zniecierpliwienie wynikające z kończącego się rejsu. Z salonu płynęła muzyka, w rytmie której niestrudzenie tańczyli Eric i Allegra. To były ich ostatnie figury taneczne na jachcie, jednak zapewne nie ostatnie tego wieczoru. Zamierzali bawić się dalej po zejściu z pokładu. Książę Caracciolo spokojnie czekał końca podróży w swojej kajucie, może potrzebował trochę samotności i ciszy, choć o jedno i drugie było niełatwo podczas rejsu. Warkot silnika, głośna muzyka i chichot "europejskich łabędzic" - jak je nazywał Truman - sprawiały, że na pokładzie trudno było o spokój. Angella i Lee snuły się gdzieś między barem a swoimi kajutami. Książę Stash stracił je z oczu i szczerze mówiąc nie bardzo interesował się tym, co aktualnie robią. Za godzinę i tak wszyscy razem wyjdą na stały ląd i udadzą się do hotelu, a może tylko część ich bagażu, bo wspólnie lub w grupach wtopią się w magiczne miasto na lagunie.

Agnieszka Cieślak CO Z OCZU TO Z SERCA

         Ten Krwionośny wyglądał na wyjątkowo słodkiego. Może z powodu przydługich rozwichrzonych włosów, które w rytm sennych wdechów i wydechów odsłaniały rozchylone wargi. A może z powodu okularów, które leżały na otwartej książce, zupełnie jakby i one znużyły się  lekturą. Szyja bibliotekarza była dobrze widoczna w świetle lampki. Sławia lubiła patrzeć na biegnące od ramienia do żuchwy ścięgna u Krwionośnych. Zdarzało się, że celowo skrobnęła je zębami, ale nigdy ich nie przegryzała. Nie dlatego, że były zbyt twarde, ale dla uszanowania sztuki. Ten miał iście artystyczne ścięgno szyjne. Silne, solidne i delikatnie pulsujące w harmonii z oddechem. Sławia obserwowała to zjawisko, aż do momentu, gdy mężczyzna zaczął prostować ramiona luzując napięcie uroczej struny. Bibliotekarz chwycił okulary pełną garścią i nałożył je tak niezdarnym ruchem, jaki obserwuje się u dwuletnich dzieci. Głowa znów opadła mu na drugą, leżącą na biurku, rękę.  Okulary stuknęły o blat i przyciśnięte skronią stanęły pionowo kilka centymetrów od czoła śpiącego.

         Dla Sławii, poza czysto estetycznymi doznaniami, nie miało to większego znaczenia czy obecny tutaj śpi czy czuwa. Bez trudu podchodziła swoje ofiary zupełnie niezauważona, aż do momentu kulminacyjnego. Ot, wypatrzenie zdrowego Krwionośnego, ewentualnie - Krwionośnej,  podejście, iniekcja. Mogła stanąć tuż za bibliotekarzem, a nawet tuż przed nim, również w sytuacji pełnej jego trzeźwości, a nie wiedziałby o tym. Po prostu miała talent, dar, który pozwalał jej rasie trwać i nie tylko żywić się krwią ludzi ale też czerpać z ich dorobku mentalnego.

Witold Banach KRONIKI LITERACKIE PROWINCJI Historie prawdziwe, prawdopodobne, prawie zmyślone. (fragment 4)

1797

Księżna Luiza Fryderyka Dorota Filipina Radziwiłłowa z Hohenzollernów

 zapisuje najstarszą scenkę z miasteczka

Książęca berlinka ruszyła z postoju w Kaliszu. Antoni i Ludwika z Hohenzollernów Radziwiłłowie wracali z Nieborowa, w którym księżna miała okazję zobaczyć posiadłość swojego teścia, księcia Hieronima i słynną już Arkadię urządzoną przez księżną wojewodzinę. Droga była uciążliwa, bo to nie trakty jak w rodzinnych Prusach księżniczki, ale wrażenia z Nieborowa wyniosła jak najlepsze. Księżna Ludwika wracała w dobrym nastroju. Była szczęśliwą żoną, a teraz poznała bliżej rodzinę księcia Antoniego. Całe szczęście, że jej mąż nie wykazywał szczególnego podobieństwa do swego ojca. Starym księciem wojewodą Luiza nie była zachwycona. Uchodził za skąpca i ?nieuczynnego?. Zupełnie inne cechy zauważyła u mężczyzny, z którym będzie dzieliła resztę życia. Książę Antoni był czułym, łagodnym i troskliwym opiekunem. Miał też poczucie humoru i trudno się z nim było nudzić.  Po księżnej Helenie odziedziczył miłość do muzyki i biegłość w rysowaniu. Był też podobny do matki, która na Luizie robiła nieodparcie nadzwyczajne wrażenie. Podziwiała jej urodę, piękna cerę i śliczny kształt szyi u tej niemłodej już kobiety. A przy tym pełna była dystynkcji, która utwierdzała Luizę w przekonaniu, że rodzina jej męża to wielki i szlachetny ród i była dumna z nazwiska, jakim się teraz do niej zwracano.

Włodzimierz Wielgosz CO Z USZU, TO Z SERCA

Teraz rozumiem co pan Andrzej miał na myśli, że niby ten zegar tak głośno tyka. Wtedy nie wiedziałam, o co mu się rozchodziło. Przecież wcale nie tykał tak głośno, nawet nie było go specjalnie słychać, a przecież słuch mam dobry, jak na moje lata to nawet bardzo dobry. Sama doktórka mi mówiła: słuch babciu masz jak u czterdziestolatki. To doktórka mówiła, a nie sama sobie wymyśliłam, to musi być prawda. 

A tu pan Andrzej przychodzi kran naprawić, wtedy co mi ta woda jak opętana leciała i nijak nie chciała przestać, i przychodzi i mi mówi o tym tykaniu, że głośno, że mechanizm wyregulować trzeba. To już dobry rok temu było, albo nawet i dalej. Ja tam nic nie słyszałam. Od tego czasu i ksiądz raz u mnie był i nic o zegarze nie mówił, że dokuczliwy i sąsiadka też raz była i tez nic nie mówiła. To uznałam, że pan Andrzej coś nawymyślał z tym zegarem, a potem zapomniałam.

        Ale dziś siedzę i słyszę, że tyka. Czyli wychodzi na to, że może miał rację. Jakiś czort w ten mechanizm wstąpił czy co. Nic nie robi tylko stuka i stuka.

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz.5

Mężczyźni są wścibscy, kobiety wnikliwe

- Moje drogie panie! - komisarz podniósł się zza biurka - Proszę ciszej!! - starał się przekrzyczeć powstały  w gabinecie tumult  - Czy mogłyby panie nie mówić wszystkie naraz?

Westchnął i osunął się na fotel. Nikt go nie słyszał.

- To kto w końcu przywalił  mu laską?!- denerwowała się Lolly.

-  Jolly! - wyjaśniła Modry

- Kucharka! - krzyknęła w tym samym momencie Jolly.

-  Acha! - rzekła nic nierozumiejąc grubaska - Co on w ogóle od ciebie chciał, Modry?

- Otóż, z tego, co nam wiadomo? - komisarza podniósł na duchu i zza biurka fakt, że coś wie - Z tego co nam wiadomo, aptekarz widział w pani ucieleśnienie niezwykłości... boski pierwiastek w najczystszej postaci. Pierwotność doskonałego stworzenia czy coś takiego... coś nieśmiertelnego.

Witold Banach KRONIKI LITERACKIE PROWINCJI Historie prawdziwe, prawdopodobne, prawie zmyślone. (fragment 3)

1973

Skamandrycie nie pozwalają recytować wierszy w prowincjonalnym teatrze

 

(Wspomnienie starego pisarza w Moskwie)

 

Sędziwy pisarz zbliża się do osiemdziesiątki. Cieszy go piękna pogoda październikowa, która daje mu ulgę we wszystkich dolegliwościach: błędnik, żołądek, bóle w krzyżu, zawroty głowy, zszargane nerwy, po prostu - starość. A jednak porywa się na wyjazd do Moskwy na Światowy Kongres Sił Pokoju. Chyba sam kongres już niewiele go obchodzi, nie pisze nic o "wadze" toczonych obrad.

            Wieczorem przy stole w pokoju w hotelu-molochu "Rossija" (21 pięter, 3200 pokoi i 245 półapartamentów, w latach 60. XX wieku największy hotel na świecie) zapisuje niewielki fragment swojego dziennika. Wspomina spotkanie z dnia poprzedniego, kolację u Jadzi Staniukiewicz, w rodzinie moskiewskich Polaków, którzy tutaj - w sercu imperium sowieckiego -  kultywują polską tradycję: narodową i religijną. Jest również z nimi wdowa po Aleksandrze Mariamowie, redaktorze czasopisma "Nowyj Mir".

Pisarz ostrożnie kosztuje dobre jedzenie: kulebiak i cielęcinę z kalafiorami, żałuje, że po ataku żołądkowym nie może do woli korzystać z radości podniebienia. Ryzykuje, jak zwykle, nie trzymając się zalecanej diety niezależnie od tego, czy jest w Paryżu, Moskwie czy w Stawiskach.  Ach, ta ciągła zachłanność na wszystkie uroki życia.

To spotkanie na chwilę rekompensuje mu gorycz ignorancji w rodzinnym kraju, wśród kolegów pisarzy. Tutaj go chwalą, doceniają, z wyprzedzeniem świętują osiemdziesiąte urodziny, które mają nastąpić za niespełna cztery miesiące. Dostaje broszurę, w której jego sylwetkę twórczą postawiono obok Lwa Tołstoja. Jego próżność została połechtana, ale do książeczki podchodzi na chłodno, nawet pogardliwie:

Zebrała baba wszystkie wiadomości i zestawiła mnóstwo faktów, ale nic z tego nie wynika. Bardzo dla mnie pochlebne porównanie... i koniec.

Agnieszka Cieślak ANIELE STRÓŻU

         Od razu zauważyłem obraz ze Świętym Aniołem Stróżem. Lubiłem świętego. Zdecydowanie częściej był powiernikiem rent i emerytur, niż na przykład Święta Panienka czy Antoni. Wiadomo: Stróż, to jednak stróż! Ale muszę powiedzieć, że do dzisiaj on też mnie lubił. Nie wiem dlaczego. Może moja babka, albo babka mojej babki, modliła się kiedyś do Anioła Stróża, zawierzając mu swoje prawnuki? To wiele by tłumaczyło. Na przykład fart, tak potrzebny w moim fachu. Cieszyłem się, że i tutaj czekał na mnie stary znajomy.  Mrugnąłem do niego. No, chłopie,  dość już się napilnowałeś.

         Wystarczyła chwilka rozglądania się po kuchni, żebym mógł z całą pewnością stwierdzić, że poza sąsiadką nikt do babcinki nie zagląda. Gotujące się mleko i leżąca w foliowej siatce bułka, mówiły mi, że tego dnia wizytę sąsiadki moja gospodyni miała już za sobą.

Babcia cały czas paplała o zegarze i o jakimś Stasiu, co siedemdziesiąt lat kazał jej na siebie czekać. I ona czekała. I nie kazała nikomu ruszać zegara, bo Stasiu po niego przyjdzie. Popatrzyłem na zegar - szmelc. Telewizor - Unitra, wiadomo - złom. Taki z sześcioma programami. Radio - jakiś stary typ. Wkurzyłem się, bo nazwa była zaklejona naklejką Radia Maryja. Trzeba sprawdzić, czy aby nie Pionier. Lampy z Pioniera ładnie schodziły na allegro. Ci ześwirowani muzycy, robili z nich wzmacniacze do gitar. Za lampę PN 503 można było zgarnąć na aukcji i stówkę.

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz. 4

Podskórne tętno miasta

- Bo ty jesteś nienormalnie dobrze wychowana, Modry! Inni uwłaczają ci i plują w twarz. A ty? Nic a nic ci to nie przeszkadza.

Lolly i Modry idą ulicą Kaliską, trzymając się niemalże kurczowo pod ramię. Trotuar, gładki jak stół chirurga patologicznego, zmusza obie damy do swego rodzaju ekwilibrystyki.

Modry opowiadała właśnie o uszczypliwych i obelżywych epitetach,  których nie żałuje jej koleżanka z pracy, a których przyczyny nie może dojść.

- Nie chce mi się skupiać na tym, że ktoś pluje mi w twarz.- mruczała pod nosem, łapiąc w ostatnim momencie równowagę.

- I to ich właśnie rozsierdza... plują coraz bardziej! - grubaska w nagłym przechyle w tył o mało nie gubi kapelusza. Kapelusza z czerwonymi makami odebranego dopiero co od modystki.

Witold Banach KRONIKI LITERACKIE PROWINCJI Historie prawdziwe, prawdopodobne, prawie zmyślone. (fragment 2)

1939

Zastygła chwila

 

Drogi Ojcze,

Dzisiaj ostatni dzień we Florencji, jutro wracam pociągiem do kraju. Szkoda, że kończy się już ten piękny czas. Italia mnie oczarowała. Może poza jedzeniem. Nie polubiłem spaghetti, oliwy i rzymskich karczochów. Nic nie zastąpi mi smaków dzieciństwa, ziemniaków, rosołu i każdej innej zupy ugotowanej przez Mamę. Ale też nie po to przyjechałem do kraju Horacego. Nie wiem kiedy tu wrócę, chociaż bardzo chciałbym jeszcze raz zobaczyć Italię. Na pocztówce słynne Ponte Vecchio - most złotników. Oni podobnie jak ty kształtują metal. Patrzę teraz na Florencję ze wzgórza Michelangelo, z którego roztacza się piękny  widok na  miasto, rzekę Arno  i spinające jej brzegi mosty.

W drodze do Poznania zatrzymam się w Ostrowie 29.VIII.39 (wtorek)

Do zobaczenia kochany Tato

Wojtek

Piotr Jaśkowiak NIEŚMIERTELNIK

Śmierć jako pierwsza usłyszała grzmot, który rozbrzmiał pośród cmentarnej ciszy Elizjum. Przechadzała się wówczas pośród błądzących tam zjaw, będąc równocześnie przy łożu pewnego umierającego satanisty, a także towarzysząc kilkuset innym agoniom w najróżniejszych punktach czasoprzestrzeni. Basowy pomruk oderwał ją od obowiązków, w wyniku czego satanista natychmiast poczuł się lepiej, zmienił swoje życie, a Śmierć spotkał wiele lat później, przy zupełnie innej okazji.

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz.3

Zegar niech dzwoni, noc niech nastaje, dni ulatują, ja pozostaję

- Jak ja się denerwowała? kochana pani! - zgarbiona poczuciem winy kucharka siedzi miedzy kredensem a stołem. Nie ma odwagi spojrzeć Modry w oczy.- Jak ja się bała...dobrodziejko... jak ja się...

- Co on robił w mojej szafie? - pyta dobrodziejka.

Kucharka nie słyszy.

- Jak ja się bała, że wy znajdziecie? ten trup - zawodzi kobieta - jak ja wypiła kieliszeczek byłoch troszka lepi. Ale wieta co - kucharka poniechała płaczliwego tonu -  ten bonaparte, cośta mówili, że obrzedliwy, nie taki ci o... zły beł.

- Hm- mruczy Modry zadowolona, że chociaż jedna tajemnica się wyjaśniła- Ale skąd żeście wzięli aptekarza? trupa?

Kucharka odczytując w szarych oczach, że gra na zwłokę na nic się nie zda, uderza w poprzedni ton.

- Aaaa! Bo one dyć kapka w kapkę takie same beły...  aaaa... i ja odżałować nie mogła? Diabli wzięli kartofle, całe dziesięć kilo... aaaa... Marchewkę... porę i selerę... Aaaa!- zalewa się łzami.

- No dobrze - w głowie Modry surrealistyczny ciąg ostatnich wydarzeń przybiera zrozumiałe kształty.

Witold Banach KRONIKI LITERACKIE PROWINCJI Historie prawdziwe, prawdopodobne, prawie zmyślone. (fragmenty)

1937

Jerome zauważa z okna  pociągu fragment swojego przeznaczenia (1)

 

Pociąg zatrzymał się na stacji, postój był teraz nieco dłuższy. Stacja przesiadkowa, podróżni jadący ze Śląska mogli się tutaj przesiąść na pociąg do Warszawy, podobnie jak jadący od strony Leszna lub Krotoszyna. Lokomotywa uzupełniała zapas wody, pasażerowie mieli czas na wejście do bufetu. Na drugim peronie, na którym zatrzymał się pociąg, był też kiosk, gdzie można było napić się wody sodowej, kupić słodycze lub nawet zjeść kanapkę. Jednak młody człowiek jadący z Wiednia (po przesiadce w Katowicach, przed przesiadką w Poznaniu) do Bydgoszczy postanowił wejść do budynku dworcowego, w którym zapewne mieścił się większy bufet, a najpewniej restauracja.

Agnieszka Cieślak DZIEŃ, W KTÓRYM PRZYBYLI BOGOWIE

Czasem Werksiński wymykał się z charakteryzatorni i szedł na salę widowiskową. Jeśli zastawał pustą scenę wstrzymywał oddech, upewniał się czy nie ma nikogo, potem zdejmował buty. Przez kilka sekund wdychał zapach pasty do konserwacji drewna i zaczynał swój taniec.

Na początku czuł się jakby stawiał stopy na krach dryfujących po rzece. Nagimi palcami ostrożnie dotykał drewnianej podłogi. Chwilę czekał, by upewnić się czy deska jest stabilna, czy niezawiedzie, nie wyśliźnie się i niczym kra nie odpłynie spod nogi.  Nie miało to związku z fizycznym stanem sceny, ale przecież teatr nie istnieje jedynie fizycznie. Potem  pomału opuszczał stopę. Uświadamiał sobie nacisk drewnianej powierzchni na każdy milimetr kwadratowy skóry i kości palców. W końcu nabierał ufności i przenosił na dotykającą sceny nogę cały ciężar ciała.

Włodzimierz Wielgosz PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

Dzwon dawno przestał dźwięczeć. Ksiądz już poszedł i ludzie się rozeszli, nawet ci znudzeni, ci z łopatami. Został sam. Zrobiło się potwornie pusto. W jednym momencie zrozumiał, że nic nie wie. Nie wiedział, czy ma iść do domu czy do parku, czy odpowiednie kupił kwiaty, czy dobrze dobrał krawat. Nie wiedział czy duszno mu z emocji, czy może przez mżystą pogodę. Nie wiedział czy to dobrze, że tak pochmurno, czy może lepiej, jakby świeciło słońce. Jaka jest najlepsza pogoda na pożegnanie? - przeszło mu przez głowę - Czy w ogóle istnieje dobry dzień na pożegnanie? Skąd miał to wiedzieć. Przecież to ona wszystko wiedziała.

Staruszek stał tak długo, aż poczuł zimną wodę w butach. To go otrzeźwiło. Trzeba się ruszyć - powiedział z przyzwyczajenia, jakby do kogoś z boku. Zrobił krok lewą nogą, podparł się laską, dostawił prawą. Dalej jakoś poszło. Podążył przed siebie, bez celu.

Agnieszka Cieślak OBOK

Sklep "U. & W. Zalewscy" odwiedzasz, gdy potrzebujesz słoiki do weków, foliowy płaszcz przeciwdeszczowy, szczotkę do czyszczenia garnituru, świeczki lub gwoździe. Jeśli wchodzisz do sklepu po piętnastej, zastajesz za ladą burzę miedzianych loków i przebłyskujące spod nich zielone spojrzenie. To Mela, dziewiętnastoletnia córka właścicieli, Urszuli i Wiktora. Jej loki podskakują jak pajacyki na sprężynowej nodze. Pyta:

- W czym mogę pomóc? - Kontrast między kolorem włosów, a barwą oczu jest tak mocny, że zjawisko to nie może ujść twojej uwadze. Marzysz, żeby Mela podniosła dłonie do czoła, żeby chwyciła miedziane pukle po obu stronach odsłaniając pełnię spojrzenia. Ale żyjąca zasłona z włosów dobrze pełni swoją funkcję. Poza iskierkami zieloności nic się nie przedostaje. Zastanawiasz się, czy dziewczyna jest nieśmiała, co z pewnością tłumaczyłoby jej wizerunek. Obserwujesz ją, gdy odwraca się szukając na półkach towaru. Włosy lekko opierają się na karku, plecy trzyma  prosto. Dziewczyna wraca z dwoma pudełkami świeczek. Patrzysz na jej palce. Paznokcie ma krótkie, ścięte na długość opuszków, równo spiłowane, błyszczące. Jeśli to nie nieśmiałość jest przyczyną ukrywania twarzy, to co nią jest? Odrywasz wzrok od jej dłoni, gdy pyta:

- Białe czy żółte?

- Żółte - mówisz, nie zastanawiając się. I wtedy dzieje się coś niezwykłego. Twoja przypadkowa odpowiedź, powoduje lawinę zdarzeń. Zbieg okoliczności, jest początkiem rozwiązania tajemnicy. 

Mela opiera swoje dłonie na pudełkach ze świeczkami. Pod prawą ręką jest pudełko żółtych, pod lewą białych. Kładziesz na ladzie dziesięć złotych. Dziewczyna zamiast wziąć banknot nadal trzyma dłonie na pudełkach.

- Żółte - powtarzasz, dla pewności, gdyby nie zrozumiała wcześniej, ale nie wywołuje to u niej żadnej reakcji. Dłonie Meli, jak i cała ona, zastygły. 

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz. 2

Nuda... stan nierealny

- Nie szukam miłości jak długopisu.

W powrotach po latach

Bardziej cieszy odzyskana skarpetka.

Boli tylko, kiedy nie kocham.

 - Twoje? - spytała korpulentna postać w zgrabnym futerku i z pawim piórem, nad kapeluszem - Ładne.

 Zaglądała Modry przez ramię.

- Nareszcie jesteś... jesteście- autorka wierszowanego kawałka zmięła karteczkę i podrapała za uchem radośnie podskakującego pudla- Nigdy tak wylewnie mnie nie witałeś.

- To prawda - Lolly usadowiła się na jednym z wolnych krzesełek - Dobrze, że mamy miejsce - rozejrzała się - trudno w tę ciżbę szpilkę wetknąć.

- W co wetknąć?- zainteresował się Ludwik znad czekoladowego tortu.

- W dużą ilość ludzi - mruknęła Modry. Myślami przebywała gdzie indziej, co nie uszło uwadze przyjaciółki.

- Naraz?- zainteresował się chłopiec.

Karol Walerowicz GWIAZDKA

Nieopodal drewnianego, ośnieżonego domku stał bałwan. Wydawało się, że jest to tradycyjny bałwan, jakich wiele. Ale czy na pewno? Otóż, nie!  Jednak o tym wiedziała tylko mała Zosia, która ulepiła go dzień wcześniej

Z samego rana, kiedy słońce dopiero co zdążyło się obudzić, utoczyła wraz z tatą, który dzielnie jej pomagał, najpierw dużą, śnieżną kulę, potem drugą, trochę mniejszą, a na końcu - najmniejszą. Kule te zostały następnie ułożone zgodnie z tradycyjną sztuką lepienia bałwanów. Należało jeszcze wcisnąć dwa węgielki jako oczy, aby mógł obserwować, co się dookoła dzieje i oczywiście długi marchewkowy nos, aby wróble, które będą miały ochotę spłatać mu figla, mogły w niego dziobnąć. Podsadzona przez tatę Zosia wcisnęła w głowę bałwana najbardziej bałwani nos ze wszystkich bałwanich nosów w okolicy.

 

PIOTR JAŚKOWIAK

prozaik i dziennikarz, laureat licznych ogólnopolskich konkursów literackich. Na co dzień student inżynierii chemicznej i procesowej. Szef działu informacji w poznańskim Radiu Afera.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WŁODZIMIERZ WIELGOSZ


Włodzimierz Wielgosz

KAROL WALEROWICZ (ur. 1979)

Na co dzień iluzjonista, członek ZASP-u oraz KKI (Krajowego Klubu Iluzjonistów). Od lat związany z niezależnym ruchem teatralnym. Laureat wielu ogólnopolskich nagród w dziedzinie iluzji, dwukrotnie uhonorowany tytułem Osobowość Ostrowskiej Kultury (2009, 2012) za działalność estradową. Twórca autorskich scenariuszy i programów scenicznych. Uczestnik wielu projektów artystycznych na terenie miasta.

 

ATA MI

Ata Mi, bo nigdy nie chciała być "be", globtroterka i lingwistka, w jej żyłach jednorożców krew, nieuleczalna amatorka, zaoczna ostrowianka. Autorka Klechd ostrowskich. Laureatka Kącika Literackiego Magazynu "Gazety Wyborczej" (wiosna 2002) oraz nagrody za scenariusz w Przeglądzie Prezentacji Teatrów Dzieci i Młodzieży - Jarocin (2008).

Ata Mi NIEUJARZMIONA CHOINKA

Babcia na rubieżach

Tylko skończyły się zajęcia w szkole, spakowaliśmy z mamą walizki. Do babci Irenki przyjechaliśmy na obiad. Co roku na święta Bożego Narodzenia zjeżdżają wszystkie dzieci. Robi się wtedy gwarno w odciętym od świata domku. Na co dzień babcia dużo czyta, koresponduje e-mailowo, siedzi po różnych forach, uprawia gimnastykę, wymyśla, czego to jeszcze nie zrobi i pokątnie lulki pali. U babci nie trzeba ściągać ciągle butów,  można czytać zawsze przy jedzeniu, siedzieć na stole i machać nogami, kiedy się z nią rozmawia, jeść śniadania w łóżku i nie mieć obowiązków. Lubimy jeździć do szarego domku. Zawsze to inny świat, zwłaszcza w zimowej scenerii. Schodziliśmy z głównej drogi, kiedy wybiegły z zagrody babci Amelia i Słodyczka. Jedna z radosnym piskiem druga miękkimi susami pokonująca zaspy.

 

Rodzinne osob(li=o)wości

Amelia ? pseudojamnik zakochany w mamie po kłapciate uszy. Mama wyciągnęła ją z pyska spienionej bestii. Innym razem przyniosła potrąconą przez samochód. Od tego czasu Amelia jest już jej dzieckiem. I to pierwszym. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby zeszła mi z drogi, kiedy biegnę.  Babcia mówi, że ledwie umiałem chodzić? z wyciągniętymi rączkami i łobuzerskim uśmiechem biegłem do śpiącej Amelii. Skowyt? warczenie? Babcia wygląda z kuchni. Pies śpi z ogonem na nosie. A wnuczek?  Niewzruszony ogląda ślady kłów na rączce i bierze zamach nogą.

AGNIESZKA CIEŚLAK (ur. 1976 r.)


Prozatorka i poetka, laureatka specjalnej nagrody dla twórcy kaliskiego na Festiwalu Poetyckim im. W. Karczewskiej w Kaliszu (2014 r), inicjatorka nieformalnych samokształceniowych warsztatów pisarskich dla artystów z Kalisza i Ostrowa Wielkopolskiego, studentka drugiego roku Studium Literacko-Artystycznego (tzw. Szkoły Pisarzy) przy Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, prowadziła warsztaty wokalne i teatralne.

Ata Mi OPOWIADANIE Z MOTYWEM REWOLWERU cz. 1

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

 Poznały się w parku. Ich dzieci bawiły się w jednej piaskownicy.

Dla Jolly po pięciu minutach rozmowy było jasne, z kim ma do czynienia. Mianowicie z kobietą, która stojąc przed wyborem: nowe meble do salonu czy wyuzdana przyjemność, tak pokieruje wypadkami, że  dostanie jedno i drugie. Modry nie miała wątpliwości, że smukła piękność o platynowych lokach, nadwrażliwa na ludzką krzywdę, potrafi w biały dzień, pod ratuszem sprać  parasolem człowieka, tylko dlatego, że źle wyraził się o jej matce?.  To było dawno temu.

 REFLEKSYJNY PODWIECZOREK ZMYSŁÓW

Gong u drzwi wyrwał Modry z zamyślenia.

- Myślałam, że już się czegoś nauczyłaś , szopenfeldziarko!- krzyczała od drzwi Jolly.

Zamiatając suknią, weszła do salonu. Ucałowała przyjaciółkę. Zamaszyście usiadła w fotelu. Za młodu uprawiała różne sporty, a i teraz nie brakowało jej energii.

Modry udała, że się uśmiecha. Ogromne błyszczące oczy tykowatej przyjaciółki mówiły: "Dawaj na mnie połowę nieszczęścia. Razem łatwiej będzie unieść".

- Na kolację będą ciborki i sałatka. Napijemy się cydru? Kucharka od miesiąca produkuje .-  gospodyni pociągnęła nosem - Czuć nieprawdaż?

Prawdę mówiąc, myślała, że dzieli się tylko radością. Smutkami nie zamierzała obarczać nikogo. No, prawie nikogo.

Włodzimierz Wielgosz FUNCLUB

- Ja, przewodniczący klubu miłośników nieczytania książek, ogłaszam nasze coroczne spotkanie za otwarte. My, nienawidzący czytania, jak co roku tłumnie zgromadziliśmy się, aby dać wyraz naszym przekonaniom. Powiedzmy czytelnictwu zdecydowane NIE!

- Nieeeeee! -  przemknęło przez tłum, który rozlał się na boki, aż po same okna i do tyłu, aż po wąskie drzwi.

-  Powiedzmy NIE gryzipiórkom, literatom i pismakom.

-  Nieeeeee! - dźwięk wyrwał się z setek gardeł i złączył się w jeden ryk podobny do ryku dzikiego zwierzęcia.

- Powiedzmy NIE dla bajkopisarzy, eseistów, nowelistów, beletrystów i innych intelektualnych mętów.

- Nieeeeee! - poszczególne twarze stopiły się w jedną wyrażającą ekstazę i szczerą nienawiść.  

-  Bracia, jak co roku zacznę nasze spotkanie od zaprezentowania planu obrad: przed południem zostanie wygłoszona dysertacja pod tytułem: "1001 dowodów szkodliwości czytania. Przyjrzymy się ostatnim naukowym odkryciom wprost ze Stanów Zjednoczonych, Honolulu i Wysp Wielkanocnych. Już teraz mogę uchylić rąbka tajemnicy, że wyniki są jednoznaczne: badacze uważają czytanie za szkodliwe i mówią mu swoje zdecydowane NIE.

- Nieeeeee! - sala zawrzała rozpalona do czerwoności.

- Głównym mówcą będzie przewodniczący naszego klubu, czyli ja - I tu umilkł, oczekując braw nie mniejszych niż wcześniejsze. Tłum widocznie nie zrozumiał intencji i milczał, czekając na dalsze słowa przewodniczącego.

- Można dodawać otuchy brawami - powiedział lekko poirytowany mówca.

Piotr Jaśkowiak DŻEFERSON ŻYJE

      Z wczesnego dzieciństwa Jeremiasz Acher miał o panu Dżefersonie tylko jedno wspomnienie: matka pochylona nad książką, ojciec rozmawiający przez telefon, włączony telewizor. Na ekranie inteligentna, dobroduszna twarz, ale o brwiach zbyt krzaczastych, by dało się ją nazwać przystojną. Głos wydobywający się z głośników również przyjemny, choć znaczenie słów pozostawało dla cztero- czy pięcioletniego chłopca zagadką. Mogła to być konferencja prasowa, przemówienie, wiec lub orędzie - pamięć Jeremiasza nie dostarczała żadnych wskazówek.

                Było już sporo po ósmej, kiedy wspomnienie odmalowało się znienacka w niewyspanej głowie Jeremiasza. Przez chwilę kontemplował migawkę sprzed kilkudziesięciu lat; zaraz potem krótki dźwięk syreny przywołał go z powrotem do chwili obecnej. Spojrzał we wsteczne lusterko: policyjny radiowóz dawał mu znaki, by zjechał na bok. Jeremiasz zerknął na zegarek i zaklął, po czym posłusznie zatrzymał się na poboczu.

Agnieszka Cieślak FOTEL PILOTA

Pewnego dnia zorganizowałam garażową wyprzedaż. Pierwszy klient pojawił się w samo południe. Kamienna twarz, wełniana czapka, puchowa kurtka i, tak, ręce w kieszeniach. Nie studiowałam psychologii sprzedaży, ale domyślałam się, że te ręce nie rokowały dobrze. Pan Puchowa Kurtka był moją marną nadzieją na pozbycie się gratów.

- Dzień dobry. Malwina Potrańska.

Marna Nadzieja uścisnął moją dłoń zmarzniętymi palcami i szybko schował ręce z powrotem. 

- Błażej Yyy... Błażej.

- Znajdzie pan tu wiele ciekawych przedmiotów. Antyków, pamiątek rodzinnych. A niektóre z nich posiadają wartość, o, nie tylko sentymentalną. Zapewne. Tak, zapewne. - Kurdę, nie studiowałam psychologii sprzedaży. 

- A to co? - Puchowa Kurtka vel Moja Marna Nadzieja, pan Błażej Yyy wyjął ręce z kieszeni i począł przedzierać się w kierunku kąta garażu. Nie studiowałam psychologii sprzedaży, ale... Podążyłam za nim. Pan Błażej zatrzymał się przed kanapą dziadków.

- Wspaniała, nieprawdaż? Jest bardzo, bardzo mocno związana z historią naszej rodziny. Ma swoją tajemnicę. Mogę panu zdradzić. Otóż na tej kanapie moja babka powiła..., a wcześniej, oczywiście...

Karol Walerowicz URODZINOWY KOT

Zosia od samego rana była bardzo podekscytowana. Dzisiaj są jej urodziny, ale nie chciała nikomu powiedzieć ile ma lat. Podsłuchała kiedyś, jak mama mówiła, że wiek pań to tajemnica, której zdradzać nie wypada. Bardzo chciała się pochwalić, jaka jest już duża, ale zdecydowała, że wytrwa w postanowieniu. Myślała o czekającym przyjęciu, wszystkich koleżankach, jednym koledze i wpatrywała się,  jak jej starsza siostra, Ania wiesza obrazek na ścianie. Tato już wbił gwóźdź, więc nie było trudno.

 Zosia pomyślała, że taki obrazek to musi być bardzo dumny z siebie! Powodów miał wiele. Po pierwsze był prezentem urodzinowym i to nie na byle jakich urodzinach, ale na najbardziej urodzinowych urodzinach, jakie tylko można sobie wyobrazić. Po drugie, miał bardzo piękną brązową ramę, a po trzecie i najważniejsze, był ręcznie wyhaftowany.

 - Jak to siostra mówiła? - zapytała siebie samą Zosia ... a krzyżykami !

Znów nie bardzo wiedziała, o co chodzi, ale kiedyś widziała, jak jej siostra robi te krzyżyki i pomyślała sobie, że taki obrazek to musi boleć ! Kotek na obrazku był jednak uśmiechnięty od wąsa do wąsa, więc musiało nie być aż tak źle - pomyślała Zosia i pobiegła do mamy. Obrazek został sam. Ania, gdy tylko go powiesiła, pobiegła po zakupy, o które mama prosiła od rana. Wychodząc, powiedziała tylko w biegu coś, że czas szybko ucieka.

Podkategorie

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.