Fakty Ostrowskie TV

Reklama

WYWIAD Z PROF. JANEM MIODKIEM

Z konferansjerem XIII Koncertu Muzyki Wiedeńskiej w Ostrzeszowie rozmawia Wiesław Kaczmarek.

 

Po roku spotykam się ponownie w Ostrzeszowie, w mieszkaniu pana Marka Cieplika z prof. Janem Miodkiem. Profesorowi towarzyszy żona Teresa. Na dwie godziny przed koncertem w miłej i serdecznej atmosferze po raz kolejny mam okazję przeprowadzić wywiad z wybitnym językoznawcą. Tegoroczny koncert Muzyki Wiedeńskiej to także wielkie święto i wyjątkowa okazja - jubileusz 60-lecia pracy twórczej jego inicjatora, wrocławskiego Maestro Jana Ślęka - Honorowego Obywatela Miasta i Gminy Ostrzeszów. Tradycyjnie już, profesor będzie konferansjerem tego muzycznego wydarzenia. Przyznam, że na to powtórne spotkanie i rozmowę bardzo czekałem. 

 

Wiesław Kaczmarek: Ostrzeszów - jakim go widzi prof. Jan Miodek?

 

prof. Jan Miodek: Panie Wiesławie, mam kilka takich miejsc, do których ciągle wracam i to w dodatku wracam bardzo rytmicznie i w określonej porze roku. Na przykład: w ostatnią niedzielę listopada nie mogę nie być na Górnym Śląsku, bo tam się odbywa wielki konkurs gwarowy. Od samego początku, czyli od przeszło 25 lat jestem tam przewodniczącym jury konkursu. Dlatego w ostatnią sobotę miesiąca zawsze jestem przy ulicy Ligonia w Katowicach, w rozgłośni Polskiego Radia, gdzie odbywają się zmagania półfinałowe. A w ostatnią niedzielę jest wielki finał konkursu w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Więc wiadomo, że Miodek w tę sobotę i niedzielę listopada musi być w Katowicach i Zabrzu. Teraz już od wielu, wielu lat zawsze gdzieś w październiku nie mogę nie być w Ostrzeszowie, bo tu wasz wspaniały krajan maestro Jan Ślęk przyjeżdża ze swoją Wrocławską Orkiestrą Festiwalową, z solistami i daje tutaj koncert. A tak się los ułożył, że ja już prawie od 20 lat jestem konferansjerem jego koncertów.

 

 Wiesław Kaczmarek: Proszę opowiedzieć bardziej szczegółowo o prowadzeniu koncertów?

 

prof. Jan Miodek: Moje kontakty z Janem Ślękiem zaczęły się od Jubileuszu Trzechsetlecia Uniwersytetu Wrocławskiego. Pamiętam, że wróciłem chyba w środę lub w czwartek z miesięcznego pobytu w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, był to rok pański 2002 A już w sobotę w Hali ORBITA we Wrocławiu pierwszy raz prowadziłem koncert pod batutą Jana Ślęka. Moja współpraca z nim trwa czternaście lat. Co mogę powiedzieć o profesorze Ślęku? Ciepły, radosny, pełen humoru człowiek. Już od stycznia 1956 roku był etatowo zatrudniony w Operetce Wrocławskiej. Potem przeszedł przez Operę Wrocławską, była Sinfonietta przy Filharmoni Wrocławskiej, było kierownictwo symfoniczne Opery w Dubrowniku i koncerty w całej Europie. I wreszcie dzieło jego życia. W latach 90. stworzył tzw. Festiwal Muzyki Wiedeńskiej. To jest coś wspaniałego. I on z reguły z tym przyjeżdża do Ostrzeszowa. Dzisiejszy koncert będzie prawie powtórzeniem tego wrocławskiego koncertu. Wspomnę jeszcze o koncercie Wrocławskim. Jan Ślęk jest chlubą Wrocławia -  został bardzo, ale to bardzo uhonorowany przez władze tego miasta, Uniwersytetu i widzów. Koncert odbył się w Narodowym Forum Muzyki. Zrobiono to w wielkiej, największej sali, bilety były wyprzedane do ostatniego miejsca.

 

Wiesław Kaczmarek: Wróćmy jednak do Ostrzeszowa.

 

prof. Jan Miodek: Może coś Ostrzeszów - Mikstat? Chcę powiedzieć, że po koncercie, w którym fetowaliśmy Jana Ślęka podeszły do mnie panie ostrzeszowianki. Okazuje się, że przyjechały na jubileusz swojego krajana. Zaczęły mi dziękować za odcinek mojego telewizyjnego serialu  Polska z Miodkiem. Za odcinek poświęcony właśnie Ostrzeszowowi i Mikstatowi. Ale z taką żartobliwą pretensją: Czemu o nas, o Ostrzeszowie, było tak krótko, a o Mikstacie długo? Odpowiedziałem im, że ani o Ostrzeszowie nie było krótko, ani o Mikstacie nie było długo. Bo to są takie impresjonistyczne założenia ? trzy, maksimum cztery minuty. A rzeczywiście w ciągu tych trzech minut można było tylko minutę poświęcić Ostrzeszowowi, a dwie minuty Mikstatowi. Wynika z tego, że Ostrzeszów jest bardzo prosty, porównywalny do: Janowa czy Wojciechowa. Wiadomo, że nazwa miejscowa Janów musiała powstać od imienia Jan. Wiadomo, że nazwa miejscowa Wojciechów musiała powstać od imienia Wojciech. Tak samo nazwa Ostrzeszów powstała od starego rejestrowanego imienia Ostrzesz, utworzona za pomocą przyrostka: ów. Kropka i nic więcej o Ostrzeszowie nie trzeba mówić. Jest to prosta nazwa miejscowa jeśli chodzi o etymologię. Mikstat jest ciekawszy i bardziej złożony. Proszę sobie wyobrazić, że ten Mikstat był na początku Komorowem. I teraz najprawdopodobniej osadnicy niemieccy, którzy tu przybyli słysząc: Komorów skojarzyli to z komarem. Komar po niemiecku to Mücke. I tak się narodził Miksztat w ich języku. Przez Polską ludność wymawiane nie szty tylko sty. Jest dzisiaj Mikstat. Zresztą rodzinne miasto prezydenta Wrocławia, Rafała Dudkiewicza. Ale jednak wszystkie leksykony nazewnicze eksponują ten bardzo ciekawy motyw, że to był najpierw Komorów, a Niemcy skojarzyli z komarem i stworzyli jakiś Mekestad w skrócie Mikstat.

 

Wiesław Kaczmarek: Co Pan powie o okolicznych miejscowościach, takich jak: Grabów, Doruchów i innych w pobliżu?

 

prof. Jan Miodek: Od Grabu - drzewa. Może być od nazwiska rodziny, ale raczej drzewa, czyli realiów terenowych. Podobnie jak: Świerczyn, Świerczyna, Sosnowiec. Natomiast - Doruchów - przypuszczam, że to będzie od imienia, nazwiska Doruch. Blisko macie Ostrów - to jest wyraz, w którym nie ma żadnego przyrostka: ów. Tylko w Ostrowie czy Ostrowie Tumskim kryje się historyczny przedrostek: o. A po prawej stronie cząstka: ów. Jest to kontynuacja praindoeuropejskiego: Strou, o znaczeniu płynąć. wszystko się zgadza Ostrou - miejsce opłynięto, otoczone wodą. Zatem w tym Ostrowie kryje się ten sam rdzeń, który mamy w Niemieckim słowie - Strom - znaczącym tyle co prąd i w Angielskim słowie - Strim - znaczącym tyle co: prąd/tendencja. Natomiast - Odolanów - od Odolana. Przy tej okazji dodam, że bardzo lubię być w Antoninie - Fryderyk Chopin, pałacyk, piękne lasy, no i nazwa od Antoniego Radziwiłła. 

 

Wiesław Kaczmarek: Powtórnie wróćmy do Ostrzeszowa.

 

prof. Jan Miodek: Pan Marek Cieplik zawsze opowiada i obwozi nas po tych najurokliwszych miejscach, które tak kocha. Dzisiaj obwiózł żonę, gdy my tu rozmawiamy. Ale i mnie  zawiózł do Siedlikowa, rodzinnej miejscowości Mariana Pilota. Byłem też w Mikstacie, mieście Rafała Dudkiewicza. Tak dużo mi opowiadał o historii tej ziemi, to jest chodząca encyklopedia Ziemi Ostrzeszowskiej. Mój sentyment jest w tej chwili podwójnie rodzinny, bo właśnie jednym w przeszłości jednym ze starostów był któryś z Taczanowskich, a moja żona jest z domu Taczanowska. Wszyscy oni z sobą są spokrewnieni, jest ich niedużo, są Wielkopolskie i dlatego ona tak bardzo chciała do Ostrzeszowa przyjechać. Wszystko co wielkopolskie jest jej drogie, a już jak trafi na ślad Taczanowskich, to ona w te miejscach jedzie jak na skrzydłach. Dlatego cieszę się, że mogłem ją dzisiaj zabrać do Ostrzeszowa.

 

Wiesław Kaczmarek: Jaka będzie Pana konferansjerka dzisiejszego koncertu?

 

prof. Jan Miodek:  Nie mogę nie powiedzieć o Janie Ślęku. Z tego, co wiem też szykujecie mu jakąś fetę. (Przerwa, ogromny tort i wspólna konsumpcja z jubilatem całej widowni oraz wspólne dwieście lat). Ja jestem językoznawcą i oprócz uroczego Jana Śleka i jego dokonaniach muzycznych, dyrygenckich wplatam anegdoty, żarty czy zakulisowe opowiastki. Musi być i podniośle i  wesoło. Będzie też o Straussie i Kalmanie.

 

Wiesław Kaczmarek:  Przyszedł czas zapytać o tworzeniu nowych słów. Co Pan powie na ten temat?

 

prof. Jan Miodek:  Już mówię. Muszę przejść do drugiego mojego programu - Słownik Polsko-Polski, który trwa trzy minuty i jest emitowany raz w tygodniu (w sobotę, o godzinie 17:00). Nadawany jest od roku 2009. Otóż integralną, stałą częścią tego programu jest tzw. sonda uliczna. I na moją prośbę prowadzący pytają ludzi, powiedziałbym tak: żeby było 50 % słów starych jak nazywam je - inteligenckich i 50% słów nowych. (Chcę sprawdzić, czy ludzie wiedzą co to jest: ewidentny, co to jest koincydencja, a co znaczy: permanentny). Okazuje się, że te słowa, które dla mnie są oczywistością, dla młodych osób już tą oczywistością nie są. Z drugiej strony w każdym programie dajemy takie pytanie, co to jest za słowo, które jest zaczerpnięte z gwary młodzieżowej. I z pełną odpowiedzialnością za słowo mogę powiedzieć, Pan jest młodszy, ale na pewno ani za Pana życia ani za mojego ileś tam lat dłuższego nie było jeszcze okresu, w którym gwary młodzieżowe przeżywałyby taki rozkwit jak w tej chwili. Twórczość ludzi młodych w tej chwili nie ma granic. Nie ma tygodnia, żebym ja nie zapoznał się z lawiną nowych tego typu słów. Każda ta sonda uliczna przynosi mi takie nowinki, ja się też ich dopiero uczę. Musimy sobie powiedzieć jasno jak całe polskie społeczeństwo jesteśmy przeżarci mową wulgarną. Pełną nienawiści. I to jest jedna prawda w naszej polszczyźnie. I wulgarne, bardzo wulgarne jest słownictwo naszych dzieci, wnuków. Słownictwo najmłodszych pokoleń. Kiedy otworzę okno i słucham odgłosów dobiegających z boiska piłkarskiego. Mnie cieszy, że grają a nie siedzą murem przy komputerach. Ale proszę Pana, ja tylko słyszę - kurwa, ja pierdolę. I to jest z jednej strony euforia, bo strzelił bramkę a z drugiej strony - o zawalił, gdy nie strzeli. Ale ja nie mogę nie widzieć w tych ich pomysłach leksykalnych, słowotwórczych - inwencji - polotu - poczucia humoru. Przed przyjazdem do Ostrzeszowa zdążyłem jeszcze przeczytać wywiad z księdzem Bonieckim, który wraz z dziennikarką przeprowadzającą wywiad ubolewał nad tym, co się stało, że tak się strasznie nienawidzimy. A na pytanie o to, kiedy wreszcie zostaną zakopane te rowy nienawiści, niestety odpowiedział, że nie wie. Za mojego życia na pewno nie. Może dzieci, może wnuki. To jest bardzo straszne. Bo bywały i za Piłsudzkiego złe rozmowy, ale tak strasznych słów myślę, że nie używano.

 

Wiesław Kaczmarek: Tak mi się przypomina język dzieci kwiatów, hipisów. Czy jednak był tak zły?

 

prof. Jan Miodek: Tak, ale to nie było chamskie. Nie można nie widzieć, że to wszystko jest bogatsze. Jeszcze 30 lat temu, kiedy mówiłem, jak to trzeba z wyczuciem stylistycznym posługiwać się słowem fajnie. Proszę zauważyć, w czasach Pana młodości, jak i w moich czasach młodości było to jedyne, nieoficjalne słowo, któremu w polszczyźnie oficjalnie odpowiadały formy typu: wspaniały, cudowny, fantastyczny. A proszę zobaczyć, oni dzisiaj mają: fajny, super, wypasiony, full wypas. Ile oni tego mają: cool, spoko. Oni mają osiem, dziesięć wariantów. My mieliśmy tylko  to jedno słowo. Ja też pamiętam, mówiliśmy o udanej wycieczce do nauczycielki: O pani profesor, jak było fajnie na tej wycieczce. Ale jak pani profesor każe Ci napisać reportaż o tej wycieczce to ty nie użyjesz tego słowa. Tylko napiszesz, że na wycieczce było cudownie, wspaniale, fantastycznie. Nie możesz się tak zachować jak jedna z kandydatek na studia polonistyczne, która powiedziała mi, że w wierszu: poeta osiąga fajny nastrój. Ten fajny nastrój na egzaminie był nie do przyjęcia. Co do Wrocławia, sytuacja jest niezmienna. Przyjechali tam w 1945 ludzie z zewsząd. Z takimi lub innymi uwarunkowaniami językowymi, regionalnymi a to pomorskimi, wielkopolskimi, mazowieckimi i innymi. Z tego tygla najrozmaitszych przyzwyczajeń regionalnych narodziła się bardzo szybko ponad regionalna  standardowa odmiana języka i w związku z tym Wrocław i praktycznie Dolny Śląsk to jest teren, obszar polszczyzny standardowej, której oczywiście detalicznie jakieś cechy gwarowe można usłyszeć z języka człowieka w moim wieku. Ale ta przeciętna jest przezroczysta. Ta mieszanka była jednak bardzo piękna. Jadąc na swój Górny Śląsk, z Czeladzią, Będzinem, Krzepicami, Kłobuckiem. To wszystko dzisiaj należy do woj. śląskiego, kiedyś - katowickiego. Ale mówiąc delikatnie, nie kochają się ci ludzie. Gdyby Pan mieszkańcowi Sosnowca powiedział ,że jest Ślązakiem to się na pana obrazi. Podobnie się obrazi katowiczanin czy chorzowianin,  kiedy usłyszy o Kłobucku na Śląsku. Bo on wie, że to jest konstrukcja administracyjna, ale nie historyczno-językowa. I tak też delikatnie muszę powiedzieć, nie kochają się mieszkańcy Katowic z mieszkańcami Sosnowca czy Szopienic i Sosnowca, choć są oddzieleni tylko rzeką. Dlatego zawsze tam mówię: Ludzie kochani, żebyście tak wzięli przykład z Dolnego Śląska - tam są ludzie zewsząd i jakoś nikt nie pyta: skąd jesteś. Każdy tam skądś jest/ był . Tworzymy jednak tę jakąś piękną jedność. No ale ja mogę tak sobie mówić. Ale jeżeli coś jest do zabrania z Dolnego Śląska, to ta mozaika, różnorodność, że można się pod tym względem zaopatrzyć w mieszkańców w takim geście solidarności etnicznej i wzrastać w takim regionie Polski.

 

Wiesław Kaczmarek: Może coś jeszcze o Opolszczyźnie?

 

prof. Jan Miodek:  Oczywiście, że jest tam jeszcze sporo ludności autonomicznej. Ale w samym Opolu już jest więcej nie Ślązaków niż Ślązaków. Niektórzy mają podwójne obywatelstwa, jakaś  tam część wyjechała do Niemiec. To był też paradoks i tragedia tej ziemi. Powstania śląskie i plebiscyt. Niech mi Pan wierzy, że Opolszczyzna była bardzo pro Polska. Natomiast granic wcale nie wytyczono na podstawie realnych wyników plebiscytu. Powiedzmy to dzisiaj, wytyczono je według korzyści dla Polski. I ten najbogatszy, przemysłowy Śląsk Polsce przypadł. Oczywiście, że Gliwice, Zabrze, Bytom, zostały w Niemczech. Jednak Katowice, Chorzów, Rybnik to wszystko przyszło do Polski, a Opolszczyzna cała została przy Niemczech. Chociaż były tam takie powiaty, które w 80-90 % były za Polską. Tam było skupisko powstańców śląskich. To była tragedia tych ludzi, że kiedy w 1945 roku ta Polska tam wreszcie przyszła, to Polska ich traktowała jak nie Polaków. Mam znajomych, którzy dzisiaj prawie ze łzami w oczach opowiadają mi, że bili się o Polskę, a oni mają dzisiaj obywatelstwo niemieckie. Często na zasadzie przekory, bo po 1945 roku tak ich potraktowano. Wie Pan, noszę w swoim sercu opowieść. Oto pewna Pani znad morza jechała z ojcem do Opola pracować jako nauczycielka. Na tamtych starych mapach - patrzy - pisze Germania. Była pełna obaw, jak ją tam przyjmą. Myślała, że tam mówią po niemiecku. Nie wiedziała, że tam na co dzień mówi się piękną śląską polszczyzną. Uspokoiła się na pierwszej lekcji, gdy pokazała zdjęcie psa z kością, usłyszała: o dzierży kość w pysku. To staropolskie słowo dzierży, czyli trzyma, gdy je usłyszała była bliska rozpłakania. Usłyszała krystaliczną polszczyznę.

Wspomnę Panu jeszcze, gdy byłem dwa lata w 1975 roku w Münster, w Westfalii jako lektor. Miałem tam tych swoich studentów. Niech mi Pan wierzy, co najmniej 50% z nich to byli ludzie Górnego Śląska, z Opolszczyzny, Warmii, Mazur, z Kaszub. Oni mi opowiadali: Nasi rodzice czekali na Polskę. Przyszła Polska i dowiedzieliśmy się, że nie jesteśmy Polakami, że jesteśmy podejrzani. Dlatego jestem w Niemczech. Pytali mnie: Powiedz mi: kim ja jestem? Nikt z Niemców nie uznawał ich za Niemców. A oni byli wewnętrznie pokiereszowani. Byli bez świadomości. Właściwie kim ja jestem? Ślązakiem, Niemcem, Polakiem? To samo mówili mi Ci z Mikołajek, spod Olsztyna.

 

Wiesław Kaczmarek:  Bardzo dziękuję za tę rozmowę, wzruszyłem się końcówką wypowiedzi Profesora. Dziękuję w imieniu swoim i Czytelników.

 

prof. Jan Miodek: Dodam tylko jeszcze na koniec. Jan Ślęk ma już 88 lat. Podziwiam go bardzo - dyryguje na stojąco, bez partytury, z pamięci, jest już pewnie rekordzistą na skalę Polski, a może i zagranicy. Wciąż jest pełen ekspresji. I nosi w sobie to, co najlepsze w ludziach Wielkopolski czyli to uporządkowanie wewnętrzne. A jednocześnie jest wspaniałym artystą i muzykiem. Ma w sobie swoistą romantykę. Zbierajmy się jednak na koncert jubileuszowy Jana Ślęka, bo czas goni.

 

 

 

Wiesław Kaczmarek

 

 

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.