Fakty Ostrowskie TV

Reklama

WIELKI FILMOWY ŚWIAT JEST NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI

(z Szymonem Nowakiem, gościem festiwalu rozmawia Tomasz Gruchot)

 

TG: Rola w Klezmerze jest obecnie Twoim znakiem rozpoznawczym, artystyczną wizytówką, jednak w pierwszej kolejności jesteś aktorem teatralnym. Jak układa się ta część Twojej kariery?

SN: W pierwszej kolejności staram się angażować w ciekawe, inspirujące projekty, niezależnie od tego czy to film czy teatr. Teatr jest oczywiście wciąż obecny w moim życiu zawodowym. Sezon, który właśnie dobiega końca, był dla mnie wyjątkowy ze względu na Jubileusz 250-lecia Teatru Narodowego, z którym współpracuję. Wziąłem udział w dwóch ważnych przedstawieniach, z czego jestem bardzo zadowolony. Muszę jednak przyznać, że to film od kilku lat staje się dla mnie priorytetem, zarówno jeśli chodzi o działania aktorskie, jak i próby reżyserskie. Na pewno przygoda z Klezmerem miała w tym swój udział. Nie zamierzam  jendak rozstawać się z teatrem, który wciąż bardzo cenię, jako miejsce wyjątkowego spotkania z widzem. Teatr to dla mnie poligon doświadczalny, który pozwala doskonalić warsztat oraz pozostawać w aktorskiej formie.

TG: Pracując z takim reżyserem jak Jan Englert, w dużym stopniu "skazany jesteś" na klasyczny repertuar. Czy zatem Twoje spojrzenie na kanoniczne dzieła rodzimego i obcego dramatu uległo przewartościowaniu?

SN: Klasyka nie musi być "wyrokiem". Natomiast zawsze jest wyzwaniem. Muszę przyznać, że Jan Englert w swojej ostatniej premierze nie ogranicza się do klasycznej, akademickiej interpretacji. Jego Kordian jest pełen odważnych rozwiązań, zarówno interpretacyjnych jak i inscenizacyjnych. Nie brakuje tu odwołań do najnowszej historii Polski, jak również efektów teatralnych, których nie powstydziłaby się chyba żadna europejska scena. Dyrektor Englert od lat otwiera drzwi Teatru Narodowego młodym niepokornym reżyserom, często sam angażuje się w przedstawienia eksperymentalne i kontrowersyjne. Mam wrażenie, że w swoim najnowszym dziele stara się czerpać zarówno ze "starej szkoły", jednocześnie wyraźnie zaznaczając, że "nowy teatr" nie jest mu obcy. Kordian to swoista synteza tego co w polskim teatrze najlepsze, a widownia reaguje na ten spektakl bardzo entuzjastycznie nagradzając go regularnie owacjami na stojąco.

Zupełnie czym innym była z kolei praca z Michałem Zadarą nad Norwidem kilka lat temu. W tym przypadku z klasyki została tylko litera tekstu. Inscenizacja zaś była wręcz do przesady współczesna.

Najciekawsze było dla mnie jednak tegoroczne spotkanie z Eimuntasem Nekrošiusem, wybitnym litewskim reżyserem, artystą znanym i cenionym na całym świecie. Jego Dziady były z pewnością największym wydarzeniem mijającego sezonu. Dawno nie ukazało się tak wiele recenzji na temat "Narodowego" przedstawienia, recenzji często skrajnych. Jedno jest pewne, nasz wileński gość pozostawił w Warszawie przedstawienie nowatorskie i osobiste. Jego Dziady to teatr autorski najwyższej próby. Praca z artystą tego formatu była niezwykłą przygodą i wyróżnieniem. Nekrošius zaskakiwał kolejno aktorów i widzów swoimi niekonwencjonalnymi pomysłami i rozwiązaniami. W Dziadach odnalazł uniwersum wykraczające daleko poza nasze polskie podwórko. Na pewno nie jest to przedstawienie łatwe, ale wiele osób, ze mną włącznie dostrzega w nim przebłysk geniuszu.

TG: Jak każdy ambitny aktor, musisz zapewne dość często znajdować kompromis między własną wizją postaci a koncepcją reżysera. Czy więcej kreacyjnej swobody znajdujesz w kinie czy w teatrze?

SN: Taki już los aktora. Zresztą życie każdego człowieka jest sztuką kompromisu. Najlepiej oczywiście kiedy koncepcje reżysera i aktora są spójne, kiedy inspirują się nawzajem w pracy i podążają zgodnie do tego samego celu. Jest to niezależne od tego, czy jesteśmy w teatrze, czy na planie filmowym. Z drugiej strony to w teatrze częściej zdarza się traktowanie aktorów przedmiotowo jako elementów formalnej układanki. To cena, którą każdy aktor godzi się zapłacić, przychodząc do teatru. Oczywiście wybitnym aktorom wolno więcej, ale odmienność koncepcji artystycznych to zawsze próba charakterów. Ostateczna decyzja z reguły należy do reżysera, ale uważam, że powalczyć zawsze warto. Kiedy mam pomysł, który wydaje mi się ciekawy, nie waham się go zaproponować, wielu reżyserów tego oczekuje i to docenia, nawet jeśli mają swoją konkretną wizję dzieła.

TG: Od jakiegoś czasu próbujesz swoich sił również jako reżyser. To pasja czy rynkowa konieczność?

SN: Zdecydowanie pasja. Wynikająca w dużej mierze z potrzeby niezależności artystycznej właśnie. Od dawna reżyseria filmowa była moim marzeniem. Od pierwszego wejrzenia zakochałem się w pracy na planie filmowym. Czułem jednak, że jako aktor mam ograniczony wpływ na kształt dzieła. Podglądałem więc reżyserów przy pracy, zacząłem wszędzie dookoła widzieć filmowe kadry, ujęcia i sceny. Inspirowali mnie koledzy aktorzy, którzy również zaczęli reżyserować. Postanowiłem wykorzystać potencjał drzemiący w gronie moich znajomych, młodych i twórczych aktorów, tancerzy, operatorów filmowych, muzyków. Nara zie reżyseria to dla mnie pasja i hobby, sposób na twórcze spędzanie wolnego czasu. A w przyszłości? Kto wie? Na pewno chcę się rozwijać w tym kierunku, nie rezygnując z aktorstwa.

TG: Dość powszechnie podkreśla się w recenzjach z Klezmera bardzo dobrze napisane dialogi. Czy to wyłącznie dzieło Piotra Chrzana, czy może jako aktorzy dokonywaliście w trakcie jakichś modyfikacji?

SN: Scenariusz Piotra Chrzan od początku opierał się na znakomitych dialogach. Nie było potrzeby ingerencji w tekst, co rzadko się zdarza w pracy z polskimi scenariuszami. Chrzan doskonale czuje słowo mówione, a w przypadku Klezmera wczuł się znakomicie w wiejską gwarę. Od pierwszej lektury dostrzegłem w jego tekście ogromny potencjał, z nadzieją przystąpiłem do pracy nad rolą. Na planie było ciężko, film powstawał w prowizorycznych warunkach. Ostatecznie powstał jednak obraz, który zaskoczył nas wszystkich. Okazało się, że warto było zainwestować w ten projekt. Co do tego, że Chrzan świetnie pisze, nikt nie miał wątpliwości, dziś może pochwalić się znakomitym debiutem reżyserskim, a jego kolejny film na pewno będzie wyczekiwany z dużym zainteresowaniem.

TG: Historia opowiedziana w Klezmerze kojarzy się niemal natychmiast ze słynnym opowiadaniem Żeromskiego Rozdziobią nas kruki, wrony... Innymi słowy odnosi się wrażenie, że wszechobecne zło, jest tu bardziej wynikiem prostactwa niż animozji na tle narodowościowym. Czy to również metafora dzisiejszych źródeł nienawiści?

SN: Wielu krytyków dostrzega w Klezmerze metaforę współczesności oraz uniwersalność historii napisanej przez Piotra Chrzana. Dla mnie główną przyczyną zła jest propaganda. Prosty lud od zawsze stanowi większość populacji. Od zawsze też rządzący starają się sterować szarą masą by osiągnąć swoje cele. Dla mnie punktem zapalnym wszelkich konfliktów są właśnie Ci pociągający za sznurki. Animozje mogą mieć podłoże narodowościowe, religijne lub ekonomiczne, ale dla mnie będą to zawsze efekty sprawnie działającego mechanizmu propagandy. Inna sprawa to wpływ wojny na zezwierzęcenie społeczeństwa oraz wpływ władzy, nawet tej najmniejszej, na psychikę człowieka. Doskonała propaganda, to taka, która utrzymuje ludzi w przekonaniu, że podejmują świadome i niezależne decyzje. Wydaje mi się że każdy z nas chce tak myśleć o sobie, śmiem jednak twierdzić, że każdy z nas jest (w mniejszym lub większym stopniu) w błędzie.

TG: Pamiętam z minionych lat, że byłeś zafascynowany dramatem Marina Sorescu, Kościelny oraz Grabarzem królów Jerzego Łukosza, Nadal myślisz, by kiedyś je zrealizować?

SN: Wracam często pamięcią do młodzieńczych fascynacji. Kościelny to tekst, o którym często myślę, zwłaszcza, że proces laicyzacji społeczeństwa zdaje się postępować, szczególnie w dużych miastach. A tak właśnie wspominam "Kościelnego", jako przypowieść o upadłym i zapomnianym kościele, ale również o tęsknocie do sacrum. Wracam też czasem do innego tekstu, który wystawiłem w liceum, mianowicie Kontrabasisty Suskinda. Ten pełen czarnego humoru monodram o sfrustrowanym i niespełnionym muzyku ujął mnie już wtedy. Dziś refleksje na temat życia w sztuce są mi wyjątkowo bliskie. A dramaty i dylematy artystów po trzydziestce to mój chleb powszedni. Często doświadczam ironii losu na własnej skórze. Na pewno chciałbym żeby była ona obecna również w mojej twórczości.

TG: Czy sukces Klezmera nadał jakiś wyrazisty kierunek Twoim planom na najbliższą przyszłość?

SN: Przede wszystkim Klezmer dał mi przekonanie, że warto robić niezależne kino, że chcieć znaczy móc, że wielki filmowy świat jest na wyciągnięcie ręki. Za sprawą Klezmera uczestniczyłem w wielu eventach filmowych, z Festiwalem w Wenecji na czele. To było wydarzenie z gatunku inicjacyjnych, jeszcze będąc w Wenecji zapragnąłem wrócić tam kiedyś z własnym filmem. Otarłem się tam o wybitnych twórców, zobaczyłem świetne filmy, poznałem młodych filmowców z całego świata. Te wszystkie doświadczenia, dały mi zapał i motywację do działania. Na przyszłość patrzę z nadzieją, widzę, że szanse na sukces czają się dookoła, trzeba tylko czasem wyciągnąć po nie rękę. Czasem wymaga to również ciężkiej pracy, ale jestem przekonany, że warto.

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.