Fakty Ostrowskie TV

Reklama

SAMODZIELNOŚĆ ALBO MARGINALIZACJA (suplement do wykładu zorganizowanego przez Ostrowskie Towarzystwo Naukowe)


Rekomendowany przez nas w poprzednim numerze wykład dr Bogny Skrzypczak-Walkowiak (Czy filmozofia jest nową szansą dla filmu i filozofii? Wprowadzenie do zagadnienia filozofii filmu), którego mieliśmy okazję wysłuchać 10 czerwca w Forum Synagoga uświadomił w dużym stopniu, z jak rozległym i ciągle jeszcze nie do końca uporządkowanym zjawiskiem mamy do czynienia na obszarze współczesnego filmoznawstwa. Stąd, poniekąd naturalnie, pojawiła się potrzeba rozwinięcia lub doprecyzowania niektórych fragmentów prelekcji, gdyż ta, z uwagi na czasowe ograniczenia, pozostawiła po sobie cały szereg mniej lub bardziej szczegółowych pytań. Część z nich doczekała się odpowiedzi podczas towarzyszącej wykładowi dyskusji, a na pozostałe prelegentka zgodziła się odpowiedzieć w redakcji "Faktów Ostrowskich" Rozmowa miała miejsce 14 czerwca, a my publikujemy dziś wybrane jej fragmenty.

 

Tomasz Gruchot: Na ile współczesny film jest w stanie stworzyć własny język filozoficzny? Czy istnieją takie obrazy, które byłyby wypowiedzią filozoficzną nieilustrującą żadnego istniejącego systemu?

Bogna Skrzypczak-Walkowiak: Jeśli potraktujemy filozofię jako heideggerowskie myślenie, to absolutnie jest to możliwe, gdyż film może być rejestracją ludzkiej myśli czy też procesu dochodzenia do konkretnych refleksji lub konkluzji. Takie obrazy już istnieją. Nie są wówczas oczywiście biografiami filozofów, ale za to bywają bardziej próbą dialogu ze spuścizną ludzkiej myśli niż ilustracją powszechnie znanych poglądów.

TG: Jakiś czas temu w jednej z recenzji zamieszczonych w "Nowych Książkach" autor postawił tezę, że zanim zaczęto wydawać po polsku Heideggera, mieliśmy już gotowy język, który nadawał się doskonale do polskich przekładów. Stworzył go w swej poezji Bolesław Leśmian, uważany w ogóle za myśliciela preheideggerowskiego. Czy w kinie znajdziemy analogiczną sytuację?

BSW: Myślę, że takim filmem jest Koń turyński Béli Tarra. Mimo że punktem wyjścia jest tam postać Fryderyka Nietzschego, to sam obraz nie jest zdecydowanie nietzscheański. Po pustce, jaka pojawia się, gdy zostaje uśmiercony Bóg, trzeba znaleźć nowy język dla przedefiniowania świata. Takim może właśnie okazać się język filmowy, który sugestywnie posługuje się symbolicznymi i alegorycznymi scenami bez potrzeby naukowej syntezy. Temu, jak można sądzić, służy właśnie prosta z pozoru opowieść w filmie Tarra.

TG: Czy to oznacza, że obraz może być przedłużeniem języka wszędzie tam, gdzie ten staje się niewydolny, gdzie rozbija się o barierę niewyrażalności? Czy np. takim filmem mógłby okazać się przywołany przez Ciebie w trakcie wykładu Młyn i krzyż Majewskiego (jeśli oczywiście pominiemy tu podstawowe odniesienie do obrazu Bruegla)?

BSW: Jeśli spojrzymy na ten obraz pod kątem ontologii to ilustruje on w jakimś sensie problem początku i następstw, ale wg mnie film to zupełnie inny język, nie postrzegam go jako przedłużenia czy kontynuacji jakiegokolwiek innego. Nie jestem nawet pewna, czy ktokolwiek podejmował w kinie świadomą próbę ustawienia obrazu filmowego w tym miejscu, w którym zawodzi język jako system znaków. Zwłaszcza że trudno byłoby ustalić, gdzie to miejsce się znajduje. Nawet jeśli tego rodzaju zakusy się pojawiały, to na tyle mało spektakularnie, że powszechnie o tym nie wiadomo.

TG: Wspominałaś podczas wykładu, że filmozofia to także dobra strategia dydaktyczna. Jak na podstawie wieloletniego już przecież doświadczenia w pracy z młodzieżą oceniasz skuteczność tej strategii? Na ile wprowadzenie treści ogólnokulturowych udaje się poprzez medium filmu?

BSW: W szkole, niestety, zawsze będzie istniało ryzyko banalizacji. Nie ma kłopotu, gdy w grę wchodzi jedynie ilustracja jakiejś myśli czy nawet biografii. Jednak gdy chcielibyśmy brać pod uwagę autonomiczną wypowiedź filozoficzną, o której tu mówiliśmy, to ryzyko nadmiernych uproszczeń wydaje się wyjątkowo duże. Natomiast bez wątpienia film jest dziś lepiej dopasowany do charakteru percepcji młodych ludzi i za jego pośrednictwem lub choćby przy jego pomocy zdecydowanie łatwiej przemycić niektóre treści programowe. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że mamy do czynienia z pokoleniem ikonicznym, które nie potrafi efektywnie przyswoić czystego wykładu, bez wsparcia w postaci choćby prostych wizualizacji. Niestety, aby filmozofia jako strategia dydaktyczna mogła w pełni zafunkcjonować, należałoby dokonać istotnych zmian systemowych, na które nikt nie ma pomysłu ani odwagi. Dziś przecież nie sposób nawet obejrzeć i omówić pełnometrażowy film, bo nie dysponujemy wystarczającą liczbą godzin dydaktycznych, zatem to, co możemy rozsądnie wprowadzić, to zaledwie zręby tej strategii, jej wersję uproszczoną, choć bezsprzecznie nawet w tej formie przydatną.

TG: Wielu filmoznawców wskazuje dziś na nowe zjawisko, jakim jest wzrastająca w zaskakującym tempie produkcja niskobudżetowych filmów autorskich. Mimo że są one często bardzo ambitne intelektualnie i ciekawe artystycznie, to nie przebijają się do kin. Czy filmozofia jako strategia dydaktyczna jest dla nich szansą?

BSW: Zdecydowanie tak, pod warunkiem, że udałoby się w jakiś rozsądny sposób uporządkować ich dystrybucję. Mają natomiast ten walor odmienności, który dla młodego widza często okazuje się dostatecznym magnesem. Wyraźnie odróżniają się przecież od popularnych produkcji kinowych. Zadaniem nauczyciela jest wtedy wyposażenie odbiorców w określone kompetencje, jako że z samego dostrzeżenia formalnej odmienności niewiele dla przeciętnego nastolatka wynika. Istnieje nawet niebezpieczeństwo, że nieprzygotowany widz odczyta innowacyjne pomysły jako niedociągnięcia, a to może zupełnie zaburzyć proces odbioru dzieła, nie mówiąc już o jego późniejszej analizie. Bez wątpienia jednak filmy tego rodzaju stanowią doskonałą bazę dla filmozoficznej dyskusji w ramach zajęć szkolnych.

TG: Wróćmy jednak na obszar nauki. Czy widzisz konieczność wyodrębnienia filmozofii jako autonomicznej dyscypliny lub przynajmniej wyraźnie określonej subdyscypliny naukowej?

BSW: Zdecydowanie tak, ponieważ w przeciwnym razie samo pojęcie stanie się nieostre, a przedmiot badań niedookreślony, rozmyty w filmoznawstwie i ostatecznie zmarginalizowany. A nie wolno nam pominąć faktu, że zjawisko jednak się pojawiło (mimo że książki Framptona - autora terminu filmozofia - nie przełożono jeszcze na język polski). Jeśli nie wprowadzimy do jego opisu filozoficznej dyscypliny, może nam się po prostu wymknąć. To oczywiście nie wyklucza związków kina z psychologią czy socjologią, ale te dyscypliny nie dają nam takich narzędzi porządkujących. Ważne jest zatem, aby filmozofia uzyskała samodzielność, bo wówczas nie będzie funkcjonować jedynie gdzieś na marginesie filozofii i filmoznawstwa, tylko wtedy badania na tym obszarze mogą wyraźnie przyspieszyć.

TG: Czy dla filmozofa obszarem zainteresowania jest również sala kinowa, to, co się dzieje na poziomie relacji nadawczo-odbiorczych obserwowanych na gorąco?

BSW: Już Deleuze mawiał, że jeśli w ogóle badać, to tylko film kinowy. Bo tylko przestrzeń kina stwarza nową rzeczywistość odseparowaną od codziennej przestrzeni wielofunkcyjnej, gdzie cała ogromna liczba elementów może nas rozpraszać. Nawet popcorn i napoje w sali kinowej pochłaniane są czysto mechanicznie i nie powodują dekoncentracji. To poligon doświadczalny dla wielu dyscyplin. Dla filmozofii również.

TG: A czy w ramach wstępnego zakreślania obszaru badań nowej dyscypliny dałoby się np. stworzyć coś w rodzaj filmozoficznej historii kina?

BSW: Myślę, że byłoby to jak najbardziej zasadne, gdyż historia stanowi w takich wypadkach dodatkowy czynnik porządkujący. Pojawiłyby się oczywiście jakieś ograniczenia, przynajmniej terytorialne, dzięki czemu mogłoby powstać kilka tomów. Bo przecież kino europejskie, amerykańskie, azjatyckie, czy nawet tylko rosyjskie wymagałoby tu osobnego studium. A zacząć można by swobodnie od lat dwudziestych, bo myśl filmozoficzna (choć nie od razu tak nazywana) jest przecież rówieśniczką kina. Z pewnością ożywiłoby to dyskusję wokół absorbujących mnie od lat zagadnień. Można by również pokusić się o swoisty leksykon filmu filozoficznego poprzedzony jakimś klarownym wprowadzeniem do filmozofii. Osobiście byłabym takim wydawnictwem bardzo zainteresowana.

TG: Czekamy zatem, aż zostaniesz jego autorką. Dziękuję za rozmowę.

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.