Fakty Ostrowskie TV

Reklama

ZAWSZE STARAM SIĘ BRONIĆ SWOICH POSTACI

Marian Dziędziel gościem festiwalu

To był wieczór w iście kabaretowym stylu. Marian Dziędziel bawił publiczność do łez, opowiadał anegdoty i żarty, recytował gwarą śląską Adama Mickiewicza, a nawet śpiewał, prezentując widowni swój talent wokalny. Gość spotkania mówił m. in. o trzech powodach dla których został aktorem, swoich rolach u Wojtka Smarzowskiego, czy czuje się zaszufladkowany i czy żałuje, że jego kariera nabrała tempa tak późno. Rozmowę poprzedziła projekcja filmu Moje córki krowy i właśnie ten wielokrotnie nagradzany obraz - wzruszający i zabawny, mówiący o oswajaniu z chorobą i odchodzeniem, ale  pozbawiony taniego sentymentalizmu i łatwych wzruszeń - stał się punktem wyjścia do dyskusji. Pełne humoru spotkanie miało swoją kontynuację jeszcze na Małej Scenie, gdzie aktor podpisywał zdjęcia i plakaty, cierpliwie pozował do zdjęć i żartował z publicznością.

 

"Moje córki krowy"

Zamysł filmu był właśnie taki, by nie epatować śmiercią i chorobą. W nas aktorach i reżyserce cały czas była więc pewna obawa, czy uda się to w ten sposób zrealizować. Przyjęcie filmu przez publiczność świadczy najlepiej o tym, że udało się. Nie ma tutaj nawarstwienia negatywnych emocji towarzyszących chorobie, śmierci. Jest to po prostu film o życiu i miłości. Praca na planie była bardzo ciekawa, mieliśmy świetny zespół aktorski. Moje ?córki? to znakomite aktorki. Od razu spodobał mi się scenariusz, dialogi i ich dramaturgia. Stwierdziłem, że jest dużo do zagrania. Trzeba było starannie przygotować się do tego filmu, korzystaliśmy z porad i wskazówek lekarzy, neurologów, psychiatrów, onkologów. Mój bohater ma glejaka czyli raka mózgu, a ta choroba wiąże się z bardzo konkretnymi zachowaniami i ruchami. Do tego wiele szczegółów i niuansów, co widz wie, czego widz nie wie, czego nie wie bohater - to wszystko musiało być bardzo precyzyjnie przygotowane. Była to postać bardzo ciekawa do zagrania.

 

O pracy ze Smarzowskim

Najpierw pod koniec lat 90-tych była "Małżowina", później w 2004 roku zagrałem w "Weselu". Jak się dowiedziałem ten scenariusz i  rolę Wojnara Wojtek Smarzowski napisał specjalnie dla mnie. Byłem wtedy aktorem, który nie jest popularny, nie przynosi kasy, nie byłem znany w środowisku, raczej tylko w Krakowie. Wojtek jednak jest uparty, odpowiedzialny i rzetelny, jak coś obieca to się tego trzyma. Wojnar był postacią bardzo specyficzną, jednak ja zawsze wychodzę z założenia, że postać, którą się gra, trzeba bronić. Ja bronię wszystkich moich bohaterów - nawet tych najgorszych, ponieważ każdy człowiek na to zasługuje. Jako aktor starałem się pokazać również dobre cechy tego człowieka. Ja to daję zawsze pod rozwagę widzom. I tak - kobiety pewnie inaczej  osądzą Wojnara, a być może inne zdanie o nim będą mieli mężczyźni. Mnie on denerwował swoją pychą, pyszałkowatością, tym zarozumialstwem i okazywaniem swojego bogactwa. U Smarzowskiego gra się znakomicie, ponieważ jest on doskonale do swoich filmów przygotowany. Dostaje się bardzo dużo jego pomocy i wskazówek. On daje z siebie człowiekowi dużo, w związku z tym jest na czym tę postać budować. Wojtek cały czas obserwuje aktora, stara się o nim jak najwięcej dowiedzieć. To jest fantastyczne. W przypadku postaci Wojnara czy Dziabasa z "Domu Złego", jak i każdej trudnej roli, to nie jest kwestia wejścia i wyjścia z tej postaci. Podczas zdjęć myślami człowiek cały czas jest w tej roli. Lubię nie tylko grać w jego filmach, ale lubię je też potem oglądać i  żadnego filmu się nie wstydzę.

 

Aktor zaszufladkowany?

Po "Weselu" obawiałem się, że zostanę aktorem jednej roli, bo tak często bywa. Po nagrodach w Gdyni, sukcesach pierwszego filmu aktorzy często czekają dziesięć lat na rolę, a ja nie miałem już na to czasu. Na szczęście udało się. Inny jest Wojnar, inny jest Dziabas, inny jest komendant z "Drogówki", inny jest alkoholik  z "Pod Mocnym Aniołem". Czy zostałem zaszufladkowany i stałem się aktorem jednej roli? Nie, potem były zupełnie inne obrazy i całkiem odmienne postaci jak dramat obyczajowy  "Piąta pora roku" czy komedia romantyczna "Zgorszenie publiczne" albo choćby etiuda ?Mocna kawa wcale nie jest taka zła". Bywa tak, że zdarza mi się odrzucać niektóre role, ale nie liczę, ile ich jest. Jeżeli to robię, to głównie z powodu scenariusza albo po prostu braku czasu, natomiast pomijam głównie seriale.

 

Późna kariera 

Rola u Krzysztofa Krauzego w "Grach ulicznych" w moim przypadku zadecydowała o wszystkim, a nie chciałem nawet iść na zdjęcia próbne. Krzysztof  był czarodziejem. Przy okazji zdjęć do tego obrazu, okazało się, że operatorem był przyjaciel Wojtka Smarzowskiego, Łukasz Kośmicki. Któregoś dnia Wojtek był na planie, bo robił dokument o realizacji filmu i akurat ja też w tym dniu miałem zdjęcia. Nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego zdania, ale mówił później, że widział we mnie taką wolę walki, wolę pracy i  chęć grania. Potem trafiłem na plan "Sezonu na leszcza" Bogusława Lindy, do którego scenariusz współtworzył Smarzowski, zaś operatorem był Kośmicki. Nie da się ukryć, że w tym zawodzie często decyduje jakieś zrządzenie losu, łut szczęścia, który trzeba mieć. I jest naprawdę wielu świetnych aktorów, którym po prostu zabrakło tego szczęścia. Nie, nie żałuję, że to wszystko się tak późno rozpoczęło, bo widocznie tak było mi pisane, tak miało być, nie ma się co zastanawiać, co by było 30 lat wcześniej.

 

Barbara Matuszczak

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.