Fakty Ostrowskie TV

Reklama

MOC TRUCHLEJE

Być może Jeffrey Jacob Abrams jest fanem "Gwiezdnych wojen", ale oryginalną trylogię oglądał nieuważnie. W efekcie remake "Nowej nadziei" i "Imperium kontratakuje" - bo tym w istocie jest "Przebudzenie Mocy" - to film nudny i niepotrzebny.

Trudno było uczynić zadość oczekiwaniom całego świata, zwłaszcza, że spełniając marzenia jednych, J.J. Abrams ściągnąłby sobie na głowę gromy miotane przez innych. Mając jednak dwustumilionowy budżet i absolutną gwarancję sukcesu finansowego, można było nakręcić twórczy film. Zamiast tego powstali "Strażnicy galaktyki" z mieczami świetlnymi. Jak się okazuje, montując opowieść z dobrze znanych podzespołów, można to zrobić zupełnie bez polotu i sensu.

 Mniejsza z tym, że Imperium (występujące tu, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, jako Najwyższy Porządek) zbudowało kolejną Gwiazdę Śmierci. Skoro zbudowali już dwie, to mogli też trzecią. Ale czy twórcy "Przebudzenia Mocy" zauważyli, że w 1977 roku Gwiazda Śmierci nie pojawiła się na ekranie znikąd, w połowie filmu? Czy zdali sobie sprawę, że nie bez powodu imperator Palpatine zostaje widzom ujawniony dopiero w drugiej części trylogii, podobnie jak rewelacje dotyczące rodzica Luke'a Skywalkera?

 

 Choć naiwnością byłoby sądzić, że proces powstawania "Przebudzenia Mocy" będzie wolny od wpływów pozafilmowej natury, scenariusz sprawia wrażenie pisanego tak, by wepchnąć weń maksymalnie wiele klisz, które widz mógłby skojarzyć z oryginalnymi "Gwiezdnymi wojnami". Przez pierwszą część filmu pozwala to bawić się odniesieniami do "Nowej nadziei" i "Imperium kontratakuje". Później jedynym skutkiem jest kompletny zanik dramatyzmu, a nawet logiki zdarzeń.

 Wszystko, co dobre, a jest tego niedużo, dzieje się w "Przebudzeniu Mocy" na początku. Kylo Ren (w tej roli Adam Driver) mocno wchodzi w rolę następcy Dartha Vadera. Potem jednak dostaje po głowie od wszystkich, nawet kiedy na gruncie gwiezdnowojennego realizmu jest to całkowicie nieprawdopodobne. Rey i Finn (Daisy Ridley i Oscar Isaac) są tak zachwyceni okazją do postrzelania z blasterów, że trudno powiedzieć o nich cokolwiek więcej. Drugoplanowe postaci: generał Hux i kapitan Phasma (Domhnall Gleeson i Gwendoline Christie) miały zastąpić moffa Tarkina i Bobę Fetta, tymczasem w kadrze pojawiają się tylko na moment i nie wywierają żadnego wrażenia. 

 W ten sposób J.J. Abrams kolejny raz nakręcił film, który pasożytuje na pierwowzorze, nie spełniając pokładanych w nim nadziei. "Star Trek" w jego reżyserii nawiązywał swoją stylistyką i wymową do "Gwiezdnych wojen", zarzucając poetykę oryginalnego serialu. Na tej podstawie fani liczyli, że siódmy epizod wskrzesi klimat dwóch poprzednich trylogii. "Przebudzenie Mocy" to jednak słabe "Gwiezdne wojny", podobnie jak "W ciemność" było słabym "Star Trekiem".

 Zabrakło tego, co charakterystyczne: trikowego montażu, a także wyrazistej ścieżki dźwiękowej, co szczególnie zdumiewające, ponieważ kompozytorem muzyki ponownie został John Williams. Akcja nie wraca na Tatooine, otrzymujemy zamiast tego bliźniaczo podobną planetę Jakku. Podobną do tego stopnia, że żyją na niej nawet karzełki zbierające złom. Nie są to jednak jawowie; zresztą ras kosmicznych, które znamy z poprzednich filmów właściwie w "Przebudzeniu Mocy" nie ma. Powraca za to Han Solo (oczywiście Harrison Ford), a także Luke Skywalker i Leia Organa (Mark Hamill i Carrie Fisher), choć bliźniaków jest na ekranie dużo mniej niż zawadiackiego przemytnika.

135 minut filmu upływa bohaterom na radosnej bieganinie, trudno zresztą spodziewać się czegoś innego po filmie przygodowym. Ale gdyby twórcy "Przebudzenia Mocy" rzeczywiście zrozumieli starą trylogię, wiedzieliby, że jej siła tkwi nie tylko w scenach akcji. Zanim Luke ucieknie z Tatooine, musi spojrzeć na swoje zamordowane wujostwo. Zanim stawi czoła lordowi Vaderowi, musi odbyć szkolenie na Dagobah. A zanim brawurowo odbije Hana z rąk Jabby, spróbuje rozwiązań mniej widowiskowych. "Przygoda" dla J.J. Abramsa zdaje się znaczyć tyle co "wybuchy". 

 "Przebudzenie Mocy", pomyślane jako powrót do początków "Gwiezdnych wojen", wyraźnie odżegnuje się od trylogii prequeli. Trudno wyobrazić sobie Finna albo Rey podczas obrad galaktycznego senatu, chyba że miałby on zostać wysadzony w powietrze. Z tego powodu nie wiemy nic na temat wydarzeń w odległej galaktyce podczas trzydziestu lat, które dzielą akcję "Powrotu Jedi" od "Przebudzenia Mocy". Co ciekawe, pomimo grubej kreski, którą postawiono pomiędzy "Przebudzeniem Mocy" a prequelami, film pod względem wizualnym przypomina dużo bardziej "Mroczne widmo" niż oryginalną trylogię. Użyte efekty specjalne - świetne i nieprzesadzone, co trzeba przyznać - nie pozwalają zapomnieć, że od premiery oryginalnych "Gwiezdnych wojen" minęło prawie czterdzieści lat i dzisiejsze kino wygląda dziś inaczej. 

 "Przebudzenie Mocy" zwyczajnie nie dorasta do poprzedników. Wpisuje się po prostu w ciąg ubiegłorocznych sequeli: "Mad Maxa. Na drodze gniewu", "Terminatora. Genisys" i "Spectre". I wcale nie plasuje się pośród nich wysoko.

Piotr Jaśkowiak  

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.