Fakty Ostrowskie TV

Reklama

TRANSGRESJA I TOŻSAMOŚĆ (o spektaklu "Patria" Pauliny Gawrońskiej)

Spektakle Pauliny Gawrońskiej to zawsze bardzo starannie przygotowana i gruntownie przemyślana propozycja artystyczna. I choć dominantą jest w nich ruch (człowieka i lalki) oraz wytworzone dzięki niemu obrazy, mamy tam zawsze pełne otwarcie na słowo i wszystko to, co w teatrze wspomóc może intensywność przekazu (nie burząc przy tym zamierzonej równowagi między poszczególnymi komponentami przedstawienia).

PLASTYCZNE SZWADRONY ANNY WIKŁO (czyli inwazja młodych adeptów sztuki w Galerii PIK)

Wszyscy natchnieni romantycznymi porywami rewolucjoniści marzą zwykle o przewrocie, który raz na zawsze zmieni oblicze rzeczywistości zgodnie z utopijną ideą przyświecającą rebelii. W większości przypadków, na szczęście, wszystko kończy się na mrzonkach lub też rewolucja szybko pożera własne dzieci i rozdział się zamyka.

Nieco inaczej sytuacja prezentuje się w momencie, gdy nie mamy do czynienia ze spontanicznym zrywem, a przemyślanym, metodycznym działaniem - gdy ewentualna rebelia poprzedzona jest latami ćwiczeń i żelaznej dyscypliny. Dlatego też przewroty częściej udają się w sztuce, a ich efekt jest tym trwalszy, im staranniejsze i bardziej kreatywne bywa bazowe szkolenie.

Ta dość zgrzebna militarno-rewolucyjna analogia znajduje swoje uzasadnienie w próbie opisu zjawiska zilustrowanego na aktualnej wystawie w Ostrowskim Centrum Kultury. Swe prace prezentują podopieczni ostrowskiej plastyczki, Anny Wikło. Jak łatwo odgadnąć, młodzi artyści imponują nie tylko liczebnością (choć rzeczywiście skład osobowy może onieśmielać), ale także mnogością technik i twórczą dyscypliną. Nie to wszakże stanowi o wyjątkowości ekspozycji.

KOMIKSOWY ZWORNIK KULTUROWY

Roy Lichtenstein, PocałunekTrwające nieustannie dyskusje na temat przyporządkowania gatunkowego komiksu przypominają niekiedy pogoń za "kulturowym króliczkiem", którego sensem istnienia pozostaje nieuchwytność. Wielu wskazuje, że zjawisko można już badać przy pomocy narzędzi literaturoznawczych, ponieważ w epoce genologicznego rozmycia definicja literackości wyraźnie się poszerza. Inni widzą w nim taką artystyczną siłę i znaczeniową wielowarstwowość, że domagają się dla niego autonomii również na poziomie dyscypliny naukowej, która mogłaby zająć się badaniem odmian komiksu, sposobów jego kulturowego umocowania oraz perspektyw rozwojowych.

RECYKLING ŚWIATŁA I NATURY (o nowych wystawach w Galerii 33)

Wystawy w Galerii 33 zmieniają się jak w kalejdoskopie i chyba wszyscy zdążyliśmy już przywyknąć do tej dynamiki zdarzeń. Często bywa i tak, że wspomnianą dynamikę dodatkowo potęgują same ekspozycje, które mimowolnie wchodzą ze sobą w sytuacyjnie wymuszony dialog; a im bardziej odległe wizje artystyczne zasiedlają oba piętra tego przybytku sztuki, tym większa temperatura takiego dialogu.

18 czerwca zaprezentowało się dwoje artystów, Wołodymyr Czornobaj oraz Marzena Cecylia Karcz, a dialog (mimo fizycznej nieobecności pierwszego z autorów) okazał się tym razem wyjątkowo harmonijny, bo skupiny na tych nietrwałych elementach rzeczywistości, które da się odzyskać dla sztuki.

ZWODNICZY POWAB KRÓLA OLCH (O wystawie fotografii Pameli Glejzer w Galerii 33)

O nieśmiertelności arcydzieł literatury świadczy zwykle fakt, iż na przestrzeni wieków nieprzerwanie podlegają procesowi reinterpretacji, stanowią punkt odniesienia w intertekstualnej grze znaczeń i - rzecz jasna - źródło bezpośrednich inspiracji. Ujawnia się w ten sposób nie tylko skala możliwych odczytań danego utworu, ale nade wszystko jego ponadczasowa emocjonalna i estetyczna siła rażenia.

Tym razem z jednym z najsłynniejszych wierszy w historii literatury, Królem olch Johana Wolfganga Goethego, zmierzyła się młoda adeptka fotografii artystycznej, Pamela Glejzer. Autorka na co dzień związana z grupą "Na obiektyw(nie?)" działającą przy Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Kaliszu, po raz pierwszy pokazała swe prace na wystawie indywidualnej. Wcześniej mogliśmy przyglądać się jej dokonaniom przy okazji zbiorowych ekspozycji, gdzie wraz z koleżankami prezentowała ścieżki swych twórczych poszukiwań. Najnowsze wyzwanie to jednak zupełnie inny kaliber artystycznych działań, tyleż kuszących co niebezpiecznych.

By podążyć swobodnie interpretacyjnym traktem, przypomnijmy ten niezwykły tekst Goethego (tutaj w przekładzie Antoniego Libery), który dla Pameli Glejzer stał się w równej mierze inspiracją co emocjonalnie pokrewnym sposobem postrzegania rzeczywistości w sytuacjach ocierających się o ostateczność.

ROZPĘDZONY BEZRUCH (O wystawie prac Natalii Wegner)

Zdarzają się wystawy, które w specyficznej przestrzeni Galerii 33 lokują się niemal jak w swym docelowym środowisku. Zagospodarowują pomieszczenie w sposób naturalny i kompletny, pozbawiony śladu mozolnych zabiegów aranżacyjnych. Goście wernisażu mogą wprawdzie na moment efekt ten zniweczyć swą tłumną ruchliwością, ale bywa i tak, że harmonizuje ona z ruchem skondensowanym i zatrzymanym w dziele.

Niejako modelową realizacją powyższych uwag jest aktualna ekspozycja prac Natalii Wegner w górnej sali galerii. Zarówno przestrzeń, jak i obrazy nie próbują się wzajemnie zdominować lub modyfikować swych parametrów, komponują się harmonijnie i bezboleśnie, by ostatecznie przejąć władanie nad odbiorcą. Kto zechce zetknąć się bezpośrednio z tym połączeniem, bez wątpienia ulegnie drobnej dezorientacji, w jaką wprawiają prace artystki.

Każdy z nas doświadczył z pewnością tego dziwnego uczucia, kiedy siedząc w przedziale pociągu widział inny skład ruszający z toru obok. Z braku dodatkowych punktów odniesienia, trudno było przez moment ustalić po czyjej stronie pojawił się ów ruch, czy to my odjeżdżamy czy może pasażerowie z wagonu za oknem. Natalia Wegner proponuje nam między innymi artystyczny ekwiwalent takiego doznania i to w dodatku na trzy sposoby.

BAŚŃ ZAKLĘTA W DETALU (O wystawie grafik Lilianny Lilu Lazarskiej w Galerii 33)

Popularność i wszechobecność grafiki w ostatnich latach sprawia, że niezwykle trudno znaleźć dziś na tym obszarze choćby spłachetek niezagospodarowanej parceli. Co gorsza, poza stosunkowo wąskim gronem ekspertów i miłośników sztuki niewielu gotowych jest w ogóle poświęcić rysunkowi należytą uwagę, przez co w powszechnym odbiorze prace tego typu bywają pozbawione cech dystynktywnych (nie dlatego, że ich nie posiadają, ale dlatego, że niewielu chce i potrafi je dostrzec).

W naszym mieście mamy na szczęście do czynienia z sytuacją zgoła inną, jako że od lat jednym z flagowych wydarzeń kulturalnych jest Międzynarodowe Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu, którego kolejna odsłona czeka nas już we wrześniu. Jako swoistą forpocztę tego święta sztuk plastycznych potraktować można aktualną wystawę prac Lilianny Lilu Lazarskiej w Galerii 33.

Ekspozycja prezentuje niemal wszystko to, czego oczekujemy od ambitnej grafiki. Nie ma tu mowy o ograniczeniu się do prostej ilustracyjności. Nawet te elementy, które zazwyczaj traktujemy jako zużyte i pozostawiamy do wchłonięcia popkulturze, tutaj tracą cechy banalności dzięki wplątaniu w mnogość kontekstów i symboli. Obfitość detali i plastycznych aluzji wprowadzaj odbiorcę w świat przedziwnej baśni, którą opowiada się przy pomocy obrazowych skojarzeń.

KONCEPT NA POGRANICZACH SZTUKI (O wystawie "Zwykłe rzeczy" Marcina Michalaka w Galerii Sztuki Współczesnej)

Wielu stałych bywalców ostrowskich galerii sztuki wystawa Marcina Michalaka wprawiła w konsternację. Widać było wyraźnie, że na wernisażu większość osób poruszała się niepewnie, poszukując sposobu na uporządkowanie i scalenie w przejrzysty układ zaprezentowanych na wystawie prac. Tu i ówdzie przebijały się nawet opinie, że to rodzaj estetycznej prowokacji, dobry postmodernistyczny żart, a prawdziwą sztukę tworzy mimika gości usilnie poszukujących jakiegoś sprawdzonego mechanizmu reakcji na oglądane dzieło.

Jednego wszakże nie można było artyście odmówić - inteligentnego poczucia humoru, które stanowi jedyne przejrzyste spoiwo wszystkich zaprezentowanych prac. Każdy zwrócił uwagę na koncept Latającego dywanu czy parodię słynnej Płytki Pioneera zatytułowaną Transakcja. Jedno wszakże nieustannie nurtowało gości galerii: czy mamy jeszcze do czynienia z efektem pracy artystycznej sensu stricto czy może to tylko sprytna gra w twórczość? Jeżeli nawet przyjąć, iż obcujemy ze sztuką konceptualną, może pojawić się zarzut, że więcej tu konceptu niż artyzmu, a do tego sam koncept nie czyni jeszcze dzieła. Rzec by się chciało, że  uwaga to cokolwiek nieświeża, gdyż dawno już dotarliśmy do momentu, gdy dziełem można nazwać sam zamysł twórczy, a nawet możliwość jego zaistnienia, a nie wyłącznie sam akt kreacyjny.

OFTeN MORE OFTEN

Ostrowski Festiwal Teatrów Niezależnych nie zwalnia. Mimo że mamy już za sobą jego siedemnastą edycję, nie dało się zauważyć organizacyjnej zadyszki, symptomów artystycznego wypalenia czy śladów zużycia obowiązującej od lat formuły imprezy.

NOC W CIENIU FESTIWALU

Szczęściem dla jednych, a przekleństwem dla drugich bywa fakt, że ostrowskie życie kulturalne to mnogość imprez i wyjątkowo zróżnicowana oferta. Dlatego też łatwo zagubić się w tym labiryncie zdarzeń potencjalnym odbiorcom i równie łatwo samym zdarzeniom zniknąć pod lawiną kolejnych przedsięwzięć absorbujących publiczność kulturalną.

Na taki los wydawała się być skazana tegoroczna Noc w teatrze, jako że następowała tuż przed Ogólnopolskim Festiwalem Teatrów Niezależnych i w trakcie Kaliskich Spotkań Teatralnych. Na szczęście ciągle jeszcze zdarza się tak, że przedsięwzięcia pozbawione szans na sukces, niespodziewanie go odnoszą albo przynajmniej budzą nadzieję, że nastąpi to w przewidywalnej przyszłości.

Gorąca surówka

Większość przedstawień zaprezentowanych przez grupy teatralne działające przy Ostrowskim Centrum Kultury i Młodzieżowym Domu Kultury było produkcjami świeżymi, dopiero szlifowanymi i kontakt z publicznością był dla młodych wykonawców tak naprawdę kolejną próbą przed finalnym domknięciem spektaklu jako całości (wyjątek stanowił tu jedynie Shelter Teatru Tańca "Stworzenia"). Konfrontacja z widownią nie tylko obnaża w takich wypadkach słabości poszczególnych przedstawień i elementy wymagające dopracowania, ale dokonuje również pozytywnej weryfikacji tych fragmentów, na które publika reaguje w sposób zgodny z reżyserskimi założeniami.

PEREGRYNACJA CIAŁA (o wystawie prac Jakuba Godziszewskiego w Galerii Sztuki Współczesnej)

Odkąd Protagoras ogłosił, że człowiek jest miarą wszechrzeczy, a Witruwiusz (wsparty po latach grafiką Leonarda da Vinci) potwierdził tę tezę, utrwalając  najważniejszy z kanonów piękna w kulturze Zachodu, ciało nie przestaje być dla sztuki przedmiotem adoracji. I choć w zasadzie wykorzystano już dawno paletę możliwości związanych ze studium cielesności, to co jakiś czas pojawia się nieodparta potrzeba odświeżonego spojrzenia na człowieka jako wzorzec estetyczny, który na przestrzeni stuleci został silnie naznaczony intelektualnie i skupia w sobie coraz bardziej skondensowany ładunek semantyczny.

 Epoki uwielbienia

Wiele można by napisać o rozsianych po czasie i przestrzeni punktach odniesienia dla zaprezentowanych na wystawie obrazów. Oprócz czytelnych aluzji do wzorców starożytnych i renesansowych oraz mistrzów secesji, znajdziemy tam również ślady tyleż zachwycającej co groźnej symetrii rodem z dzieł i koncepcji Williama Blake'a, specyficzną celebrację skupionej w ciele energii, jaką proponował Egon Schiele czy później Lucian Freud, nie ominą nas też wątki orientalne, ale przesączone przez europejską estetykę. Sam autor zapewne wskazałby jeszcze niejeden kierunek swych poszukiwań i wiele obiektów twórczej fascynacji; rzecz jednak nie w tym, by dokonywać tu kulturowej wiwisekcji. Znacznie ważniejsza wydaje się celowość tak wyraźnego wskazywania na źródła inspiracji.

LOKALNY POKAZ GLOBALNEJ EDUKACJI

Wystawa Marty Kuroszczyk zatytułowana Połączenia w istocie nie była wystawą w tradycyjnym rozumieniu tego terminu. To raczej rodzaj multimedialnej opowieści inkrustowanej pamiątkami z podróży autorki do Tanzanii. Jednak forma i wielopoziomowość tej opowieści, są dość wyraźnym sygnałem, jak wyglądać będzie nowoczesna edukacja w zglobalizowanym, naszpikowanym elektroniką świecie.

W gościnnych progach Galerii 33 powiało nowoczesnością, nowymi technologiami i młodzieńczym entuzjazmem. Marta Kuroszczyk jako uczestniczka globalnego projektu edukacyjnego wprowadziła w przestrzeni wystawienniczej zupełnie nowe zasady. Oprócz zdjęć i pamiątek zaprezentowanych zupełnie tradycyjnie, na ścianach pojawiły się kody QR, dzięki którym, jeśli tylko posiadało się w swoim smartfonie stosowną aplikację, można było odbyć podróż po Tanzanii zgodnie z własnym pomysłem lub zdając się dyktat przypadku. Pojawiające się na prywatnych ekranach filmy i fotografie miały w założeniu stanowić rodzaj edukacyjnej gry w afrykańską wycieczkę, a przy okazji uświadamiały widzom, z jakimi problemami boryka się dziś czarny kontynent i jak bardzo są one odległe od wszystkiego, czego doświadczamy w Europie.

NIC ZWYCZAJNEGO ZWYCZAJNIE MUSIAŁO SIĘ ZDARZYĆ

Ta książka po prostu musiała powstać, gdyż nie wybaczono by Michałowi Rusinkowi jej braku. Co więcej, chcąc ostatecznie zakończyć historię piętnastoletniego okresu sekretarzowania Wisławie Szymborskiej, musiał podsumować go publicznie i to z uwzględnieniem mało wybrednych publicznych oczekiwań. Nic dziwnego zatem, że przed tego rodzaju książkami ludzie nauki raczej się bronią, a gdy zostają przyparci do muru, szukają formuły, która pozwoliłaby im oddzielić wydawnictwo z gatunku popularnych biografii od stricte naukowych publikacji.

Książka Rusinka skazana jest na sukces i paradoksalnie na tym polega właśnie kłopot autora. Bo z takiej opowieści (z uwagi na osobisty kontekst) wypada się ciągle tłumaczyć, w dodatku z przekonaniem, że nikt tłumaczeniom tym nie da wiary.

Niezwyczajność odtabloidyzowana

Kto uważnie przeczyta książkę Rusinka o Szymborskiej, szybko zorientuje się, że autor dokonał tu z niemałą finezją bardzo karkołomnego zabiegu. Musiał pogodzić uświęcony powszechnie wizerunek noblistki z własnymi doświadczeniami  i na dodatek uraczyć czytelników oczekiwaną porcją anegdot, które subtelnie dają odpór postępującej celebrytyzacji poetki. Niezwyczajność nie oznacza bowiem przestrzeni dla taniej sensacji, jest skupiona na pojedynczych chwilach i detalach, których próżno szukać w kolorowych magazynach. To swoista literacka ?retrosfera?, w której poruszała się Szymborska, a którą Rusinek pieczołowicie odtwarza. W tym świecie na co dzień rodziły się niezwyczajności, tradycyjne środki artystyczne budowały nowe formy, a wszystko miało konwencję spontanicznej zabawy literackiej, inteligentnej lirycznej gry, która demaskowała bezradność tzw. poważnej strony rzeczywistości.

STRYJEŃSKA ŻYWA JAK DIABLI

Angelika Kuźniak to jeden z tych talentów "żywotopisarskich", jakie trafiają się niezwykle rzadko, ale jeszcze rzadziej zdarzają się równie spektakularne opowieści biograficzne jak Stryjeńska. Diabli nadali. To nie tylko bardzo udana książka, w której biografizm przeplata się z pasją reporterską. To przede wszystkim nowa jakość w sztuce wskrzeszania postaci zacierających się w zbiorowej pamięci.

Po premierze książki oraz jej prezentacji w radiowej Trójce wielu gotowych było stwierdzić, że tego typu historie praktycznie piszą się same, bo napędza je bohaterka, której życie było tak barwne, że wystarczy je streścić, by odnieść sukces wydawniczy. Na szczęście grupa jeszcze liczniejsza doceniła kunszt Angeliki Kuźniak oraz jej prywatny patent na niezwykłą biografię.

Fakty jak fikcja

Kluczem do sukcesu okazało się wyjątkowo umiejętne podejście do życiorysu wybranej postaci. Książka została napisana tak, że zaczynają ją czytać miłośnicy faktografii, a kończą entuzjaści beletrystyki, którzy wyewoluowali do takiego stanu, śledząc metamorfozy bohaterki. Bardzo szybko zapominamy bowiem, że mowa tu o konkretnej osobie, której obecność w polskim życiu artystycznym i towarzyskim pozostawiła trwałe ślady. Historyczność Stryjeńskiej przestaje się liczyć w momencie, gdy czytelnik zostanie wciągnięty w wir zdarzeń - zwłaszcza że trafiamy znowu do tak chętnie mitologizowanego w Polsce okresu dwudziestolecia międzywojennego. Niekiedy ulegamy wręcz iluzji, że narracja staje się pierwszoosobowa, gdyż pierwotna narratorka postanowiła jedynie zainicjować opowieść, by czym prędzej ukryć się w cieniu postaci.

GOTYCKI ROCK W NAJLEPSZYM WYDANIU

Największa gwiazda naszej gothic-rockowej sceny muzycznej zagrała w Fanaberia Art Club. Na koncert Closterkellera do ostrowskiego klubu przybyły tłumy fanów. Większość z nich stanowili słuchacze, którym muzyka kultowej formacji towarzyszyła przez całą młodość. Podczas tego występu można było znów poczuć atmosferę i wyjątkowy klimat tamtych lat. Publika wspólnie z wokalistką śpiewała refreny i żywo reagowała na swoje ulubione utwory. Gdy tylko zabrzmiały ich pierwsze dźwięki - pod sceną wrzało, a fani nie szczędzili gardeł. Warto przypomnieć, że kapela gościła w Ostrowie po raz trzeci, a pierwszy ich koncert u nas miał miejsce przeszło 20 lat temu.

CZESŁAW WOŚ - SZTUKA OCZYSZCZONYCH PRZESTRZENI

Ostrów ma szczęście do pasjonatów, którzy dzięki swoim fascynacjom i talentowi potrafią stworzyć jakość przekształcającą się z czasem w międzynarodową markę. Jedyne niebezpieczeństwo takiej sytuacji polega na tym, że podobnego rodzaju sukces staje się niekiedy upraszczającym emblematem osoby z nim kojarzonej i na długo pozostawia w cieniu inne jej działania.

Powyższa uwaga w dużym stopniu odnosi się do jednego z najważniejszych ostrowskich plastyków, Czesława Wosia. O ile nie mamy tu do czynienia z problemem rozpoznawalności w środowisku artystycznym, o tyle w odbiorze powszechnym skojarzenia (jeśli  w ogóle się pojawiają) są przeważnie jednostronne. Dla większości ostrowian pozostaje przede wszystkim organizatorem Międzynarodowego Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu, które to wspólnie z żoną, Bożeną uczynił jedną z ważniejszych tego typu wystaw w Europie. Kilkadziesiąt osób pamięta również, że sam jest twórcą wyjątkowej urody ekslibrisów, a jeszcze mniejsza grupa zna i docenia go jako grafika, którego prace znajdują się w kolekcjach na całym świecie.

ROCKOWY FINAŁ DE LUXE

Atakiem mocnych i silnie skondensowanych dźwięków zakończyła się w Ostrowskim Centrum Kultury najnowsza odsłona przeglądu Wszyscy śpiewamy na rockowo. Bywalcy imprezy spodziewali się, że tegoroczna gwiazda, czyli formacja Luxtorpeda to marka gwarantująca intensywne doznania i przyznać trzeba, że chyba nikt się w swych rachubach  specjalnie nie przeliczył.

Zaspokojona potrzeba mocy

Kiedy rock opanowuje salę widowiskową OCK, niezmiernie rzadko zdarza się, by koncerty nie miały właściwego gatunkowi impetu. A jeśli do tego na scenie pojawia się grupa ze ścisłej krajowej czołówki, to wówczas ani publiczność, ani artyści wzajemnie się nie oszczędzają.

PLAKATY - SZTUKA CHWILOWO DORAŹNA

Kolejna wystawa z cyklu 4 SZKOŁY ŚWIATOWEGO PLAKATU, którą możemy od ubiegłego tygodnia oglądać w Ostrowskim Centrum Kultury, prezentuje dorobek szwajcarskich plakacistów, którzy na przestrzeni lat nie tylko stworzyli własną szkołę, ale również świadomie łamali jej reguły.

Jak przekonywała kurator wystawy, Anna Grabowska-Konwent szwajcarska szkoła to przede wszystkim ład i dyscyplina kompozycyjna, bez względu na to, czy plakat miał służyć promocji działań artystycznych czy też reklamował przedmioty użytkowe. Na bazie tego porządku budowano koncepty, które stanowiły o wartości artystycznej całości i, co najważniejsze, pozwalały na przejście ze sfery doraźnej użyteczności na obszar autonomicznej sztuki.

GRAFIKA DIALOGU

Otwarta w ubiegły piątek w Galerii Sztuki Współczesnej wystawa grafik Pavla Hlavaty'ego to bez wątpienia jedna z ciekawszych ekspozycji, jakie mieliśmy okazję oglądać w tym roku. I choć oczekiwania wobec zasłużonego i sławnego grafika zawsze bywają spore, przyznać trzeba, że zarówno pod względem jakości, jak i doboru prac na tę okazję artysta zdecydowanie nie zawiódł.

Najbardziej wyrazistym, a jednocześnie dość ryzykownym wydawał się (przynajmniej na poziomie reprodukcji pojawiających się w licznych zapowiedziach) cykl grafik będących w założeniu rodzajem hołdu złożonego klasykom malarstwa. Ryzyko, rzecz jasna polegało na tym, że łatwo w podobnej sytuacji narazić się na zarzut wykorzystania klarownych aluzji plastycznych do celów autopromocyjnych. W takich wypadkach rzekomy hołd pełni wyłącznie funkcję trampoliny popularności, co jak wiadomo, nie służy w dłuższej perspektywie ani artyście, ani tym bardziej sztuce.

ANIA PSYCHODELICZNIE

W piątkowy wieczór Duża Scena Ostrowskiego Centrum Kultury pulsowała rock'n'rollem. Wszystko za sprawą Ani Rusowicz, która podczas swojego koncertu zafundowała publiczności powrót do lat 60. i 70. - najbardziej twórczego okresu w historii tego gatunku. Słuchacze zanurzyli się przede wszystkim w klimacie amerykańskiej psychodelii. Bigbitowe melodie wokalistka i jej zespół podali w zdecydowanie mniej ugrzecznionej wersji - niepokornie i z dużą dozą szaleństwa.  Hipnotyzujące, oldschoolowe dźwięki zabrzmiały w ciekawych, nowoczesnych aranżacjach.  

ZAŚWIATY NA LUDOWO

Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego dzięki współpracy z Okręgowym Muzeum Ziemi Kaliskiej zaprezentowało tym razem wystawę Anioły i diabły w tradycyjnej rzeźbie ludowej. Ekspozycję zdominowały prace regionalnych artystów działających głównie w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, choć - jak łatwo odgadnąć - nie chodzi tu o datę wykonania dzieła, a o tradycje, do jakich się odwołuje, z jakich się wywodzi lub jakie pragnie kultywować.

Nie można jednak, rzecz jasna, traktować aktualnej ekspozycji jako swoistej cepeliady uświęconej powagą instytucji, która udziela jej powierzchni wystawienniczej. Sztuka ludowa oraz badania nad nią to od dziesiątków lat jedno z najważniejszych odgałęzień współczesnej antropologii, a materialne wytwory ludowej kultury pozostają jednym z niewielu świadectw pradawnych wierzeń czy obrzędów. Chociażby z tych względów wystawa godna jest nie tylko obejrzenia, ale nade wszystko włączenia do najbliższych planów edukacyjnych miejscowych placówek oświatowych. Pracownicy muzeum jak zawsze służą tu kompetentną pomocą oraz propozycją zajęć warsztatowych dla zgłoszonych grup dzieci i młodzieży.

WĄTPIĘ, WIĘC PISZĘ - PISZĘ, WIĘC ZNIKAM - ZNIKAM, WIĘC JESTEM

(o nowym tomiku wierszy Elżbiety Mikołajczyk)

 

Niezmiernie trudno zrecenzować tomik osoby, którą zna się od lat i której twórczość rozwija się równolegle z taką znajomością. Rzecz nie w tym, iż - jak wielu zapewne podejrzewa - słabnie wówczas obiektywizm sądów czy zaczyna doskwierać wizerunek człowieka, który nie chce się oderwać od czytanych wersów i nie zezwala im na autonomiczną egzystencję. Problemem staje się raczej ponadprogramowa ostrożność w wygłaszaniu opinii wyjątkowo pochlebnych, aby nie były odebrane jako dowód na istnienie lokalnej koterii. Stąd też niniejszy tekst będzie miał raczej charakter opisowy niż wartościujący, aby ostateczna ocena była już efektem indywidualnej lektury każdego z przyszłych czytelników zbioru.

Tomik TUJA TU JA to tak naprawdę, jak podkreślała autorka na spotkaniu promocyjnym, książka "podwójna", jako że oprócz wierszy znajdziemy tam także znakomity materiał ilustracyjny. Stanowią go grafiki z przebogatych zbiorów Muzeum Miasta, kolekcji tak dziś już rozrośniętej, że przy obecnej bazie lokalowej nie sposób odnaleźć dla niej godnej powierzchni wystawienniczej. Przyznać trzeba, że zostały dobrane z wyjątkową starannością i doskonale dopełniają podstawową zawartość książki. Ale tu z kolei nasuwa się naturalne pytanie o to, co przyszło im ilustrować? Jaka tkanka liryczna znalazła się w owej plastycznej otulinie?

KONSTELACJA, CZYLI KONSENSUS METAFIZYCZNY

Kiedy w jednym z wywiadów Krzysztof Kuczkowski, redaktor naczelny "Toposu" został zapytany o tradycje, w jakich osadzeni są autorzy antologii, lista nazwisk i tytułów wydawała się nie mieć końca. Sam zresztą przyznawał się pod tym względem do pewnej bezradności, sugerując wręcz, że jest to temat przynajmniej na cykl esejów.  Nie sposób wszakże oprzeć się wrażeniu, iż otrzymujemy do lektury zbiór spójny, starannie wyselekcjonowany, który łączy coś więcej niż tylko imponderabilia.

ZBYTEK ARTYZMU W PRZYBYTKACH SZTUKI

(o nowych wystawach w Galerii 33 oraz GSW)

Piątkowe popołudnie i wieczór, 04 marca okazały się dość nieoczekiwanie dniem wyjątkowej obfitości w ostrowskich galeriach sztuki; choć tak naprawdę, cały ruch rozpoczął się dzień wcześniej otwarciem w Sali konferencyjnej "n klubu" wystawy pejzaży Stefana Rusina pt. Moje wędrowanie. To prace przykuwające uwagę głównie efektowną grą barw, która uwalniała krajobraz od ilustracyjnej dosłowności, przenosząc go jednocześnie do uniwersalnej sfery wrażeniowej. Później było już tylko lepiej i intensywniej.

KSIĄŻKI "NA ULICE"

Biblioteka Publiczna im. Stefana Rowińskiego zainicjowała niedawno kolejną serię wydawniczą. Tym razem dotyczy ona patronów ostrowskich ulic, którzy (choć często znani doskonale z imienia i nazwiska) pozostają w zbiorowej świadomości postaciami niedookreślonymi. Problem to zresztą dość powszechny, że bohaterowie identyfikowani z topografią miast, okazują się odarci z życiorysu i historii, a sprowadzeni zaledwie do poziomu nazwy, którą większość mieszkańców traktuje bezrefleksyjnie. Pomysł cyklu wydaje się zatem bardzo na miejscu i na czasie, jako że patroni (zwłaszcza związani z historią minionego stulecia) to dla wielu po prostu postaci, których nie kojarzy się z konkretnymi wydarzeniami ani określoną działalnością.

Pierwszą pozycją serii jest Tadeusz Jankowski - lekarz, żołnierz, człowiek Grzegorza Juśkiewicza. Co, godne podkreślenia, pamięć o bohaterze książki jest w Ostrowie ciągle żywa, a osoby, które miały okazję z nim współpracować, podkreślają jednym głosem, że to człowiek o wyjątkowych osobistych przymiotach, aktywny na wielu polach i wszędzie w sposób istotny zaznaczający swoją obecność.

Prezentowana biografia skonstruowana jest prosto i przejrzyście. Przytaczane fakty okraszone zostały wspomnieniami samego Jankowskiego oraz bogatym (jak na tak niewielkiej objętości wydawnictwo) materiałem fotograficznym. Zabieg ten sprawił, że bazowa opowieść o człowieku przechodzi co jakiś czas w pierwszoosobową narrację, która nie tylko dopełnia warstwę faktograficzną, ale nade wszystko nadaje wyraźny rys osobowościowy bohaterowi książki.

NA POCZĄTKU JEST IDEA

Odkąd ponad wszelką wątpliwość stwierdzono, że najważniejsze budowle świata to również swoiste ideogramy o wielowarstwowej semantyce, szukamy nieustannie kolejnych metod deszyfracji. Wszystko po to, by zbliżyć się do esencjonalnej myśli, która legła u podstaw danego obiektu (a w konsekwencji może i u podstaw całej cywilizacji). Ciągle od nowa odczytujemy przecież Partenon na Akropolu, wiedząc, że stanowi on kwintesencję starożytnego świata, zespolenie nauki, sztuki, filozofii i wierzeń. Mamy również świadomość, że każda gotycka katedra to tak naprawdę skondensowana idea określająca ducha epoki oraz definiująca średniowieczne postrzeganie świata. Nic więc dziwnego, że architektura nigdy nie przestała być sztuką "ponadużytkową", a z czasem stała się wręcz inspiracją dla artystów poszukujących odpowiedzi na podstawowe pytania równolegle z naukowcami. W tej problematyce osadzona została również eksponowana w ostrowskiej Galerii PIK wystawa: ARCHIDEA Katarzyny Słuchockiej.

KRYMINAŁ PO PROFESORSKU

Popularność powieści kryminalnych w Polsce, co dość zaskakujące, wykazuje od wielu już lat tendencję wzrostową, podtrzymywaną przez kolejnych autorów, którzy dołączają do cechu zwykle za sprawą jakiegoś głośnego tytułu.

Przypadek Mariusza Czubaja, gościa ostrowskiej biblioteki, był jednak nieco inny, bowiem, jak podkreślał sam autor, nie było mu dane przeżyć traumy debiutu. Jego wstąpienie do grona twórców kryminału odbyło się miękko dzięki współpracy z Markiem Krajewskim. Jako współautor dwóch powieści (Aleja samobójców i Róże cmentarne) zdołał się zakorzenić w literackim świecie zbrodni na tyle, by spenetrować go samodzielnie i - jak się okazało - z sukcesami.

 Upodobnienia i podziały

 To, co wyróżnia prozę Czubaja na tle książek Krajewskiego, Miłoszewskiego czy Bondy, to głębokie zakorzenienie pokoleniowe i wyrafinowana gra kulturowa z czytelnikami, którzy otrzymują cały zestaw sygnałów dookreślających sytuację powieściową. Mnogość aluzji i odniesień (od literackich i politycznych po fonograficzne) powoduje mimowolnie podział odbiorców na dwie podstawowe grupy. Z jednej strony znajdują się ci, którzy generacyjnie zbliżeni do autora postrzegają narrację jako przejrzystą, niewymagającą przypisów czy glos, z kolei pokolenia późniejsze otrzymują dodatkowo wykład o kulturze popularnej w Polsce okresu przełomu ustrojowego i jej współczesnych reliktach, a także impuls do posłużenia się Wikipedią.

MACIEK ZAGRAŁ U SIEBIE

Znakomity, prawie trzygodzinny koncert, swojska i serdeczna atmosfera, komplet publiczności oraz ciąg dalszy muzycznego spotkania z fanami i przyjaciółmi na Małej Scenie do pierwszej w nocy - tak  wyglądał sobotni wieczór z Maciejem Balcarem w Ostrowskim Centrum Kultury. Występ był dla fanów wokalisty doskonałą okazją, by posłuchać go w innym niż "dżemowy" repertuarze. Tym razem z akustycznym programem. 

Live Tour 2016 to seria koncertów akustycznych, prezentujących przede wszystkim najnowszy album Ruletka. Trasa będzie miała szesnaście przystanków, Ostrów był drugim z kolei  punktem w koncertowym rozkładzie jazdy. - Bardzo się cieszymy, że tak serdeczna i oddana publiczność towarzyszy nam już na samym początku tej trasy! - mówił Maciek, rozpoczynając swój występ.

MIŁOŚCI MUZYCZNE ODSŁONY

Przy wypełnionej po brzegi widowni, w Ostrowskim Centrum Kultury odbył się walentynkowy koncert Ostrowskiej Orkiestry Koncertowej z udziałem zaproszonych solistów. Romantyczny nastrój tego wieczoru połączony był również z dużą dawką swobodnego żartu i lekkiego dowcipu. Imprezę poprowadził -  z humorem i swadą  - Cezary Janiszewski. Program koncertu obejmował zarówno znane i lubiane arie, jak też znakomicie wpisujące się w walentynkowy nastrój przeboje muzyki rozrywkowej.

MAJAKI, CZYLI WOLNOŚĆ KOMUNIKACJI

(Kilka słów o wystawie Grupy X w Galerii Sztuki Współczesnej)

My (...) tworzymy odrealnione światy i wydajemy owoce naszej wybujałej wyobraźni... Choć bacznie obserwujemy rzeczywistość, nie staramy się jej odwzorowywać. Bohaterów naszych obrazów nie spotkacie na ulicy, mimo że wydadzą Wam się bliscy.

Deklaracja artystów wydawała się od początku nieco podejrzana. Można by przecież użyć jej do opisania setek innych grup czy nawet dorobku pojedynczych twórców na przestrzeni ostatnich kilkunastu dekad. Została jednak sformułowana przez plastyków świadomych całego balastu tradycji i chętnie podejmujących z nią dialog; nic zatem dziwnego, że odbiorca niemal podskórnie odczuwa, iż został wciągnięty do kulturowej gry na niepokojąco prostych z pozoru zasadach.

Nienachalna indywidualność

Połączenie twórczych wysiłków w ramach grupy artystycznej jest zwykle pomysłem tyleż kuszącym, co ryzykownym. Wspólnota tego rodzaju, choćby tylko doraźna, dobrze sprzedaje się w mediach, jej członkowie wspierają się i wzajemnie promują, a jeśli nie przepoczwarzą się przy tym w towarzystwo wzajemnej adoracji, mają szansę być dla siebie pierwszymi i najszczerszymi krytykami. Z drugiej jednak strony grupa bywa przecież nader często artystycznym gorsetem, który wprawdzie nie pozwala na niekontrolowaną deformację, ale bezsprzecznie utrudnia oddech. Bo nawet jeśli artyści w rzeczywistości łączą się jedynie na gruncie towarzyskim, to postrzegani jako grupa mają nierzadko kłopot z wyeksponowaniem indywidualnych wyznaczników swej twórczości.

NIEŚMIERTELNOŚĆ POZORNEJ STAROŚCI

Dorobek Kabaretu Starszych Panów ma tę właściwość, że sięgają po niego coraz młodsi wykonawcy. Niestety, w większości przypadków są to propozycje wtórne, pozbawione pomysłu interpretacyjnego, a przy okazji irytujące zwykłym brakiem zrozumienia wieloznaczności tekstów Jeremiego Przybory. Tego rodzaju praktyki sprawiają, że każda kolejna próba zmierzenia się z tym nieśmiertelnym repertuarem obarczona jest wyjątkowym ryzykiem, a publiczność podchodzi do takowych koncertów ze zrozumiałą rezerwą.

Chłodny dystans towarzyszył też, co zrozumiałe, informacji o tym, że Ostrowski Teatr Piosenki postanowił zmierzyć się z utworami duetu Przybora i Wassowski. Jedni podejrzewali, że to próba zwabienia publiczności przez odwołanie do ogólnonarodowych sentymentów, inni twierdzili wręcz, że na prowincji wszystko się sprzeda, zatem artyści słusznie korzystają z okazji.

MUZYCZNA PODRÓŻ DO PRZESZŁOŚCI

Niezwykła pasja do muzyki dawnej, spory talent i umiejętności,  silne czyste głosy,  a do tego dźwięki niecodziennych instrumentów i piękne stroje z epoki - to wszystko można było zobaczyć i usłyszeć w miniony piątek w ostrowskiej synagodze w ramach 38. edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Zespołów Muzyki Dawnej Schola Cantorum. Przed publicznością zaprezentowali się młodzi artyści z Gdyni: Zespół Muzyki Dawnej Appassionato i Zespół Muzyki Średniowiecznej Erato pod kierownictwem Barbary Czypul.

W pierwszej części koncertu słuchaczy uraczono muzyką mistrzów baroku m. in. Georga Philippa Telemanna i Antonio Vivaldiego. Ze sceny popłynęły dźwięki koncertu skrzypcowego A. Vivaldiego Cztery pory roku. Zima., Sonaty F- dur oraz Sonaty A-dur G. P. Telemanna. Na kilka chwil melomani zanurzyli się w starych polifoniach, dawnych monodiach i barokowych ornamentach. Appassionato to bardzo młody zespół  - swoją działalność rozpoczął w zeszłym roku. Dziewczyny tworzące ten wyjątkowy kwartet są uczennicami Szkoły Muzycznej II stopnia im. Zygmunta Noskowskiego w Gdyni. Ich muzyczna przygoda rozpoczęła się, gdy miały po kilka lat. Muzykują razem od roku i choć, jak przyznają, każda z nich jest inna,  to posiadają wspólną cechę, jaką jest wrażliwość na piękno dźwięków i miłość do muzyki, którą chcą dzielić się ze słuchaczami. Ich repertuar nie ogranicza się tylko do muzyki dawnej -  jest bardzo szeroki i zróżnicowany. Grają muzykę klasyczną, filmową, a nawet rozrywkową, prezentując aranżacje wielu przebojów.

KOLĘDOLA

Wydanie płyty studyjnej to zazwyczaj dla artystów dopiero połowa sukcesu. Recenzjom nie można przecież do końca ufać, a diagnozowanie po wynikach sprzedaży dotyczy zaledwie wąskiej grupy twórców etatowo pojawiających się na szklanym ekranie czy falach eteru. Dla większości momentem ostatecznej próby jest jednak kontakt z publicznością i to najlepiej taką, która bez szczególnych zahamowani gotowa jest wyraźnie i bezpardonowo zrecenzować zaprezentowany repertuar. Tej weryfikacji poddała się również (już nie po raz pierwszy) Ola Kiełb z towarzyszącymi jej muzykami  (Natalia Sołtysiak - skrzypce, Justyna Wojtkowiak - śpiew, Michał Kaczmarczyk - gitara, Marek Raczycki - instrumenty klawiszowe, Piotr Rogacki - kontrabas) i - jak można wnioskować po reakcjach widowni - bohaterowie wieczoru powinni być więcej niż usatysfakcjonowani.

SUBIEKTYWNE PODIUM KULTURY 2015

TYPUJE BARBARA MATUSZCZAK

 1. IV Festiwal Filmowy im. Krzysztofa  Komedy

O ostrowskim wydarzeniu filmowym z roku na rok jest coraz głośniej. Festiwal rozwija się i oferuje coraz ciekawsze propozycje,  przyciągając naprawdę sporą grupę miłośników X muzy. Do Ostrowa zjeżdżają uznani twórcy związani z filmem i muzyką filmową. Przez osiem dni ostrowska publiczność mogła zobaczyć 24 filmy, wziąć udział w warsztatach i spotkaniach z twórcami oraz wysłuchać znakomitych koncertów z występem Włodka Pawlika na czele. Podczas gali finałowej laureat Grammy zaprezentował muzykę filmową, w tym kompozycje Krzysztofa Komedy.

2. Koncert Nowych Sytuacji  w ramach festiwalu  "Wszystko jest poezją"

Muzyczna podróż w czasie, wielkie święto fanów Republiki i Grzegorza Ciechowskiego. Pamięć o legendarnej grupie podtrzymują jej byli członkowie, czego efektem jest właśnie  projekt Nowe Sytuacje. Dzięki tej inicjatywie muzyka Republiki zyskuje także wielu nowych fanów i dociera do młodszych odbiorców, udowadniając tym samym, że przejmujące kompozycje i teksty Grzegorza Ciechowskiego elektryzują do dziś. Ostrowska publiczność zgotowała Republikanom i zaproszonym przez nich wokalistom entuzjastyczne przyjęcie.

MOC TRUCHLEJE

Być może Jeffrey Jacob Abrams jest fanem "Gwiezdnych wojen", ale oryginalną trylogię oglądał nieuważnie. W efekcie remake "Nowej nadziei" i "Imperium kontratakuje" - bo tym w istocie jest "Przebudzenie Mocy" - to film nudny i niepotrzebny.

Trudno było uczynić zadość oczekiwaniom całego świata, zwłaszcza, że spełniając marzenia jednych, J.J. Abrams ściągnąłby sobie na głowę gromy miotane przez innych. Mając jednak dwustumilionowy budżet i absolutną gwarancję sukcesu finansowego, można było nakręcić twórczy film. Zamiast tego powstali "Strażnicy galaktyki" z mieczami świetlnymi. Jak się okazuje, montując opowieść z dobrze znanych podzespołów, można to zrobić zupełnie bez polotu i sensu.

 Mniejsza z tym, że Imperium (występujące tu, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, jako Najwyższy Porządek) zbudowało kolejną Gwiazdę Śmierci. Skoro zbudowali już dwie, to mogli też trzecią. Ale czy twórcy "Przebudzenia Mocy" zauważyli, że w 1977 roku Gwiazda Śmierci nie pojawiła się na ekranie znikąd, w połowie filmu? Czy zdali sobie sprawę, że nie bez powodu imperator Palpatine zostaje widzom ujawniony dopiero w drugiej części trylogii, podobnie jak rewelacje dotyczące rodzica Luke'a Skywalkera?

OSOBLIWIE. OSOBIŚCIE. ŚWIĄTECZNIE

Ilość okolicznościowych wydawnictw płytowych w okresie poprzedzającym święta Bożego Narodzenia jest zazwyczaj trudna do oszacowania. Kolejne wykonania zgranych do cna kolęd i pastorałek ciągle jeszcze zapełniają sklepowe półki i jarmarczne stoiska. Tym bardziej na uwagę zasługują te przykłady, które podchodzą do świątecznej tradycji jako do źródła inspiracji, a nie rezerwuaru gotowych pomysłów, które powielać można swobodnie, bo bez konieczności opłacania praw autorskich. Niestety, twórców budujących w oparciu o świąteczną tradycję oryginalny repertuar jest jak na lekarstwo, a nawet jeśli się pojawiają, bywają zagłuszeni przez nachalne i powszechnie rozpoznawalne dźwięki. Na tym tle najnowsza płyta ostrowskiej artystki, Oli Kiełb zasługuje na uwagę nie tylko jako kolejny krążek w dorobku pieśniarki, ale także jako chlubny przykład oderwania się od przedświątecznej playlisty kolęd.

 

SZTUKA TOŻSAMOŚCI - SZTUKA ŚWIADOMOŚCI

Od dziesięcioleci nie znika z dyskusji okołoartystycznych problem koegzystencji sztuki i nauki. Bo choć pozornie nie powinny wchodzić sobie w drogę, a jedynie się dopełniać, to w praktyce nierzadko postrzegane są jako czynniki wzajemnie się przyhamowujące. Z jednej strony trudno twórcom wywodzącym swój rodowód z kręgów naukowych porzucić balast teoretyczny i w pełni oddać się kreacyjnemu żywiołowi; z drugiej, niełatwo też artystom aspirującym do świata nauki wbić się ze swą twórczością w ciasny gorset terminologiczny, w akademicki żargon i uczelnianą obsesję klasyfikowania sztuki. Pozostają wszakże miejsca, w których najbardziej nawet wyrafinowane i zdawałoby się kompletne teorie naukowe potrzebują kontynuacji lub wizualizacji w świecie pozawerbalnym, w przestrzeni intelektualnie przysposobionej, ale zdominowanej przez intuicję, asocjację i złożoną paletę emocji.

W takiej roli funkcjonują niewątpliwie prace Natalii Romaniuk z cyklu De-rekonstrukcja tożsamości. Obraz w dobie mediów cyfrowych. Autorka jako pracownik naukowy, a więc twórczyni w pełni świadoma kulturowego tła, na jakim prezentują się jej grafiki, podejmuje swoisty trud zogniskowania problemów będących w kręgu zainteresowania jakże wielu przecież dziedzin wiedzy. Bo tak naprawdę tylko w sztuce można zespolić ze sobą myśl filozoficzną, badania psychologiczne i diagnozy socjologów. Nie da to wprawdzie odpowiedzi na stawiane przez akademików pytania (nie taki jest w końcu cel artystycznej aktywności), ale pozwoli nam, po pierwsze, dostrzec wagę problemu i stopień jego intelektualnej intensyfikacji, a po drugie, wyzwoli ten niezbędny dla świadomej egzystencji niepokój poznawczy, dzięki któremu ciągle jeszcze tli się w nas potrzeba poszerzania wiedzy i poddawania jej wieloaspektowej weryfikacji.

WILHELM FRIEDEMANN BACH - SYN GENIUSZA

         Utwory W. F. Bacha w doskonałym wydaniu zabrzmiały w minioną sobotę w Forum Synagoga podczas koncertu z cyklu Prezydent Miasta Zaprasza.  Występ zatytułowany Syn geniusza był jednym z serii koncertów w ramach Festiwalu Muzyka Dawna - Persona Grata.  Przed publicznością wystąpił zespół Arte dei Suonatori,  najciekawsza i najbardziej utytułowana polska formacja specjalizująca się w wykonywaniu muzyki barokowej i klasycznej, najbardziej rozpoznawalny polski zespół muzyki dawnej na arenie międzynarodowej. Tym razem do udziału muzycy zaprosili wyjątkowego  duńskiego klawesynistę i organistę - Allana Rasmussena. Artystów można było usłyszeć w kameralnej odsłonie, w ich ulubionym repertuarze okresu Sturm Und Drang. Podczas występu zabrali słuchaczy do sensualnego i przepełnionego emocjami świata muzyki Wilhelma Friedemanna Bacha. Interesującego przede wszystkim dlatego, że współistnieją  w nim zarówno elementy nowego stylu galant, jak i odchodzącego już w zapomnienie baroku. 

KAROLINA PO DRUGIEJ STRONIE JIDYSZ

 

Wrażenie niezwykłości w kontakcie ze sztuką to często wypadkowa zaskoczenia odbiorcy i najwyższej jakości artystycznej dzieła. Jeśli przyjąć taką uproszczoną z konieczności definicję za obowiązującą, to niedawny koncert Karoliny Cichej bez cienia hiperbolizacji możemy nazwać niezwykłym.

O ile bowiem gwiazdą festiwalu Mazel Tov był bezsprzecznie Grzegorz Turnau, o tyle wydarzeniem artystycznie najambitniejszym okazał się występ młodej wokalistki, którą nie dość, że trudno sensownie sklasyfikować, to na dodatek cały pomysł pt. Jidyszland to coś więcej niż koncert wpisujący się w określoną konwencję i tematykę imprezy.

SOLIDNA PORCJA DŻEMU

 

Mogą tylko żałować wszyscy ci, którzy w sobotni wieczór nie pojawili się na Bluesowych Andrzejkach z zespołem Dżem. Niekończące się bisy, tańcząca publika, cudowna atmosfera oraz wiele ciepła i szczerych emocji - tak w skrócie można opisać rewelacyjny koncert, jaki zafundowała słuchaczom legenda polskiej sceny blues-rockowej. Pomimo niemal trzygodzinnego ciągłego grania, publiczność długo nie dawała zejść ze sceny muzykom. Zespół z Maciejem Balcarem na czele kolejny raz pokazał, że  nigdy nie pozostawia niedosytu.

 Maciek często dawał odczuć słuchaczom, że gra u siebie. Radość i energia z tego grania płynęły wprost ze sceny na publiczność, która oddawała je wokaliście ze zdwojoną siłą.  Żywiołowo reagowała na każdy kolejny przebój zespołu - a jak wiadomo - tych Dżem ma w swoim repertuarze naprawdę sporo.  Klasyczne hity muzycy zgrabnie przeplatali utworami z dwóch ostatnich płyt, które świetnie z nimi współgrały. Niebywały entuzjazm wzbudziły oczywiście przeboje, których po prostu zabraknąć nie mogło - W życiu piękne są tylko chwile, Lunatycy, Czerwony jak cegła, Harely mój, Autsajder, Whisky, czy Prokurator i ja.  Na finał muzycy zostawili Wehikuł czasu i Sen o Victorii, chóralnie odśpiewane razem z publiką. Trzeba jednak zauważyć, że słuchacze bardzo emocjonalnie przyjmowali też nowsze utwory takie jak Do przodu, Partyzant, czy balladę Do kołyski.

TURNAU NA ZAKOŃCZENIE MAZEL TOV

       Drugą i zarazem długą wyczekiwaną koncertową odsłoną festiwalu był sobotni występ Grzegorza Turnaua. Do swojego repertuaru tym razem artysta dodał piosenki żydowskiego poety, Mordechaja Gebirtiga, które opracował całkiem na nowo. Koncert ten z pewnością na długo pozostanie w pamięci słuchaczy (nie tylko zagorzałych wielbicieli kontynuatora tradycji krakowskiej piosenki literackiej), wszak obcowanie z muzyką na żywo - zwłaszcza w takim wydaniu  - zawsze wywołuje wrażenia i emocje trudne do opisania słowami. Po takiej dawce muzycznych i poetyckich doznań można jedynie utwierdzić się w przekonaniu, że Turnau jest obecnie jednym z najlepszych - jeśli nie najlepszym  - przedstawicielem poezji śpiewanej w naszym kraju  i  jak mało który wykonawca, znakomicie odnajduje równowagę między liryką i satyrą.

BOND W PEŁNYM SPEKTRUM

Fenomen Jamesa Bonda jest już dziś przedmiotem tylu osobnych studiów, że dałoby się zapełnić nimi pokaźną biblioteczkę. Wszystko wydaje się zatem w pełni rozpoznane, opisane i pozbawione efektu niespodzianki. A jednak z jakiegoś powodu filmy o najsłynniejszym z agentów nie tylko stały się rozpoznawalną powszechnie marką, ale każda kolejna odsłona jego przygód jest oczekiwana z równym napięciem co premiera kolejnej wersji iPhone'a. Pytanie zatem, czy najnowszy film lokuje się we współczesnej popkulturze identycznie jak poprzedzające go produkcje i czy żelazne zasady rządzące tą samotworzącą się konwencją pozostają niezmienne?

 

Kontakt z redakcją

Fakty Ostrowskie
pl. Rowińskiego 1
63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 591 74 49

e-mail:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.